Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

wtorek, 22 czerwca 2010

kilkanaście tygodni temu umarła mi babcia - mama taty.
zaraz po niej umarł jej syn a brat mojego taty - H.

wczoraj umarł mój tata.

miał 55 lat. nie wiemy co i jak i kiedy i dlaczego.
i nie będziemy wiedzieć, bo nie będzie sekcji. życia mu to i tak nie przywróci. nie jadę na pogrzeb, jest jutro. siostra zamówiła wieniec w moim imieniu.
popłakałam wczoraj troszkę, dziś już jest normalnie. tata, albo raczej ojciec - jak go zawsze nazywam, nigdy nie był mi bliski. pijaczyna, który zrujnował życie mojej mamy a po części moje i mojej siostry. żal mi, że nie powiedziałam mu i już nie powiem kilku rzeczy, które zawsze chciałam mu powiedzieć. nie - nie, że go kocham - że jestem na niego zła! że jak mógł! że mnie spaczył do końca życia...
nie będę już mówić o nim źle, bo o zmarłych źle się nie mówi.
jest mi trochę przykro.
i jestem wściekła, bo okazało się, że moja "fantastyczna" babcia, i swoją śmiercią ojciec zostawili mi i mojej siostrze w spadku... dług 40 tyś. zł.! dziękuję Wam kochani! piękne ostatnie pożegnanie... w zasadzie nic lepszego się po nich nie spodziewałam.


sobota, 19 czerwca 2010

rozmawiałam wczoraj z Peterem o emigracji, że nie ma pojęcia jak to jest, i że wszystkim Brytolom to się wydaje, że to tak hop siup, przyjechalim, zabralim im pracę i szczęśliwi. tłumaczyłam mu, że ja już jestem napiętnowana. że już nigdzie nie będę tak naprawdę w 100% szczęśliwa. bo jak jestem tu, to tęsknię za mamą, za rodziną, przyjaciółmi, Polską, kebebem z Qrnika. jak jestem tam to tęsknię za Pitolem, moim autem i kawą ze Starbucksa... i tak w koło macieju. i jak zaczęłam coś mówić o moich przyjaciółkach z Polski, to mi się gardło ścisnęło, i łza zabłysła w mym oku...
nie wiem czy zrozumiał...

STRASZNIE ZA WAMI TĘSKNIĘ DZIEWCZYNY, WSZYSTKIM RAZEM I KAŻDĄ Z OSOBNA! NIKT Mi WAS TU NIE ZASTĄPI(Ł).

środa, 16 czerwca 2010

"Anka, tam w górach, była prezentem od Losu. Do dzisiaj mam wrażenie, że bez przerwy otrzymuję od niego prezenty. Czasem ich sens widzę dopiero po jakimś czasie, szczególnie jeśli ktoś lub coś odchodzi i w pierwszym momencie wydaje mi się, że świat oszalał, że to niemożliwe, zbyt bolesne, niesprawiedliwe. Potem okazuje się, że otwierają się jakieś nowe, nieprawdopodobne przestrzenie, niezwykłe możliwości, że to, co uważałam za stratę, jest darem, to, co było smutkiem, zamienia się w radość, to wszystko są prezenty od Przeznaczenia."

"(...) Obiecałam sobie nigdy, ale to nigdy nie oceniać ludzi. Bo nigdy nie wiemy, co się kryje pod pozorami ludzkich motywacji i zachowań. Nie wiemy po prostu nic o drugim człowieku, z wyjątkiem tego, że na jego półce w lodówce leży wyłącznie arbuz. (...)"

" A kim ja jestem> Wiem, jak się nazywam, wiem czego nie chcę, wiem, co powinnam. Ale kim jestem? Co robię? Dlaczego prowokuję los? Czego o sobie nie wiem? Co mam zrobić, żeby moja córka była szczęśliwa?
Dopiero później dowiedziałam się, że aby dziecko było szczęśliwe, szczęśliwa musi być matka."

"Piszę o psie, którego kochałam, bo tak jest łatwiej. Nie piszę o chorobach i śmierciach moich bliskich, a przecież moje życie również składa się z takich dramatów. Ale to życie, a nie książka. I niech tak zostanie.
Dzisiaj jest piękne.
Mądrzy ludzie mówią, że przeszłością nie można się zajmować, bo jej już nie ma, przyszłością nie warto, bo jej jeszcze nie ma. Ważna jest tylko teraźniejszość. Tego próbuję się trzymać. Dopóki żyjemy, na nic nie jest za późno. Nie jest za późno na radość, nadzieję, miłość, bez względu na to, ale ma się lat, i bez względu na to, co się zdarzyło niegdyś."

Katarzyna Grochola "Zielone drzwi"

piątek, 11 czerwca 2010

Z Peterem to tak - chyba zrobiłam wiele hałasu o nic. Mam jakąś straszną tendencję do przesadzania ostatnio, a jak jestem "hormonalna" to już całkiem... Nie będę się wdawać w szczegóły, bo zaczęłam czytać fajną książkę a mama przywiozła mi ją i kilka innych z naszej biblioteki, wiec muszę je zdążyć przeczytać i odwieźć w sierpniu :)
Ogólnie to pożarliśmy się jeszcze trochę i w końcu doszliśmy do porozumienia. Wyszło na to, że strasznie stresuje się szkołą, stąd łatwość w oddawaniu się emocjom. Już jest wszystko w porządku, obiecałam że zluzuję i w ogóle. A jak każda baba z kolesiami i piłką nożną szans nie mam żadnych, więc po co walić głową w mur? Swoją drogą zaczęły się mistrzostwa świata, Peter za dwa tygodnie będzie zmieniał pracę, wiec tymczasowo mogę zapomnieć, że chłopa mam. Jedyne co starałam się na nim wymusić to to, że jak jest problem to trzeba obgadać, bo on zawsze mówi "dobra, zostaw to", a tak problemów się nie rozwiązuje, wręcz przeciwnie, narastają tylko. A dzisiaj na przykład widziałam go z pół godzinki - łał! :) - i był taki kochany Pituś przytulas :)

No ale przecież nie może być za pięknie. Rozwiążesz jeden kłopot - w łeb jebnie Cię drugi. "Kolega" z pracy - Mark gej - przyszedł dziś do pracy pijany (nie pierwszy raz zresztą) i nazwał mnie szmatą/dziwką (niepotrzebne skreślić) a potem zapytał, kiedy mi się wiza kończy. Uprzejmie go poinformowałam, że wizy nie potrzebuję, na co on, że "mamy nowego premiera i on Cię niedługo deportuje"!! Ja mu na to "w czym masz problem?" - "Ty jesteś moim problemem". A wszystko przez naszego wspólnego kolegę, który zaczął się od Marka izolować od kilku dni a tym samym więcej gadać ze mną, o co Mark jest ewidentnie zazdrosny i zachowuje się jak porzucony kochanek. Ani chwili się nie zastanawiałam, poszłam do kierownictwa i powiedziałam o całej sprawie. Mark zniknął, nigdzie pijaczyny nie można było znaleźć - prawdopodobnie poszedł do domu - ale za to cały sklep zaszumiał i podzielił się na grupki - tych, co uważają, że dobrze zrobiłam i tych, co nazywają mnie teraz "podpierdalaczką". Do tych ostatnich należy przede wszystkim Niki, która nota bene w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że jestem z Peterem, a która od jakiegoś czasu mnie ignoruje nie odpowiadając nawet na głupie cześć. Jedna z babek, która jest po mojej stronie, gdy dowiedziała się jak mi po tym obrabiają dupę, poszła do kierownictwa potwierdzić, to co ja im powiedziałam wcześniej. Skończyło się póki co na tym, że jedna z manadżerek zorganizowała nam spotkanko, powiedziała, że sprawa jest bardzo poważna i zabroniła rozmawiać o całej sytuacji między sobą. Teraz jestem wściekła, nawet nie na Marka, bo to pajac, i pewnie jak tylko wytrzeźwieje będzie mnie przepraszał na kolanach. Szlag mnie trafia na myśl o Niki. Bałam się, że powie jakieś bzdury Peterowi i będzie to miało na niego jakiś wpływ, bo przecież oni się znają o wiele dłużej. Na szczęście nic takiego się nie stało. Teraz czekam na dalszy ciąg wydarzeń, jutro postaram się w sobie zebrać i powiem Niki co o niej myślę, w miarę możliwości bez emocji.
Teraz zazdroszczę Peterowi, że za dwa tygodnie zaczyna nową pracę...
Chyba czas kopnąć się w dupę i ruszyć na poszukiwanie "nowej kariery". Tylko jak się za to zabrać... ech...

poniedziałek, 7 czerwca 2010

no to tak. będzie niewesoło.
jestem samotna wśród ludzi... strasznie, brakuje mi przyjaciół, mogę powiedzieć szczerze, że nie mam tu ani jednego, a jak tylko ktoś zaczyna do tego miana aplikować, zaraz zwija walizki i wyjeżdża. a może przesadzam? może w Polsce byłoby to samo, bo przecież każdy prędzej czy później zaczyna zajmować się swoim życiem... nie wiem, doły ostatnio łapię non stop.

i z Peterem też się jakoś pieprzy ostatnio, koniec miesiąca miodowego... boję się o to czy przetrwamy, a jak tak to czy będziemy się nadal mocno kochać?

zaczęło się jakoś czas temu kiedy powiedział, mi coś w stylu że "za dużo go całuję". kopara mi opadła... czy to grzech lubić czułość i okazywanie uczuć? wytłumaczyłam jak mi się zdawało krowie na rowie, skąd ta moja nieodparta potrzeba, że w domu mnie nikt nigdy nie przytulał, okazywał miłości itp chyba nie dotarło, ale strasznie wpłynęło na moją psychę, bo od tamtej pory za każdym razem jak się chcę do niego przytulić, to się zastanawiam, czy nie za dużo?? i zrobiłam się przez to bardziej nerwowa, co znowu najlepiej nie wpłynęło na wydarzenia "potem". przecież widziały gały co brały, ja się nie zmieniłam, nigdy nie byłam optymistką i chyba nigdy nie będę, bo tego nie można się nauczyć?? a on do mnie non stop z ryjem, że mam przestać patrzeć na wszystko negatywnie! no ale jak - się pytam, jak własny chłop nie pozwala mi okazywać czułości? nie mogę sobie popłakać (a czasem lubię), bo zaraz dostaję zjeby, że jestem niemądra. ostatnio tak na mnie huknął jak prowadziłam auto (nieważne czy miał rację czy nie), że znowu zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć, czego niestety czego świadkiem była moja mama, która najpierw przez to załapała doła, a potem się popłakała! a co Peter na to? stwierdził, że już w taki razie wie, po kim jestem taka uczuciowa...
potem znowu zaatakowała mnie wścieklizna, bo wiedziałam, że przez najbliższy tydzień nie będę miała wolnego, a jedyny dzień i noc w takim razie, które może u mnie spędzić jest sobota. a on co? pojechał z kolesiami na gokarty, potem oglądał z nimi boks w środku nocy i przez to nawet nie przyjechał się ze mną zobaczyć o umówionym czasie - nie przyjechałby pewnie wcale przed wieczorem, gdybym go niechcący nie obudziła smsem w niedzielę rano. no i znowu dwie racje, bo on mówi, że nie ma kiedy się widzieć z kolegami, bo praca, szkoła i że czasem trzeba. no i ja to rozumiem, ale o ile prościej byłoby gdyby się spytał, czy nie mam nic przeciwko, a nie wyjeżdżał do mnie, że przecież widzieliśmy się codziennie przez ostatnie 4 dni i noce. a co ja ku**a, limit wyczerpałam? jak ja mam wierzyć, że on mnie kocha i chce ze mną zamieszkać, jak 4 dni to za dużo?
potem znowu była jazda, bo stwierdził, że za mocno po nim jadę a propos szkoły - no fakt, może zamiast pytać co chwila, kiedy będzie się uczył, powinnam była trochę zluzować, ale nie mógł mi tego powiedzieć mi tego od razu - słuchaj, będę się uczył jak mam czas, nie ciśnij mnie, bo mam wystarczającego stresa? i jeszcze mi zarzucił, że go o to cisnę dla własnych celów, bo im szybciej to zrobi, tym szybciej zacznie pracować, i zarabiać wystarczająco, żebyśmy zamieszkali razem, bo wie, że ja już bym chciała. ogólnie to nie powiedział tego, ale zrobił ze mnie parszywą egoistkę, którą oczywiście jestem - jak każdy człowiek - do pewnego stopnia...
a jak chciałam o tym wszystkim pogadać, to on mówi "dobra, zostaw to już". dla mnie to wygląda jakby nie chciał rozmawiając rozwiązywać problemów - chciałabym mu to powiedzieć, ale się boję, że znowu powie "jesteś niemądra, zostaw to już". dzisiaj wybrał się do szkoły godzinę wcześniej, więc się spytałam czemu, a on, że o co mi chodzi i w ogóle. łzy mi stanęły w oczach i na chwilę zaniemówiłam, a on na to "nie mów nawet, że płaczesz". to powiedziałam, że nie i przełknęłam gulę... mam wrażenie, że w ogóle już nie mogę być sobą, bo wszystko jest be! a na początku jakoś nie wydawało się to sprawiać większego problemu... nawet teraz jak przejrzałam zdjęcia z pobytu mamy, to na wszystkich on ma na krzyż założone ręce, a ja go obejmuję. on idzie, a ja go przytulam albo obejmuję w pasie... pozycja zamknięta...

czy to już paranoja?? wytwór mojej wyobraźni?? koniec bajki?? a może faktycznie jestem niemądra... może za bardzo dramatyzuję...
spróbuję trochę zluzować, i zobaczymy, jak będzie...