no więc łażenie po sklepach mamy za sobą, ja pokazałam Pete'owi w cholerę rzeczy, które mi się podobają, on mnie niewiele, ale i tak mam jakiś tam pomysł co mu kupić... przymierzyłam jedną parę dżinsów z tego sklepu, co to ja do nie go nawet nie wchodzę oglądać rzeczy. o matko!! boskie!!! i drogie że aż strach... no i zaczęła się rozmowa na temat, ile chcemy wydać na prezenty, bo on nie chce, żebym wydała na niego za dużo (w domyśle - bo mniej zarabiam i płacę za wynajem), a ja nie chcę, żeby on wydał na mnie za dużo (bo on w przeciwieństwie do mnie ma wiele prezentów do kupienia). ogólnie to pół dnia się targowaliśmy, od 50f. do 150f., w końcu stanęło na 100f. trochę się rozczarowałam, bo napaliłam się na te dżinsy... hehe. jak już pojechał do domu to okazało się, że nie skończyliśmy tych targów. ostatecznie stanęło, że wydamy tyle, ile uważamy za stosowne, byle nie za dużo hehe... czyli dupa ogólnie :) dalej wiem nic na temat ile kasy wydać. ale wiem za to co kupię. i na urodziny też, więc w zasadzie choć jeszcze nie kupiłam nic, mogę powiedzieć, że problem mam z głowy...
tylko plany świąteczne póki co nie wypaliły, nie mam pomysłu na wigilię, więc chyba spędzę ją po szkocku - łażąc po pubach... smutne to... zobaczymy co będzie...
Kartki z pamiętnika pewnej wiecznie niezadowolonej z życia emigrantki. I o tym jak to jest dzielić życie z obcokrajowcem, który jest tubylcem :)
Kilka słów o mnie....
Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
środa, 2 grudnia 2009
środa, 25 listopada 2009
kurczę, nie mam czasu na nic, bo póki co, mój związek - już nie "sort of" hehe - jest bardzo absorbujący... w sumie zawsze jest tak na początku, ekscytacja wszystkim w zasadzie...
co się działo??
miałam urodziny, zaprosiłam trochę znajomych do pubu. oczywiście połowa się wypięła, a część tej połowy nawet mnie nie poinformowała, że wypiąć się zamierza. tylko garstka tych co zawsze mnie nie zawiodła :) kochani moi... :) no i gdyby nie Peter to ta noc mogła przerodzić się w koszmar... w sumie nic ciekawego się nie działo. pojawiło się kilku kolesi mojego Robaczka, więc mnie z nimi zapoznał. śmieszne to było, bo potem Pete raczył mnie tekstami swoich kolesi na mój temat, że "jakim cudem taka laska z tobą?", "ja to na twoim miejscu zamiast stać i gadać z nami wziąłbym ją za rękę i stąd poszedł" :) "skąd ty ja wytrzasnąłeś?". moje ego zostało więc ładnie połechtane, i na nic zdały się tłumaczenia, że jestem normalną, zwykłą dziewczyną... no, może lekko jeb**ętą w dekiel :D
oprócz tego chodzę lekko nieprzytomna, bo sypiam po 3 godziny w nocy, i potem jeśli mam farta 3 godziny w dzień. dobra droga, żeby się wykończyć... i jaka przyjemna :)
mieliśmy też pierwsze małe spięcie, nieporozumienie czy jak tam zwał... był u mnie do późna w poniedziałek, no i wszystko ładnie, pięknie... we wtorek oboje poszliśmy do pracy na nadgodziny, z tym, że ja zaczynam pracę dużo wcześniej. aha, kilka dni wcześniej jedna z menadżerek złapała nas na ukradkowym buziaku na sklepie i zrobiła nam, a w zasadzie mi, awanturę i podkablowała do mojej menadżerki, suka zasrana! sorry za łacinę, ale nienawidzę szmaty, bo cały czas mi patrzy na ręce i szuka dziury w całym... w każdym razie przyszedł do pracy, widziałam go z daleka na sklepie, gdy gadałam z jednym z naszych sklepowych dziadków, Pete zrobił taki gest palcami, wskazujący na oczy, że mnie widzi, albo obserwuje i poszedł. zawsze jak idę na zaplecze to się witamy, dajemy sobie buzi i jest fajnie, a tym razem tylko przeszedł koło mnie, ani uśmiechu, ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę. potem przeszedł koło mnie drugi raz i to samo, no to mnie wścieklizna wzięła, strzeliłam focha, i sobie poszłam. humor spieprzony na amen. każdy się mnie pytał co się stało... Pete pojechał vanem, i potem wysłał mi smsa, że to była taka mała gra, że zrobił to żeby sprawdzić moją reakcję, i sprawdzić czy może mi ufać! no szczęka mi opadła, bo nic głupszego już chyba nie mógł wymyślić... a jak zobaczyłam słowo "gra" to już mnie krew zalała... no to mu odpisałam, że już był kiedyś taki co sobie urządzał ze mną gierki, a potem kopnął mnie w dupsko tak, że na samą myśl pamiętam jak to boli... i że nikt już więcej nie będzie się bawił i grał z moim uczuciami, i że jak potrzebuje dodatkowych albo tego typu emocji to może powinien... bla bla bla... byłam w szoku, bo wrócił do sklepu w ciągu 5 minut, gnał ponoć na łeb na szyję (dobrze, że był niedaleko) i wziął mnie na rozmowę. wyjaśniliśmy sobie co i jak, przyznał, że to było głupie i przeprosił, a ja przeprosiłam za zbyt agresywną reakcję. jak już pojechałam do domu dostałam smsa, jak bardzo mu na mnie zależy, jaka jestem ważna, i że w zasadzie to tylko kwestia czasu, żeby mi powiedział co do mnie czuje :)
z ciekawostek... ponieważ cały czas się poznajemy dowiedziałam się co nieco...
zdziwiłam się na przykład, że jest katolikiem! :) nie, żeby jakimś tam nie wiadomo jak praktykującym, tylko chodzi o to, że w tym kraju większość to z tego co wiem protestanci... więc ogólnie pozytywnie...
poza tym zawsze jak ykhm... się przytulamy, to ktoś z współlokatorów jest w domu, i trzeba być cicho, bo łóżko trzeszczy, albo ogólnie, nie wydawać pewnych dźwięków. no i jest to nieco irytujące... i Pete stwierdził, że może kiedyś będziemy mięli swój własny domek i będziemy w nim mogli robić co nam się żywnie podoba :D
to będzie teraz strasznie głupie co powiem. znam chłopa niecałe 5 miesięcy, a mam przeczucie, że wyjdę za niego za mąż, i ten domek to chyba będzie prędzej czy później... śmieszna sytuacja, bo zawsze jest u mnie jak biorę tabletkę, to się go spytałam, czy przychodzi o tej porze, żeby sprawdzić, czy biorę (hehe), a on na to, że może któregoś dnia powie mi, żebym już więcej nie brała!!! lol :D
no i powoli piłujemy temat prezentów świątecznych. mnie jest o tyle ciężko, że ja zarabiam dużo mniej niż on, i co do pewnych rzeczy to on ma spore wymagania, i jest dość wybredny. wymyśliliśmy, że pójdziemy razem łazić po sklepach i każde z nas pokaże drugiemu 5 rzeczy, które nam się podobają, i kupimy sobie nawzajem po jednej z nich, czyli że będziemy wiedzieć co dostaniemy, ale nie do końca. dzisiaj oglądałam dżinsy, a on do mnie, że może właśnie mi dżinsy kupi. tylko przeraziłam się z lekka jak się dowiedziałam, z jakiego sklepu i ile mógłby za nie zapłacić, bo najdroższy ciuch jaki sobie kupiłam w życiu był chyba o połowę tańszy... mówię mu cały czas, żeby mnie przestał rozpuszczać jak dziadowski bicz, ale nie działa - żarcie w restauracjach, wszędzie on płaci, sukcesem ostatnio było, jak pozwolił mi zapłacić za kawę w Starbucksie. i aż się boję jakie 5 rzeczy on sobie wymyśli na święta, bo już nie wspomnę, że 10 grudnia ma urodziny, więc czuję, że popłynę, choć ogólnie pomysł na prezent już mam :)
no i chłopczyk mój robi postępy w języku polskim, dzisiaj tylko "drożdżówka" nie chciała mu przejść przez gardło :) oprócz pojedynczych słów potrafi kilka pełnych zwrotów, na przykład "cześć kochanie, pięknie wyglądasz, przytul mnie teraz i daj buzi" :) a jak się wstawiłam no moich urodzinach to nauczyłam go (głupia!) "zrób mi laskę"... hehe, i mam teraz ubaw, bo odpowiadam mu jego ulubionym słowem, czyli "spierd**aj" :) jak dzieci normalnie...
jeszcze trochę ścinek z jego smsów, ale nie będę się silić na ich tłumaczenie, bo piszę je przede wszytskim ku mej pamięci:
"you are amazing and I love being with you"
"I hope we have future, together, I really do dream and think about us, it makes me happy"
"you are my beautiful girlfriend"
"you mean everything to me and I feel protective and jealous of anyone who goes for you, you are my princess"
"I am happy cause everyday I feel so lucky you are my girlfriend"
"you have me for as long as you need me, you have my heart. you really have made me go all soft over you"
"you make me so happy and feel loved"
"you have a boyfriend who adores being with you and cares a lot for you"
"I deeply have mental feelings for you, I can't resist"
"my brain is going overtime cause you are amazing, lucky I have a pacemaker cause I would probably go insane"
"you have my heart and it's wanting you so bad!"
"I have seriously fallen for you, you are incredible"
dobra starczy tego słodzenia! matko, nawet nie wiedziałam, że tyle tego! chyba już nikt dzisiaj nie będzie musiał słodzić kawy, żeby się nie zrzy*ać! :D
a żeby nie było za pięknie, to Peter dostał jakiś podejrzany list od swojego lekarza, że po świętach ma się stawić w szpitalu. no i chodzimy trochę obsrani, bo rak to przecież nie katar...
co się działo??
miałam urodziny, zaprosiłam trochę znajomych do pubu. oczywiście połowa się wypięła, a część tej połowy nawet mnie nie poinformowała, że wypiąć się zamierza. tylko garstka tych co zawsze mnie nie zawiodła :) kochani moi... :) no i gdyby nie Peter to ta noc mogła przerodzić się w koszmar... w sumie nic ciekawego się nie działo. pojawiło się kilku kolesi mojego Robaczka, więc mnie z nimi zapoznał. śmieszne to było, bo potem Pete raczył mnie tekstami swoich kolesi na mój temat, że "jakim cudem taka laska z tobą?", "ja to na twoim miejscu zamiast stać i gadać z nami wziąłbym ją za rękę i stąd poszedł" :) "skąd ty ja wytrzasnąłeś?". moje ego zostało więc ładnie połechtane, i na nic zdały się tłumaczenia, że jestem normalną, zwykłą dziewczyną... no, może lekko jeb**ętą w dekiel :D
oprócz tego chodzę lekko nieprzytomna, bo sypiam po 3 godziny w nocy, i potem jeśli mam farta 3 godziny w dzień. dobra droga, żeby się wykończyć... i jaka przyjemna :)
mieliśmy też pierwsze małe spięcie, nieporozumienie czy jak tam zwał... był u mnie do późna w poniedziałek, no i wszystko ładnie, pięknie... we wtorek oboje poszliśmy do pracy na nadgodziny, z tym, że ja zaczynam pracę dużo wcześniej. aha, kilka dni wcześniej jedna z menadżerek złapała nas na ukradkowym buziaku na sklepie i zrobiła nam, a w zasadzie mi, awanturę i podkablowała do mojej menadżerki, suka zasrana! sorry za łacinę, ale nienawidzę szmaty, bo cały czas mi patrzy na ręce i szuka dziury w całym... w każdym razie przyszedł do pracy, widziałam go z daleka na sklepie, gdy gadałam z jednym z naszych sklepowych dziadków, Pete zrobił taki gest palcami, wskazujący na oczy, że mnie widzi, albo obserwuje i poszedł. zawsze jak idę na zaplecze to się witamy, dajemy sobie buzi i jest fajnie, a tym razem tylko przeszedł koło mnie, ani uśmiechu, ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę. potem przeszedł koło mnie drugi raz i to samo, no to mnie wścieklizna wzięła, strzeliłam focha, i sobie poszłam. humor spieprzony na amen. każdy się mnie pytał co się stało... Pete pojechał vanem, i potem wysłał mi smsa, że to była taka mała gra, że zrobił to żeby sprawdzić moją reakcję, i sprawdzić czy może mi ufać! no szczęka mi opadła, bo nic głupszego już chyba nie mógł wymyślić... a jak zobaczyłam słowo "gra" to już mnie krew zalała... no to mu odpisałam, że już był kiedyś taki co sobie urządzał ze mną gierki, a potem kopnął mnie w dupsko tak, że na samą myśl pamiętam jak to boli... i że nikt już więcej nie będzie się bawił i grał z moim uczuciami, i że jak potrzebuje dodatkowych albo tego typu emocji to może powinien... bla bla bla... byłam w szoku, bo wrócił do sklepu w ciągu 5 minut, gnał ponoć na łeb na szyję (dobrze, że był niedaleko) i wziął mnie na rozmowę. wyjaśniliśmy sobie co i jak, przyznał, że to było głupie i przeprosił, a ja przeprosiłam za zbyt agresywną reakcję. jak już pojechałam do domu dostałam smsa, jak bardzo mu na mnie zależy, jaka jestem ważna, i że w zasadzie to tylko kwestia czasu, żeby mi powiedział co do mnie czuje :)
z ciekawostek... ponieważ cały czas się poznajemy dowiedziałam się co nieco...
zdziwiłam się na przykład, że jest katolikiem! :) nie, żeby jakimś tam nie wiadomo jak praktykującym, tylko chodzi o to, że w tym kraju większość to z tego co wiem protestanci... więc ogólnie pozytywnie...
poza tym zawsze jak ykhm... się przytulamy, to ktoś z współlokatorów jest w domu, i trzeba być cicho, bo łóżko trzeszczy, albo ogólnie, nie wydawać pewnych dźwięków. no i jest to nieco irytujące... i Pete stwierdził, że może kiedyś będziemy mięli swój własny domek i będziemy w nim mogli robić co nam się żywnie podoba :D
to będzie teraz strasznie głupie co powiem. znam chłopa niecałe 5 miesięcy, a mam przeczucie, że wyjdę za niego za mąż, i ten domek to chyba będzie prędzej czy później... śmieszna sytuacja, bo zawsze jest u mnie jak biorę tabletkę, to się go spytałam, czy przychodzi o tej porze, żeby sprawdzić, czy biorę (hehe), a on na to, że może któregoś dnia powie mi, żebym już więcej nie brała!!! lol :D
no i powoli piłujemy temat prezentów świątecznych. mnie jest o tyle ciężko, że ja zarabiam dużo mniej niż on, i co do pewnych rzeczy to on ma spore wymagania, i jest dość wybredny. wymyśliliśmy, że pójdziemy razem łazić po sklepach i każde z nas pokaże drugiemu 5 rzeczy, które nam się podobają, i kupimy sobie nawzajem po jednej z nich, czyli że będziemy wiedzieć co dostaniemy, ale nie do końca. dzisiaj oglądałam dżinsy, a on do mnie, że może właśnie mi dżinsy kupi. tylko przeraziłam się z lekka jak się dowiedziałam, z jakiego sklepu i ile mógłby za nie zapłacić, bo najdroższy ciuch jaki sobie kupiłam w życiu był chyba o połowę tańszy... mówię mu cały czas, żeby mnie przestał rozpuszczać jak dziadowski bicz, ale nie działa - żarcie w restauracjach, wszędzie on płaci, sukcesem ostatnio było, jak pozwolił mi zapłacić za kawę w Starbucksie. i aż się boję jakie 5 rzeczy on sobie wymyśli na święta, bo już nie wspomnę, że 10 grudnia ma urodziny, więc czuję, że popłynę, choć ogólnie pomysł na prezent już mam :)
no i chłopczyk mój robi postępy w języku polskim, dzisiaj tylko "drożdżówka" nie chciała mu przejść przez gardło :) oprócz pojedynczych słów potrafi kilka pełnych zwrotów, na przykład "cześć kochanie, pięknie wyglądasz, przytul mnie teraz i daj buzi" :) a jak się wstawiłam no moich urodzinach to nauczyłam go (głupia!) "zrób mi laskę"... hehe, i mam teraz ubaw, bo odpowiadam mu jego ulubionym słowem, czyli "spierd**aj" :) jak dzieci normalnie...
jeszcze trochę ścinek z jego smsów, ale nie będę się silić na ich tłumaczenie, bo piszę je przede wszytskim ku mej pamięci:
"you are amazing and I love being with you"
"I hope we have future, together, I really do dream and think about us, it makes me happy"
"you are my beautiful girlfriend"
"you mean everything to me and I feel protective and jealous of anyone who goes for you, you are my princess"
"I am happy cause everyday I feel so lucky you are my girlfriend"
"you have me for as long as you need me, you have my heart. you really have made me go all soft over you"
"you make me so happy and feel loved"
"you have a boyfriend who adores being with you and cares a lot for you"
"I deeply have mental feelings for you, I can't resist"
"my brain is going overtime cause you are amazing, lucky I have a pacemaker cause I would probably go insane"
"you have my heart and it's wanting you so bad!"
"I have seriously fallen for you, you are incredible"
dobra starczy tego słodzenia! matko, nawet nie wiedziałam, że tyle tego! chyba już nikt dzisiaj nie będzie musiał słodzić kawy, żeby się nie zrzy*ać! :D
a żeby nie było za pięknie, to Peter dostał jakiś podejrzany list od swojego lekarza, że po świętach ma się stawić w szpitalu. no i chodzimy trochę obsrani, bo rak to przecież nie katar...
czwartek, 12 listopada 2009
no i wróciła moja ptaszynka w końcu :) w jednym kawałku, z lekko opalonymi na różowo rękoma, ale ogólnie nadal blada jak ściana, co właściwie przy raku skóry jest wskazane...
zacznę trochę od dupy strony - od tego co mi przywiózł, bo z jakiejś przyczyny, to zawsze jedna z pierwszych rzeczy, o które ludzie mnie pytają - dostałam pięknego misia koalę, koszulkę też z koalami i perfumy D&G.
ale najważniejsze, że mój robaczek wrócił :) miałam 4 wolne dni z tejże okazji, i prawie że się nie rozstawaliśmy. dziś jest pierwszy dzień, kiedy ogółem widziałam go nie więcej niż 10 minut.
co się działo? chyba nie trudno się domyślić, że nie możemy się od siebie odkleić... więc to akurat było trochę absorbujące.
Pitol miał kontrolę u lekarza, wyniki na początku przyszłego tygodnia, mam nadzieję, że te jego zarumienienie na australijskim słońcu nie będzie miało złego wpływu na jego chorobę... w każdym razie okazało się, że jego GP to Polak. więc Pitol do niego szarmancko "my sort of girlfriend is Polish too" (moja jakby dziewczyna jest Polką). za to "sort of" ("jakby") myślałam, że mu jajka urwę hehe :P w każdym razie poinformował pana doktora, że będzie się mną opiekował - jakby pana doktora Polaka co najmniej obchodziła jedna z ponad 20 milionów Polek na świecie :D
no i sprawa "sort of" została załatwiona, już nie jestem sort of - kurdę, awans normalnie :D
przetestowałam go na pierwszym polskim żarciu - zaczynam ostrożnie, bo bigosem to mogłabym go chyba łatwo przegonić :) zrobiłam więc mielone... :) zjadł, nie narzekał :) ogólnie to był w szoku, bo twierdzi, że nikt nigdy dla niego nic nie ugotował (pomijając rodzinę oczywiście). jakież było jego zdziwienie jak upiekłam mu sernik! :) z polewą krówkową mmm... zanim go jeszcze spróbował a już wiedział, że upiekłam, napisał mi smsa, że jeśli ten sernik będzie pyszny to się ze mną ożeni! :D powiedziałam, że trzymam go za słowo, ale chyba się przestraszył, bo powiedział tylko, że jest "nice". a sernik wyszedł całkiem niezły, i P. wszystkim się tym chwalił, więc musiał mu smakować :)
a, no i poinformował mnie, że zamierza zrobić sobie kolejny tatuaż... ósmy już?? czy dziewiąty? straciłam rachubę! pytam co, mówi, że anioła, bo nad nim czuwa. pytam gdzie? na przedramieniu, no to już mi się pomysł przestał podobać. ogólnie nie uznaję tatuaży, których nie można swobodnie zakryć w podkoszulku i spodenkach. no ale co ja mogę. zrobił. przyszedł. i zanim jeszcze mi go pokazał, zrobił taką śmieszną smutną minkę i znając moje podejście spytał, czy ma wyjść. słodziak! a tatuaż bardzo ładny muszę przyznać, tylko że ma bez kitu całe przedramię wytatuowane... :( co ja mam do tych facetów z tatuażami, ech... sama nie mam żadnego, może powinnam sobie zrobić??
większość czasu, którego nie spędzaliśmy poza domem siedzieliśmy (leżeliśmy :)) u mnie. a wczoraj spytał, czy jedziemy do niego. no czemu nie?! mieszka z rodzicami, no ale co się dziwić, jest ode mnie w sumie ponad 3 lata młodszy... wchodzimy, a tam... mama, tata, nawet siostra ze swoim chłopakiem, chociaż już z nimi nie mieszka. przywitałam się, i Piter kazał mi iść do jego sypialni, żeby mnie jego mama nie zagadywała. chyba nie chodzi o to, że mnie się wstydzi, bo by mnie nie wziął do domu, jak są w nim wszyscy, nie?? no chyba, że mama faktycznie taka gaduła :) siedzę sobie na jego łóżku w sypialni, Piter na dole w kuchni, drzwi się otwierają, a to jego mama przyniosła mi herbatkę... do łóżka mogłabym rzec... hehe, się zawstydziłam normalnie. no, ale źle chyba nie było, bo Pitol powiedział, że jego mama mnie polubiła, a jego tata na odchodne powiedział do mnie po polsku "do widzenia" :) no a dziś dostałam smsa "no, to poznałaś moich rodziców i siostrę. to dopiero początek" :D
gadałam sobie z moją mamą przez telefon. ona zawsze była i jest bardzo dyskretna, i nigdy nie zadaje niewygodnych pytań. szczęka mi prawie opadła jak zapytała, czy ja z Piterem to tak tylko buzi buzi, czy coś więcej już też :) hehe, ubaw po pachy :D
no, a ja powolutku zaczynam płacić cenę za uczenie mojej rybki jakże trudnego polskiego języka. leżymy sobie wczoraj... po deserze :D... a moje kochanie do mnie ni z gruchy ni z pietruchy wypluło z siebie szarmanckie "spierdalaj" :D ech, jakie to słodkie... a romantyczne jakie?? ahahaha... grunt, że chce się uczyć :)
a, i takie moje ulubione wycinki z smsów:
"I want to see you even for 5 min cause not seeing you for 5 weeks was so hard"
"i miss you already, how sad am i?" (5 min po wyjsciu ode mni)
"hope u like me enough not to bother cause I need my princess" (po zrobieniu tatuażu)
"everyday I like you more"
"my bed smells of you :)"
zacznę trochę od dupy strony - od tego co mi przywiózł, bo z jakiejś przyczyny, to zawsze jedna z pierwszych rzeczy, o które ludzie mnie pytają - dostałam pięknego misia koalę, koszulkę też z koalami i perfumy D&G.
ale najważniejsze, że mój robaczek wrócił :) miałam 4 wolne dni z tejże okazji, i prawie że się nie rozstawaliśmy. dziś jest pierwszy dzień, kiedy ogółem widziałam go nie więcej niż 10 minut.
co się działo? chyba nie trudno się domyślić, że nie możemy się od siebie odkleić... więc to akurat było trochę absorbujące.
Pitol miał kontrolę u lekarza, wyniki na początku przyszłego tygodnia, mam nadzieję, że te jego zarumienienie na australijskim słońcu nie będzie miało złego wpływu na jego chorobę... w każdym razie okazało się, że jego GP to Polak. więc Pitol do niego szarmancko "my sort of girlfriend is Polish too" (moja jakby dziewczyna jest Polką). za to "sort of" ("jakby") myślałam, że mu jajka urwę hehe :P w każdym razie poinformował pana doktora, że będzie się mną opiekował - jakby pana doktora Polaka co najmniej obchodziła jedna z ponad 20 milionów Polek na świecie :D
no i sprawa "sort of" została załatwiona, już nie jestem sort of - kurdę, awans normalnie :D
przetestowałam go na pierwszym polskim żarciu - zaczynam ostrożnie, bo bigosem to mogłabym go chyba łatwo przegonić :) zrobiłam więc mielone... :) zjadł, nie narzekał :) ogólnie to był w szoku, bo twierdzi, że nikt nigdy dla niego nic nie ugotował (pomijając rodzinę oczywiście). jakież było jego zdziwienie jak upiekłam mu sernik! :) z polewą krówkową mmm... zanim go jeszcze spróbował a już wiedział, że upiekłam, napisał mi smsa, że jeśli ten sernik będzie pyszny to się ze mną ożeni! :D powiedziałam, że trzymam go za słowo, ale chyba się przestraszył, bo powiedział tylko, że jest "nice". a sernik wyszedł całkiem niezły, i P. wszystkim się tym chwalił, więc musiał mu smakować :)
a, no i poinformował mnie, że zamierza zrobić sobie kolejny tatuaż... ósmy już?? czy dziewiąty?
większość czasu, którego nie spędzaliśmy poza domem siedzieliśmy (leżeliśmy :)) u mnie. a wczoraj spytał, czy jedziemy do niego. no czemu nie?! mieszka z rodzicami, no ale co się dziwić, jest ode mnie w sumie ponad 3 lata młodszy... wchodzimy, a tam... mama, tata, nawet siostra ze swoim chłopakiem, chociaż już z nimi nie mieszka. przywitałam się, i Piter kazał mi iść do jego sypialni, żeby mnie jego mama nie zagadywała. chyba nie chodzi o to, że mnie się wstydzi, bo by mnie nie wziął do domu, jak są w nim wszyscy, nie?? no chyba, że mama faktycznie taka gaduła :) siedzę sobie na jego łóżku w sypialni, Piter na dole w kuchni, drzwi się otwierają, a to jego mama przyniosła mi herbatkę... do łóżka mogłabym rzec... hehe, się zawstydziłam normalnie. no, ale źle chyba nie było, bo Pitol powiedział, że jego mama mnie polubiła, a jego tata na odchodne powiedział do mnie po polsku "do widzenia" :) no a dziś dostałam smsa "no, to poznałaś moich rodziców i siostrę. to dopiero początek" :D
gadałam sobie z moją mamą przez telefon. ona zawsze była i jest bardzo dyskretna, i nigdy nie zadaje niewygodnych pytań. szczęka mi prawie opadła jak zapytała, czy ja z Piterem to tak tylko buzi buzi, czy coś więcej już też :) hehe, ubaw po pachy :D
no, a ja powolutku zaczynam płacić cenę za uczenie mojej rybki jakże trudnego polskiego języka. leżymy sobie wczoraj... po deserze :D... a moje kochanie do mnie ni z gruchy ni z pietruchy wypluło z siebie szarmanckie "spierdalaj" :D ech, jakie to słodkie... a romantyczne jakie?? ahahaha... grunt, że chce się uczyć :)
a, i takie moje ulubione wycinki z smsów:
"I want to see you even for 5 min cause not seeing you for 5 weeks was so hard"
"i miss you already, how sad am i?" (5 min po wyjsciu ode mni)
"hope u like me enough not to bother cause I need my princess" (po zrobieniu tatuażu)
"everyday I like you more"
"my bed smells of you :)"
niedziela, 8 listopada 2009
sobota, 7 listopada 2009
no! to telepawka była, a raczej fqrf na maksa - myślałam, że komuś dzisiaj w pracy normalnie jebnę!! klienci już zajoba dostają (sorry, nie da się tego napisać ładną, poprawną polszczyzną bez bluzgów!). powinno się wydawać prawo jazdy na wózki sklepowe, jestem cała w siniakach, bo debile non stop mnie nimi uderzają. choć to może dlatego, że jak stwierdziła jedna babka u nas w pracy - oni nas nie widzą, bo my jesteśmy tylko "meblami"! jak bardzo trzeba być zapatrzonym w te zasrane półki, żeby nie widzieć, że wjeżdża się komuś wózkiem w dupę?? (w moim przypadku najczęściej dostaję w biodro). a już nie mogę patrzeć na te dzieci wsadzone w wózek, z wielkim zielonym gilem zwisającym z nosa, bo mamusia właśnie zastanawia się czy kupić long grain rice albo może kurwa basmati?!! i pomyśleć, że jeszcze 2 miesiące czegoś takiego mnie czeka, tzn. będzie jeszcze gorzej. chyba muszę zacząć brać jakieś leki uspokajające do pracy :(
no a tym czasem troszkę się podenerwowałam, bo Pitol nie odzywał się od czwartku od godz. 23ej. tzn. wiedziałam, że będzie leciał wiele wiele godzin, ale zawsze to jakoś dziwnie. aż w końcu o 11ej czasu tutejszego obwieścił światu, że zlądował :) mój telefon znowu ożył, smsy lecą aż miło :) biedactwo, dla niego w tej chwili jest 6 rano w niedzielę, więc pada na ryjek, a ja go zmuszam, żeby jeszcze nie spał, bo musi się od nowa przyzwyczaić do tej strefy czasowej. jeszcze nie wiem czy go zobaczę jutro (jak nie to się wścieknę chyba). właśnie czekam aż odpisze na smsa, ale wygląda na to, że zasnął z telefonem w ręku, bo coś za długo mu to idzie...
z przygód samotnej kobiety-kierowcy - wysiadam dziś z auta, patrzę, a jedna opona już cienka prawie jak niteczka. no to dawaj w te pędy na stację benzynową. no to komedia była, zanim wyczaiłam co zrobić, żeby dopompować powietrze zamiast spuszczać :) hehe. żenada!! :D
a tak ku pamięci, kilka tekstów Petera, od których aż mi kolanka miękną, już nie wspomnę że herbaty nie muszę słodzić. takie słodkie są :P
"I am taken or wanting to be"
"I don't want anyone to have you except me..." (egoista hehe)
"I want you and noone to take you away from me"
:D
no a tym czasem troszkę się podenerwowałam, bo Pitol nie odzywał się od czwartku od godz. 23ej. tzn. wiedziałam, że będzie leciał wiele wiele godzin, ale zawsze to jakoś dziwnie. aż w końcu o 11ej czasu tutejszego obwieścił światu, że zlądował :) mój telefon znowu ożył, smsy lecą aż miło :) biedactwo, dla niego w tej chwili jest 6 rano w niedzielę, więc pada na ryjek, a ja go zmuszam, żeby jeszcze nie spał, bo musi się od nowa przyzwyczaić do tej strefy czasowej. jeszcze nie wiem czy go zobaczę jutro (jak nie to się wścieknę chyba). właśnie czekam aż odpisze na smsa, ale wygląda na to, że zasnął z telefonem w ręku, bo coś za długo mu to idzie...
z przygód samotnej kobiety-kierowcy - wysiadam dziś z auta, patrzę, a jedna opona już cienka prawie jak niteczka. no to dawaj w te pędy na stację benzynową. no to komedia była, zanim wyczaiłam co zrobić, żeby dopompować powietrze zamiast spuszczać :) hehe. żenada!! :D
a tak ku pamięci, kilka tekstów Petera, od których aż mi kolanka miękną, już nie wspomnę że herbaty nie muszę słodzić. takie słodkie są :P
"I am taken or wanting to be"
"I don't want anyone to have you except me..." (egoista hehe)
"I want you and noone to take you away from me"
:D
piątek, 6 listopada 2009
no to chyba czas na małe podsumowanie.
39 dni... tyle właśnie nie widziałam Pitera. kurczę, teraz to brzmi nawet fajnie. gorzej było, jak tyle dni było przede mną! za nami setki wiadomości, dosłownie... chwała Ci panie za facebooka - to była w zasadzie jedyna możliwość naszego codziennego kontaktu. i faktycznie było tak, że ten kontakt był codziennie :D
już leci z powrotem :) nastą godzinę z rzędu. będzie jutro, ale z tego co wiem nie damy się rady zobaczyć :( za to w niedzielę... aż mam przyspieszone tętno jak sobie pomyślę, że w końcu go wyściskam. stęskniłam się strasznie. on mówi, że też, najbardziej podobało mi się, jak napisał "i'm dying to see u" (dosł. umieram żeby Cię zobaczyć hehe, czyli po polsku "nie mogę się doczekać aż cię zobaczę" :))
w ogóle w trakcie całej naszej rozłąki pisał takie strasznie kochane rzeczy, że tęskni, że nie może sie doczekać jak mnie przytuli, że mnie pragnie, że myśli o mnie, że jest cały mój itd itp. aż to wszystko podejrzanie piękne... tylko patrzeć jak jebnie jakiś grom z jasnego nieba.
tzn. już jebnął, ale na nieco innym polu - mówią, że jak ktoś ma szczęście w miłości, to nie ma szczęścia w kartach... no to ja właśnie wydałam 250 funtów na naprawę auta, które nie było nawet jako tako zepsute, tylko coś tam w nim buczało... wydałam fortunę (jak dla mnie) a auto buczy nadal, bo mechanik naprawił to, o uważał za pilniejsze... idź pan w chuj, zęby w ścianę i poszli dalej... weź tu bądź mądry i próbuj oszczędzać... a tu moje urodziny w drodze, Pitera też zresztą (co ja mu kupię???? przecież tak mało go jeszcze znam...), o świętach wolę nawet nie myśleć...
Ex już sobie wije gniazdko ze swoją szczęśliwą rodzinką hehe. wiem, bo do mnie dzwonił dzień przed wyjazdem po nich. dzwonił, bo przyszedł do mnie do domu, ale mnie nie zastał, a czuł się niepewny, i w ogóle do dupy i stwierdził, że tylko ja go mogę teraz zrozumieć!!! lol. a potem jeszcze napisał smsa, że to jego ostatnia noc, jako tzw. kawalera (!!!!), bla bla bla i na koniec "kocham cię... jeszcze :(". nóż się w kieszeni otwiera. jakieś głupkowate teksty, a w łóżku inna baba... matko, telenowela argentyńska jak się patrzeć!!
no, to idę zaraz spać, bo im szybciej się położę, tym szybciej będzie jutro, a jutro to już chyba będę miała telepawkę z niecierpliwości i podekscytowania...
yupi!!! :D
39 dni... tyle właśnie nie widziałam Pitera. kurczę, teraz to brzmi nawet fajnie. gorzej było, jak tyle dni było przede mną! za nami setki wiadomości, dosłownie... chwała Ci panie za facebooka - to była w zasadzie jedyna możliwość naszego codziennego kontaktu. i faktycznie było tak, że ten kontakt był codziennie :D
już leci z powrotem :) nastą godzinę z rzędu. będzie jutro, ale z tego co wiem nie damy się rady zobaczyć :( za to w niedzielę... aż mam przyspieszone tętno jak sobie pomyślę, że w końcu go wyściskam. stęskniłam się strasznie. on mówi, że też, najbardziej podobało mi się, jak napisał "i'm dying to see u" (dosł. umieram żeby Cię zobaczyć hehe, czyli po polsku "nie mogę się doczekać aż cię zobaczę" :))
w ogóle w trakcie całej naszej rozłąki pisał takie strasznie kochane rzeczy, że tęskni, że nie może sie doczekać jak mnie przytuli, że mnie pragnie, że myśli o mnie, że jest cały mój itd itp. aż to wszystko podejrzanie piękne... tylko patrzeć jak jebnie jakiś grom z jasnego nieba.
tzn. już jebnął, ale na nieco innym polu - mówią, że jak ktoś ma szczęście w miłości, to nie ma szczęścia w kartach... no to ja właśnie wydałam 250 funtów na naprawę auta, które nie było nawet jako tako zepsute, tylko coś tam w nim buczało... wydałam fortunę (jak dla mnie) a auto buczy nadal, bo mechanik naprawił to, o uważał za pilniejsze... idź pan w chuj, zęby w ścianę i poszli dalej... weź tu bądź mądry i próbuj oszczędzać... a tu moje urodziny w drodze, Pitera też zresztą (co ja mu kupię???? przecież tak mało go jeszcze znam...), o świętach wolę nawet nie myśleć...
Ex już sobie wije gniazdko ze swoją szczęśliwą rodzinką hehe. wiem, bo do mnie dzwonił dzień przed wyjazdem po nich. dzwonił, bo przyszedł do mnie do domu, ale mnie nie zastał, a czuł się niepewny, i w ogóle do dupy i stwierdził, że tylko ja go mogę teraz zrozumieć!!! lol. a potem jeszcze napisał smsa, że to jego ostatnia noc, jako tzw. kawalera (!!!!), bla bla bla i na koniec "kocham cię... jeszcze :(". nóż się w kieszeni otwiera. jakieś głupkowate teksty, a w łóżku inna baba... matko, telenowela argentyńska jak się patrzeć!!
no, to idę zaraz spać, bo im szybciej się położę, tym szybciej będzie jutro, a jutro to już chyba będę miała telepawkę z niecierpliwości i podekscytowania...
yupi!!! :D
sobota, 31 października 2009
nakupowałam w cholerę prezentów, ubrań i słodyczy dla moich siostrzeńców, oprócz tego wyjęłam wszystko swoje co mam do zabrania i... złapałam się za głowę - jadę na tydzień, a dwie walizki to za mało!! no i tak położyłam całą tą klamociarnię na tych walizkach i stwierdziłam, że muszę to jakoś przemyśleć...
a tymczasem, tak jak obiecał, zajechał pod me okno mój książę na czarnym rumaku i pojechaliśmy na miasto. wziął mnie do chińskiej restauracji, i to takiej "ą ę", kelner mało nam butów nie wypucował hahaha! a potem jeszcze do pubu na piwko. siedzieliśmy sobie na kanapie, wtuleni i gadaliśmy... :)
przywiózł mnie do domu i wszedł na górę... pomóc mi się pakować ;) tak się zawzięcie "pakowałam", że dostałam małego ataku paniki o godz. 1.05 w nocy - za dwie godziny pobudka i wyjazd na lotnisko, a ja nadal... w dupie! tak się przejęłam, że spakowałam się w 5 minut :) i nawet nie zaspałam... :)
cały pobyt w Polsce był jakiś taki na "wariackich papierach", w cholerę rzeczy do załatwienia, wielu ludzi do spotkania, wesele... a czasu tak mało!!
z Exem śmiesznie, bo miałam wrażenie, że ze mną flirtuje. pierwszy raz w życiu zostałam mile zaskoczona przez państwowy urząd w PL. otóż miałam do odbioru paszport, a że od jakiegoś czasu chodzę zakręcona jak słoik, okazało się że zamiast pokwitowania wzięłam jakiś rachunek z firmy kurierskiej. dowód osobisty wysłałam wcześniej do DVLA, żeby zmienić adres na prawku i sobie myślę, za cholerę mi paszportu nie wydadzą. no i doznałam szoku, bo wydali!
podczas całego pobytu zmuszona niejako byłam spać u mojej siostry, z Adasiem (starszym siostrzeńcem) w jednym łóżku :) , bo mama akurat zakopała się w remoncie do tego stopnia, że podłogi zadarte były tak, że musieli beton wylewać od nowa hahaha :) trochę czasu spędziłam z dzieciakami mojej siostry, raz nawet niańczyłam dwóch sama, a to nie lada synchronizację trzeba mieć, żeby się zajmować jednocześnie dwu i siedmiolatkiem, zwłaszcza że jednego trzeba było na czas odstawić do szkoły. wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie babcia, której zachciało się wpaść na niezapowiedzianą (ugh, jak ja to kocham!) kawkę i zburzyła mi cały system, co skończyło się krzykami i nerwami w strzępach... z rodziną jednak to fajnie tylko na zdjęciu.
wesele w skrócie, bo jak bym chciała opisać je dokładnie, to musiałabym napisać książkę. odbywało się nad morzem, ale morza nawet nie zdążyłam zobaczyć... wesele o mały włos nie skończyło się rozwodem, bo pan młody na poprawinach wyznał szarmancko (po kilkunastu godzinach picia) swej nowo poślubionej małżonce, że ją zdradził rok wcześniej... co tam się działo!! głowa mała. a mówią, ze co to za wesele bez bijatyki. to na tym były dwie! pierwsza - panna młoda okładającą swego ślubnego. a druga... Ex ganiający pana ubranego w same majtki po całym ośrodku wypoczynkowym, bo się pomylił i legł po imprezie w tym samym pokoju co ja. nic nie było, bo i po co, a chłopiec dostał parę ładnych lepów! szkoda że tego nie widziałam, spanikowałam i uciekłam do innego pokoju jak zaczęła się cała akcja...
mimo tego wcześniej miałam trochę czasu, żeby pogadać sobie szczerze z Exem, wyjaśniliśmy sobie sporo rzeczy, które trzeba było wyjaśnić dawno dawno temu... powiedziałam mu o Piterze, choćby po to, żeby nie ganiał nas po całym Edinbra jak nas zobaczy razem... on z kolei mnie zabił informacją, że ściąga do siebie swojego synka, razem... z jego mamą. tzn. nie Exa tylko synka :) zabił, bo powiedział, że decyzję tą podjął w czerwcu a my - do jasnej cholery - byliśmy jeszcze wtedy razem!! miło... poza tym to nie mógł przeżyć, że spotykam się ze Szkotem, bo kiedyś tam wspomniałam, że sobie nie umiem czegoś takiego wyobrazić... no i że on jeśli miałby kogoś szukać, to szukałby kogoś na moje podobieństwo i jest w szoku, że ja zrobiłam dokładnie odwrotnie... no tak! to mu chyba powinno dać trochę do myślenia... ogólnie wniosek był taki, że zawsze możemy na siebie liczyć, i pomagać sobie jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. usłyszałam potem wprawdzie jeszcze trochę wyrzutów, sama też ich nie szczędziła, ale grunt, że mam już to za sobą :)
łącznie z weselem tego chlania było 4 dni, i tegoż właśnie ostatniego dnia nie dałam rady, zasnęłam przy stoliku w pubie... starzeję się czy co?
oczywiście przez cały tydzień miałam non stop kontakt z P., a to smsy, a to telefon, skype, net :) słodko :)
a ogólnie to chyba pierwszy raz cieszyłam się, że wracam do domu do Szkocji, choćby z myślą, że w końcu sobie odpocznę :) szkoda tylko, że Pitola już nie było... :(
a tymczasem, tak jak obiecał, zajechał pod me okno mój książę na czarnym rumaku i pojechaliśmy na miasto. wziął mnie do chińskiej restauracji, i to takiej "ą ę", kelner mało nam butów nie wypucował hahaha! a potem jeszcze do pubu na piwko. siedzieliśmy sobie na kanapie, wtuleni i gadaliśmy... :)
przywiózł mnie do domu i wszedł na górę... pomóc mi się pakować ;) tak się zawzięcie "pakowałam", że dostałam małego ataku paniki o godz. 1.05 w nocy - za dwie godziny pobudka i wyjazd na lotnisko, a ja nadal... w dupie! tak się przejęłam, że spakowałam się w 5 minut :) i nawet nie zaspałam... :)
cały pobyt w Polsce był jakiś taki na "wariackich papierach", w cholerę rzeczy do załatwienia, wielu ludzi do spotkania, wesele... a czasu tak mało!!
z Exem śmiesznie, bo miałam wrażenie, że ze mną flirtuje. pierwszy raz w życiu zostałam mile zaskoczona przez państwowy urząd w PL. otóż miałam do odbioru paszport, a że od jakiegoś czasu chodzę zakręcona jak słoik, okazało się że zamiast pokwitowania wzięłam jakiś rachunek z firmy kurierskiej. dowód osobisty wysłałam wcześniej do DVLA, żeby zmienić adres na prawku i sobie myślę, za cholerę mi paszportu nie wydadzą. no i doznałam szoku, bo wydali!
podczas całego pobytu zmuszona niejako byłam spać u mojej siostry, z Adasiem (starszym siostrzeńcem) w jednym łóżku :) , bo mama akurat zakopała się w remoncie do tego stopnia, że podłogi zadarte były tak, że musieli beton wylewać od nowa hahaha :) trochę czasu spędziłam z dzieciakami mojej siostry, raz nawet niańczyłam dwóch sama, a to nie lada synchronizację trzeba mieć, żeby się zajmować jednocześnie dwu i siedmiolatkiem, zwłaszcza że jednego trzeba było na czas odstawić do szkoły. wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie babcia, której zachciało się wpaść na niezapowiedzianą (ugh, jak ja to kocham!) kawkę i zburzyła mi cały system, co skończyło się krzykami i nerwami w strzępach... z rodziną jednak to fajnie tylko na zdjęciu.
wesele w skrócie, bo jak bym chciała opisać je dokładnie, to musiałabym napisać książkę. odbywało się nad morzem, ale morza nawet nie zdążyłam zobaczyć... wesele o mały włos nie skończyło się rozwodem, bo pan młody na poprawinach wyznał szarmancko (po kilkunastu godzinach picia) swej nowo poślubionej małżonce, że ją zdradził rok wcześniej... co tam się działo!! głowa mała. a mówią, ze co to za wesele bez bijatyki. to na tym były dwie! pierwsza - panna młoda okładającą swego ślubnego. a druga... Ex ganiający pana ubranego w same majtki po całym ośrodku wypoczynkowym, bo się pomylił i legł po imprezie w tym samym pokoju co ja. nic nie było, bo i po co, a chłopiec dostał parę ładnych lepów! szkoda że tego nie widziałam, spanikowałam i uciekłam do innego pokoju jak zaczęła się cała akcja...
mimo tego wcześniej miałam trochę czasu, żeby pogadać sobie szczerze z Exem, wyjaśniliśmy sobie sporo rzeczy, które trzeba było wyjaśnić dawno dawno temu... powiedziałam mu o Piterze, choćby po to, żeby nie ganiał nas po całym Edinbra jak nas zobaczy razem... on z kolei mnie zabił informacją, że ściąga do siebie swojego synka, razem... z jego mamą. tzn. nie Exa tylko synka :) zabił, bo powiedział, że decyzję tą podjął w czerwcu a my - do jasnej cholery - byliśmy jeszcze wtedy razem!! miło... poza tym to nie mógł przeżyć, że spotykam się ze Szkotem, bo kiedyś tam wspomniałam, że sobie nie umiem czegoś takiego wyobrazić... no i że on jeśli miałby kogoś szukać, to szukałby kogoś na moje podobieństwo i jest w szoku, że ja zrobiłam dokładnie odwrotnie... no tak! to mu chyba powinno dać trochę do myślenia... ogólnie wniosek był taki, że zawsze możemy na siebie liczyć, i pomagać sobie jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. usłyszałam potem wprawdzie jeszcze trochę wyrzutów, sama też ich nie szczędziła, ale grunt, że mam już to za sobą :)
łącznie z weselem tego chlania było 4 dni, i tegoż właśnie ostatniego dnia nie dałam rady, zasnęłam przy stoliku w pubie... starzeję się czy co?
oczywiście przez cały tydzień miałam non stop kontakt z P., a to smsy, a to telefon, skype, net :) słodko :)
a ogólnie to chyba pierwszy raz cieszyłam się, że wracam do domu do Szkocji, choćby z myślą, że w końcu sobie odpocznę :) szkoda tylko, że Pitola już nie było... :(
poniedziałek, 26 października 2009
wieczorem w sobotę przyszła do mnie Ryśka (razem pracujemy) i szykowałyśmy się razem na te balety. ale tak na trzeźwo to nie można, więc popijałyśmy sobie przy tym drineczki :) niestety do czasu kiedy byłyśmy gotowe, po wypiciu "szalonych" dwóch drinków, Ryśka mi się ładnie zrobiła, i już wiedziałam, że będą kłopoty...
ogólnie plan był taki, że wszyscy mamy się spotkać w barze na mieście i stamtąd mamy iść na balety. zadzwonił do nas jednak Gav (kierowca od nas), żebyśmy przyjechali do niego, i od niego pojechali na imprezę. nie bardzo chciałam, bo wiedziałam, że jak już siądziemy u niego na dupie, to będzie nam się ciężko wybrać. po długich namowach i naradach telefonicznych pojechałyśmy. Peter nie mógł przeżyć tego, jak wyglądam. powiedział, że tak jak przypuszczał powinien był spisać testament przed wyjściem, bo zaraz dostanie ataku serca :) no fakt, odstrzeliłam się jak stróż w boże ciało :) wtedy jeszcze mogłam, bo byłam chuda jak patyk, nie to co teraz hehe... :)
co dalej działo się u Gava opiszę w dużym skrócie, bo na samo wspomnienie szlag mnie trafia. Ryśka nawaliła się jak szpadel i dawała czadu, wszyscy wymieniali między sobą znaczące spojrzenia. ale co najlepsze Ryśka stwierdziła, że TO JA narobiłam wiochy, bo cały czas "wisiałam na Peterze", a to u kogoś tak nie wypada, no i że wszyscy mnie obgadują, że niby jak to ja się zachowuję. no i spieprzyła mi dziewczyna wieczór. boże, jakie to było przewidywalne! wyjaśnianie całej sytuacji trochę trwało, i tak jak przypuszczałam wszyscy gadali - owszem, ale o jej zachowaniu. z nią to tak zawsze, chora jest jak to nie ona jest w centrum zainteresowania i na głowie stanie, żeby w nim być. no i to jej się akurat udało. w końcu zaczęliśmy zbierać się na miasto, było już po 11ej, a dla informacji tych, co nie wiedzą, w UK wszystkie balety kończą się o 3 w nocy. miałam już trochę w trąbce jak dotarłam do lokalu koło północy. wiele czasu na tańce nam nie zostało...
tam powiedziałam do Petera coś w stylu, że jest ktoś kogo chciałabym dziś wziąć do siebie do domu, i czy myśli, że ten ktoś pójdzie? powiedział, że oczywiście że ten ktoś pójdzie :D
bardzo nie chciałam "mocno się zrobić" ze względu na mój plan, ale gdy zaplątałam się przypadkiem koło baru Gav odwrócił się do mnie, wsadził w rękę dwa kieliszki z czymś czerwonym (sambuka??) i krzyknął "pij!". niewiele myśląc wypiłam. a zaraz po tym dostałam dwie szklanki z wódką z sokiem. i co?? i też wypiłam! :( i to było koniec... podpierając się na ramieniu Petera musiałam wyjść na zewnątrz do palarni, na świeże powietrze :) nie wiem ile tam byłam, ale w poniedziałek okazało się, że tam po raz pierwszy tego wieczoru widziałam się z Emilcią i Johnem a totalnie tego nie pamiętam! a dałabym sobie rękę uciąć, że ich tam tego wieczoru w ogóle nie było... no i byłabym teraz bez ręki! :)
próbowałam potem nawet trochę tańczyć, ale nie wiem jak to musiało wyglądać, bo ledwo stalam na nogach... dodam, że łatwo nie było, bo miałam 10cm szpilki!! koło drugiej w nocy Peter spytał czy idziemy. więc poszliśmy spacerkiem do mnie - mieszkam jakieś 15 minut drogi stamtąd - czas mierzony w szpilkach :D. i dobrze mi ten spacerek zrobił, bo troszkę przetrzeźwiałam. troszkę, bo tak totalnie wszystkiego nie pamiętam z tego co się działo potem. pamiętam, że było fajnie :) i pamiętam, że strasznie się cieszyłam, że jak "po wszystkim" zapytałam Petera czy idzie do domu czy woli zostać i spać u mnie, powiedział że zostaje :)
strasznie fajnie było się koło niego obudzić. tzn. mnie, jemu mogło nie być aż tak zajebiście, zważając na mój stan nocy poprzedniego wieczora nie mogłam wyglądać zbyt imponująco. ale o dziwo nie uciekł :) nawet siedział u mnie do 17ej, a potem co?? potem poleciał kopać piłkę... eh...
a żeby nie było za pięknie i kolorowo, to w środę miał zacząć się mój zaplanowany już dawno wyjazd do Polski na wesele, na tydzień, z Exem. tzn nie tydzień z Exem, ale wesele. niestety we wtorek, dzień przed moim powrotem Peter też miał wyjeżdżać na wesele... do Australii... na miesiąc!! :( czyli rozłąka na 5 tygodni. 39 dni, taki pierwszy test... i czas na przekonanie się, co to właściwie jest między nami.
ale najpierw mój książę z bajki obiecał, że we wtorek weźmie mnie na "pożegnalną" randkę, skoro mam w Polsce wyjść za mąż, a on ożenić się w Australii ;)
ogólnie plan był taki, że wszyscy mamy się spotkać w barze na mieście i stamtąd mamy iść na balety. zadzwonił do nas jednak Gav (kierowca od nas), żebyśmy przyjechali do niego, i od niego pojechali na imprezę. nie bardzo chciałam, bo wiedziałam, że jak już siądziemy u niego na dupie, to będzie nam się ciężko wybrać. po długich namowach i naradach telefonicznych pojechałyśmy. Peter nie mógł przeżyć tego, jak wyglądam. powiedział, że tak jak przypuszczał powinien był spisać testament przed wyjściem, bo zaraz dostanie ataku serca :) no fakt, odstrzeliłam się jak stróż w boże ciało :) wtedy jeszcze mogłam, bo byłam chuda jak patyk, nie to co teraz hehe... :)
co dalej działo się u Gava opiszę w dużym skrócie, bo na samo wspomnienie szlag mnie trafia. Ryśka nawaliła się jak szpadel i dawała czadu, wszyscy wymieniali między sobą znaczące spojrzenia. ale co najlepsze Ryśka stwierdziła, że TO JA narobiłam wiochy, bo cały czas "wisiałam na Peterze", a to u kogoś tak nie wypada, no i że wszyscy mnie obgadują, że niby jak to ja się zachowuję. no i spieprzyła mi dziewczyna wieczór. boże, jakie to było przewidywalne! wyjaśnianie całej sytuacji trochę trwało, i tak jak przypuszczałam wszyscy gadali - owszem, ale o jej zachowaniu. z nią to tak zawsze, chora jest jak to nie ona jest w centrum zainteresowania i na głowie stanie, żeby w nim być. no i to jej się akurat udało. w końcu zaczęliśmy zbierać się na miasto, było już po 11ej, a dla informacji tych, co nie wiedzą, w UK wszystkie balety kończą się o 3 w nocy. miałam już trochę w trąbce jak dotarłam do lokalu koło północy. wiele czasu na tańce nam nie zostało...
tam powiedziałam do Petera coś w stylu, że jest ktoś kogo chciałabym dziś wziąć do siebie do domu, i czy myśli, że ten ktoś pójdzie? powiedział, że oczywiście że ten ktoś pójdzie :D
bardzo nie chciałam "mocno się zrobić" ze względu na mój plan, ale gdy zaplątałam się przypadkiem koło baru Gav odwrócił się do mnie, wsadził w rękę dwa kieliszki z czymś czerwonym (sambuka??) i krzyknął "pij!". niewiele myśląc wypiłam. a zaraz po tym dostałam dwie szklanki z wódką z sokiem. i co?? i też wypiłam! :( i to było koniec... podpierając się na ramieniu Petera musiałam wyjść na zewnątrz do palarni, na świeże powietrze :) nie wiem ile tam byłam, ale w poniedziałek okazało się, że tam po raz pierwszy tego wieczoru widziałam się z Emilcią i Johnem a totalnie tego nie pamiętam! a dałabym sobie rękę uciąć, że ich tam tego wieczoru w ogóle nie było... no i byłabym teraz bez ręki! :)
próbowałam potem nawet trochę tańczyć, ale nie wiem jak to musiało wyglądać, bo ledwo stalam na nogach... dodam, że łatwo nie było, bo miałam 10cm szpilki!! koło drugiej w nocy Peter spytał czy idziemy. więc poszliśmy spacerkiem do mnie - mieszkam jakieś 15 minut drogi stamtąd - czas mierzony w szpilkach :D. i dobrze mi ten spacerek zrobił, bo troszkę przetrzeźwiałam. troszkę, bo tak totalnie wszystkiego nie pamiętam z tego co się działo potem. pamiętam, że było fajnie :) i pamiętam, że strasznie się cieszyłam, że jak "po wszystkim" zapytałam Petera czy idzie do domu czy woli zostać i spać u mnie, powiedział że zostaje :)
strasznie fajnie było się koło niego obudzić. tzn. mnie, jemu mogło nie być aż tak zajebiście, zważając na mój stan nocy poprzedniego wieczora nie mogłam wyglądać zbyt imponująco. ale o dziwo nie uciekł :) nawet siedział u mnie do 17ej, a potem co?? potem poleciał kopać piłkę... eh...
a żeby nie było za pięknie i kolorowo, to w środę miał zacząć się mój zaplanowany już dawno wyjazd do Polski na wesele, na tydzień, z Exem. tzn nie tydzień z Exem, ale wesele. niestety we wtorek, dzień przed moim powrotem Peter też miał wyjeżdżać na wesele... do Australii... na miesiąc!! :( czyli rozłąka na 5 tygodni. 39 dni, taki pierwszy test... i czas na przekonanie się, co to właściwie jest między nami.
ale najpierw mój książę z bajki obiecał, że we wtorek weźmie mnie na "pożegnalną" randkę, skoro mam w Polsce wyjść za mąż, a on ożenić się w Australii ;)
sobota, 24 października 2009
odważył się?? oczywiście że nie!! :)
podszedł do mnie, pogadaliśmy sobie i musieliśmy oboje wracać do pracy. no i tak się kilka razy minęliśmy a ja nie powiem, byłam zawiedziona... aż w końcu za którymś "minięciem" nie wytrzymałam, odeszłam już w stronę drzwi i rzuciłam przez ramię "wiedziałam, że się nie odważysz!". wtedy wyciągnął do mnie rękę, podeszłam i... pocałował mnie! :) było przy tym dwoje innych pracowników i tak jakoś fajnie się uśmiechnęli :) a ja... ja chyba pierwszy raz w życiu się zaczerwieniłam... :) ech, jak dzieci :D
potem z kolejnej pokaźnej porcji smsów dowiedziałam się, że ma wolną chatę w weekend (ech, ta młodzież... nie ma to jak mieszkać z rodzicami hehe). spytał, czy mam ochotę przyjść. no ba! choćby z samej ciekawości jak mieszka i czy "coś" będzie próbował :). przyjechał po mnie. pokazał mi dom, swój pokój (kurdę, jaki porządek :D ). usiedliśmy sobie na kanapie przed telewizorem i gadaliśmy sobie wtuleni jedno w drugie. powiedział mi, że cały czas się zastanawia czemu "taka" dziewczyna jak ja go lubi. jaka??? normalna przecież, najnormalniejsza na świecie, no, może z małymi odpałami... :) nie mogłam przetłumaczyć, że ale o co ci w ogóle chodzi :) jakież było moje zdziwienie jak powiedział, że niedługo odwiezie mnie do domu, bo mam wstać do pracy za jakieś 5 godzin i nie chce, żebym była niewyspana, choć wolałby żebym została... o matko! to tacy faceci jeszcze istnieją?? że dżentelmeni niby :) że nie próbował mnie zaciągnąć...??!! :) bo ja już bym się chyba dała :)
no i tak minęło kilka, kilkanaście kolejnych dni. setki smsów, ukradkowe całusy i przytulanki w pracy, komentarze współpracowników w stylu "get a room!" (wynajmijcie sobie pokój!), spotkania wieczorami, jak już zdołał mnie gdzieś wcisnąć między dwie prace, futbol 2 razy w tygodniu, kickboxing i siłownię. to zresztą była pierwsza rzecz, która stwierdziłam, że będzie stanowiła dla mnie problem - nie będzie miał dla mnie czasu. powiedziałam mu to, przedstawił mi wtedy cały swój "rozkład jazdy" i powiedział "cała reszta jest twoja" :)
co ciekawe, za każdym razem, gdy miałam się zobaczyć z Peterem, to albo dostawałam smsa od Exa, albo do mnie dzwonił, albo mijałam go gdzieś na mieście... strasznie dziwne to było...
a tymczasem wielkim krokami zbliżało się nasze wyjście z ludźmi z pracy. nie mogłam się doczekać, bo baletów to mi się chciało już od dawna, a poza tym było to trochę ekscytujące, że zobaczę w końcu miny całej reszty tych, którzy nas jeszcze razem nie widzieli, bo stanowiliśmy swego rodzaju małą sensację. tzn. wiedzieli o nas wszyscy, bo w tym sklepie nie da się nic ukryć, ale jeszcze nie wszyscy wierzyli i widzieli...
jeden z smsów, który dostałam niedługo przed tym wyjściem w treść wplecione miał zdanie "wake up prince charmin Peter!" (obudź się jako książę z bajki Peter). no od razu mi się shrek skojarzył, więc mu odpisałam, że nie musi, bo ja przecież jestem jak fiona :) stwierdził, że żadna ze mnie fiona, że jestem "wee princess" (mała królewna). i tak do mnie od tamtej pory mówi, zresztą nauczył się nawet i mówi do mnie do po polsku "moja mała królewna" - miała być ogólnie księżniczka, ale nie chciała mu przejść przez gardło :D i mówi jeszcze "daj buzi" :)
no i nadszedł w końcu wyczekiwany dzień imprezy. stwierdziłam wóz albo przewóz, po imprezie będzie spał u mnie! hehe... tylko przez to, że jakoś wcześniej nie naciskał, nie próbował, nie wiedziałam czy będzie chciał... ja wiedziałam za to, że muszę się napić... :)
podszedł do mnie, pogadaliśmy sobie i musieliśmy oboje wracać do pracy. no i tak się kilka razy minęliśmy a ja nie powiem, byłam zawiedziona... aż w końcu za którymś "minięciem" nie wytrzymałam, odeszłam już w stronę drzwi i rzuciłam przez ramię "wiedziałam, że się nie odważysz!". wtedy wyciągnął do mnie rękę, podeszłam i... pocałował mnie! :) było przy tym dwoje innych pracowników i tak jakoś fajnie się uśmiechnęli :) a ja... ja chyba pierwszy raz w życiu się zaczerwieniłam... :) ech, jak dzieci :D
potem z kolejnej pokaźnej porcji smsów dowiedziałam się, że ma wolną chatę w weekend (ech, ta młodzież... nie ma to jak mieszkać z rodzicami hehe). spytał, czy mam ochotę przyjść. no ba! choćby z samej ciekawości jak mieszka i czy "coś" będzie próbował :). przyjechał po mnie. pokazał mi dom, swój pokój (kurdę, jaki porządek :D ). usiedliśmy sobie na kanapie przed telewizorem i gadaliśmy sobie wtuleni jedno w drugie. powiedział mi, że cały czas się zastanawia czemu "taka" dziewczyna jak ja go lubi. jaka??? normalna przecież, najnormalniejsza na świecie, no, może z małymi odpałami... :) nie mogłam przetłumaczyć, że ale o co ci w ogóle chodzi :) jakież było moje zdziwienie jak powiedział, że niedługo odwiezie mnie do domu, bo mam wstać do pracy za jakieś 5 godzin i nie chce, żebym była niewyspana, choć wolałby żebym została... o matko! to tacy faceci jeszcze istnieją?? że dżentelmeni niby :) że nie próbował mnie zaciągnąć...??!! :) bo ja już bym się chyba dała :)
no i tak minęło kilka, kilkanaście kolejnych dni. setki smsów, ukradkowe całusy i przytulanki w pracy, komentarze współpracowników w stylu "get a room!" (wynajmijcie sobie pokój!), spotkania wieczorami, jak już zdołał mnie gdzieś wcisnąć między dwie prace, futbol 2 razy w tygodniu, kickboxing i siłownię. to zresztą była pierwsza rzecz, która stwierdziłam, że będzie stanowiła dla mnie problem - nie będzie miał dla mnie czasu. powiedziałam mu to, przedstawił mi wtedy cały swój "rozkład jazdy" i powiedział "cała reszta jest twoja" :)
co ciekawe, za każdym razem, gdy miałam się zobaczyć z Peterem, to albo dostawałam smsa od Exa, albo do mnie dzwonił, albo mijałam go gdzieś na mieście... strasznie dziwne to było...
a tymczasem wielkim krokami zbliżało się nasze wyjście z ludźmi z pracy. nie mogłam się doczekać, bo baletów to mi się chciało już od dawna, a poza tym było to trochę ekscytujące, że zobaczę w końcu miny całej reszty tych, którzy nas jeszcze razem nie widzieli, bo stanowiliśmy swego rodzaju małą sensację. tzn. wiedzieli o nas wszyscy, bo w tym sklepie nie da się nic ukryć, ale jeszcze nie wszyscy wierzyli i widzieli...
jeden z smsów, który dostałam niedługo przed tym wyjściem w treść wplecione miał zdanie "wake up prince charmin Peter!" (obudź się jako książę z bajki Peter). no od razu mi się shrek skojarzył, więc mu odpisałam, że nie musi, bo ja przecież jestem jak fiona :) stwierdził, że żadna ze mnie fiona, że jestem "wee princess" (mała królewna). i tak do mnie od tamtej pory mówi, zresztą nauczył się nawet i mówi do mnie do po polsku "moja mała królewna" - miała być ogólnie księżniczka, ale nie chciała mu przejść przez gardło :D i mówi jeszcze "daj buzi" :)
no i nadszedł w końcu wyczekiwany dzień imprezy. stwierdziłam wóz albo przewóz, po imprezie będzie spał u mnie! hehe... tylko przez to, że jakoś wcześniej nie naciskał, nie próbował, nie wiedziałam czy będzie chciał... ja wiedziałam za to, że muszę się napić... :)
czwartek, 22 października 2009
środa, 21 października 2009
no ale jak to było dalej...
rano w pracy aż huczało! że niby ja i Peter cały czas na sobie wisieliśmy... na początku się wkurzyłam, ale potem to w sumie zaczęło mnie to bawić, myślałam że Peter się też będzie wkurzał, że wszyscy wiedzą i w ogóle, ale okazało się że nie. powiedział, że nie ma czego ukrywać i tak sobie myślę, że to bardzo dobrze o nim świadczy, bo gdyby chciał mie za przeproszeniem "tylko przelecieć" to chciałby "nas" ukrywać....
myślałam, że telefon mi się przegrzeje, bo od tej pory pisaliśmy do siebie po 50, 60 smsów dziennie jak nie lepiej...
no i zaprosił mnie na randkę. powiedział, że po mnie przyjedzie o 13.30 i tak też było. punktualny - jak miło :) podjechał pod klatkę, wychodzę, patrzę a tam czarne bmw... hmmm, nie żeby ze mnie jakaś blachara była, ale trochę się zdziwiłam, że kierowcę od nas stać na takie auto. w tak zwanym międzyczasie okazało się, że praca w naszym sklepie to tylko dodatkowa praca, a tak poza tym jest malarzem. myślałam - ot, budowlaniec i tyle... potem zobaczyłam jakie cuda potrafi ludziom na ścianach wymalować! poza tym był finalistą ogólnokrajowego konkursu na młodego malarza roku :) i dlatego też ma drugie auto, którym jeździ do pracy... jak dla mnie to może mieć pięć albo i wcale, uważam tylko, że to świadczy o jakiejś takiej... zaradności :) aaa, no i ubrany był tak jak lubię gdy facet jest ubrany :) mała rzecz a cieszy, bo nigdy moi faceci się ubrać sensownie (i po mojemu hehe) ubrać nie potrafili... i nawet muzyka w aucie leciała taka jak lubię :)
a wracając do randki. ponieważ pogoda była ładna (w Szkocji!!!), świeciło słonko i w ogóle, to pojechaliśmy sobie na plażę. poszliśmy wzdłuż morza i usiedliśmy sobie na piasku. ciekawe było to, że nie rozmawialiśmy non stop, ale cisza nie była jakaś taka... krępująca. siedziałam sobie odwrócona buzią do słonka, a on leżał za moimi plecami i grzebał się w piasku, pełne adhd, na dupie nie usiedzi, a jak siedzi to musi coś z rękami robić :) nagle poszułam dotyk na plecach, wtulił buzię w moje plecy :) odwróciłam się a on zbliżył się do mnie i pocałował! tak że aż mie ciarki przeszły, na samo wspomnienie zresztą przechodzą. na dalszej części spaceru wziął mnie za rękę :) potem spytał czy pojedziemy coś zjeść, wiec pojechaliśmy do włoskiej knajpy.
podczas rozmowy powiedziałam mu, że ja też od początku miałam na niego oko, i spytałam czy pamięta jak niedawno przyszłam do jego vana coś tam mu zanieść i spytałam czy mu pomóc, bo kierowcy wtedy mieli już jakieś opóźnienie, a on powiedział, że nie. wytłumaczyłam, ze to była moja próba rozpoczęcia gadania z nim, ale chyba nie za bardzo mi wyszła :) on na to, że pierwsze co poleciał do Nikki powiedzieć jej, że właśnie wydarzyło się coś dziwnego, że przyszłam do niego i zaoferowałam pomoc, stwierdził że go onieśmielałam dlatego nie zaczął ze mną gadać :)
wieczór już był, więc mnie zawiózł do domku, bo następnego dnia do pracy. dał buziaka i pojechał na trening... no tak, stara uniwersalna prawda, żadna baba z piłką nożną nie wygra!!!
tego wieczoru pisaliśmy jeszcze do siebie smsy, w jednym z nich powiedział, że nie może się doczekać jak rano w pracy mnie przytuli i pocałuje. stwierdziłam, że nie odważy się. tak przy wszystkich?? nie ma szans... odważył się??
o tym następnym razem.
rano w pracy aż huczało! że niby ja i Peter cały czas na sobie wisieliśmy... na początku się wkurzyłam, ale potem to w sumie zaczęło mnie to bawić, myślałam że Peter się też będzie wkurzał, że wszyscy wiedzą i w ogóle, ale okazało się że nie. powiedział, że nie ma czego ukrywać i tak sobie myślę, że to bardzo dobrze o nim świadczy, bo gdyby chciał mie za przeproszeniem "tylko przelecieć" to chciałby "nas" ukrywać....
myślałam, że telefon mi się przegrzeje, bo od tej pory pisaliśmy do siebie po 50, 60 smsów dziennie jak nie lepiej...
no i zaprosił mnie na randkę. powiedział, że po mnie przyjedzie o 13.30 i tak też było. punktualny - jak miło :) podjechał pod klatkę, wychodzę, patrzę a tam czarne bmw... hmmm, nie żeby ze mnie jakaś blachara była, ale trochę się zdziwiłam, że kierowcę od nas stać na takie auto. w tak zwanym międzyczasie okazało się, że praca w naszym sklepie to tylko dodatkowa praca, a tak poza tym jest malarzem. myślałam - ot, budowlaniec i tyle... potem zobaczyłam jakie cuda potrafi ludziom na ścianach wymalować! poza tym był finalistą ogólnokrajowego konkursu na młodego malarza roku :) i dlatego też ma drugie auto, którym jeździ do pracy... jak dla mnie to może mieć pięć albo i wcale, uważam tylko, że to świadczy o jakiejś takiej... zaradności :) aaa, no i ubrany był tak jak lubię gdy facet jest ubrany :) mała rzecz a cieszy, bo nigdy moi faceci się ubrać sensownie (i po mojemu hehe) ubrać nie potrafili... i nawet muzyka w aucie leciała taka jak lubię :)
a wracając do randki. ponieważ pogoda była ładna (w Szkocji!!!), świeciło słonko i w ogóle, to pojechaliśmy sobie na plażę. poszliśmy wzdłuż morza i usiedliśmy sobie na piasku. ciekawe było to, że nie rozmawialiśmy non stop, ale cisza nie była jakaś taka... krępująca. siedziałam sobie odwrócona buzią do słonka, a on leżał za moimi plecami i grzebał się w piasku, pełne adhd, na dupie nie usiedzi, a jak siedzi to musi coś z rękami robić :) nagle poszułam dotyk na plecach, wtulił buzię w moje plecy :) odwróciłam się a on zbliżył się do mnie i pocałował! tak że aż mie ciarki przeszły, na samo wspomnienie zresztą przechodzą. na dalszej części spaceru wziął mnie za rękę :) potem spytał czy pojedziemy coś zjeść, wiec pojechaliśmy do włoskiej knajpy.
podczas rozmowy powiedziałam mu, że ja też od początku miałam na niego oko, i spytałam czy pamięta jak niedawno przyszłam do jego vana coś tam mu zanieść i spytałam czy mu pomóc, bo kierowcy wtedy mieli już jakieś opóźnienie, a on powiedział, że nie. wytłumaczyłam, ze to była moja próba rozpoczęcia gadania z nim, ale chyba nie za bardzo mi wyszła :) on na to, że pierwsze co poleciał do Nikki powiedzieć jej, że właśnie wydarzyło się coś dziwnego, że przyszłam do niego i zaoferowałam pomoc, stwierdził że go onieśmielałam dlatego nie zaczął ze mną gadać :)
wieczór już był, więc mnie zawiózł do domku, bo następnego dnia do pracy. dał buziaka i pojechał na trening... no tak, stara uniwersalna prawda, żadna baba z piłką nożną nie wygra!!!
tego wieczoru pisaliśmy jeszcze do siebie smsy, w jednym z nich powiedział, że nie może się doczekać jak rano w pracy mnie przytuli i pocałuje. stwierdziłam, że nie odważy się. tak przy wszystkich?? nie ma szans... odważył się??
o tym następnym razem.
poniedziałek, 12 października 2009
w zasadzie to nie wiem, od czego zacząć... wiem, że najlepiej od początku, tylko gdzie on w zasadzie jest?? może najpierw się wytłumaczę z tego, co zamierzam napisać...
ogólnie to powinnam pewnie wyć do księżyca, zarywać noce ze smutku i nie wiem co tam jeszcze, ale tego nie robię... tzn. nie powiem, że mnie ta cała sytuacja nie ruszyła, bo ruszyła... nie jestem typem optymistki, nie mam czegoś takiego jak dobre przeczucia... a tu masz babo placek!! zaczęłam mieć dobre przeczucia, i to odnośnie czegoś, co niektórzy nazwaliby "szybkim pocieszeniem się". ale do jasnej cholery! nie będę już z siebie robić męczennicy pańskiej jak to miałam w zwyczaju. koniec i kropka, teraz będę egoistką, chcę żeby było dobrze, chcę być szczęśliwa, choćby nie wiem co! i chyba jestem na dobrej drodze póki co, bo choć od mojej wyprowadzki od Exa minęło mało czasu, ja już mam motylki w brzuchu... :)
mam trochę zaległości w pisaniu, więc to będzie długa przeprawa...
po urlopie w Polsce w lipcu wróciłam sobie do pracy jak gdyby nigdy nic... a tu idzie!! i-dzie!! nowy kierowca... i patrzy na mnie jakoś tak dziwnie. nienormalny chyba jakiś, nawet na moment nie odwróci wzroku bezczelny! i tak trzy razy w tygodniu, bo wtedy mamy razem zmiany. tzn, nie tak do końca razem, bo kierowców to my widujemy ogółem może po 15 minut dziennie. na początku to się zastanawiałam czy może się ubrudziłam na buzi, albo czy mi się tapeta rozmazała, ale chyba nie, bo ta wymiana spojrzeń była za każdym razem jak się mijaliśmy. na początku odwracałam wzrok szybko, ale potem już nie - tak długo, aż zeszliśmy sobie z pola widzenia. i coś zaczęło mi się w nim podobać... potem usłyszałam jego głos, ech, muzyka dla uszu :) no ale przecież taki fajny koleś nie może się zainteresować taką dziewczyną jak ja, w dodatku z Polski (jakieś kompleksy czy coś?), no bo on Szkot pełną gębą... poza tym jeszcze miałam niepokończone sprawy z Exem, no i dowiedziałam się że Peter też ma dziewczynę. w dodatku sprawa zupełnie beznadziejna, bo tak tylko patrzy, i ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w dupę, a ja już nie z tych co pierwsza uderza do kolesia...
i tak sobie mijały dni, wyprowadziłam się od Exa i zaczęłam dużo bardziej wychodzić do ludzi. w tak zwanym międzyczasie wspomniałam dwóm osobom w pracy, że Peter mi się podoba z zastrzeżeniem, że fajnie by było gdyby ta informacja została między nami. jedną z osób, którym powiedziałam, była "ciocia Brenda", a ta nie byłaby sobą, gdyby nie wypaplała - urządziła sobie pogawędkę z Nikki, która jest u nas kierowcą, która brzmiała mniej więcej tak:
B: fajny ten Peter!
N: no, ale on woli kogoś innego
B: kogo?
N: Annę
no i mi kopara opadła. wtedy też się dowiedziałam, że Peter już ze swoją dziewczyną nie jest.
którejś niedzieli ktoś rzucił hasło w pracy, że idziemy na piwo. miało iść nas w cholerę, ale jak przyszło co do czego, to pojawiły się 4 osoby - ja, Nikki, Emilcia i John. zaraz też Nikki mi doniosła, że Peter właśnie wysłał smsa z pytaniem kto jest i czy ja jestem? no i jak tu micha ma się nie cieszyć :) no i przyszedł. boże, jak mi serce waliło! musiałam się trochę wstawić, żeby w ogóle się odezwać do kogokolwiek... parę podwójnych wódek załatwiło sprawę :) a że w pubie było ciasno, to Peter nie miał gdzie usiąść, no to co - ja pierwsza odważna (dowcip mi się włączył) mówię "usiądź mi na kolanach" :) no i padła propozycja, żeby iść na tour the gay bar. Peter pierwszy stawił opór, że do gei to on nic nie ma, ale sam gejem nie jest i nie idzie. to mu powiedziałam, że go obronię :) w lokalu tylko obserwowałam jak moje puste szklanki po drinkach zamieniają się na pełne... zaczęliśmy tańczyć, i w ten oto sposób Peter objął mnie pierwszy raz :) a że oporu nie stawiałam (już ładnie dziabnięta) to tak już jakoś zostało. po jakimś czasie i kolejnych drinkach próbował mnie nawet pocałować, ale nie! nie tym razem! tym razem będzie wszystko po kolei do jasnej anielki! nie dałam się. niestety wszyscy rano musieliśmy wstać do pracy więc trzeba było się zawijać. jak mi serce waliło, gdy Peter spytał, czy dam mu swój numer telefonu (nie wiedział, że ja jego numer mam już od dawna hehe). dałam, ale jakoś tak sobie myślę, po co, bo i tak się nie odezwie, przecież to tylko facet... ;) jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz po wejściu domu, już mocno na stanie, dostałam smsa, że to jego numer i że fajnie spędził wieczór :) a tu trzeba rano wstać, i spojrzeć jemu i całej reszcie towarzystwa w oczy... na trzeźwo :( jakoś mało cieszyła mnie ta perspektywa...
co było dalej? to już nie dzisiaj, idę niedługo spać... dobranoc!
ogólnie to powinnam pewnie wyć do księżyca, zarywać noce ze smutku i nie wiem co tam jeszcze, ale tego nie robię... tzn. nie powiem, że mnie ta cała sytuacja nie ruszyła, bo ruszyła... nie jestem typem optymistki, nie mam czegoś takiego jak dobre przeczucia... a tu masz babo placek!! zaczęłam mieć dobre przeczucia, i to odnośnie czegoś, co niektórzy nazwaliby "szybkim pocieszeniem się". ale do jasnej cholery! nie będę już z siebie robić męczennicy pańskiej jak to miałam w zwyczaju. koniec i kropka, teraz będę egoistką, chcę żeby było dobrze, chcę być szczęśliwa, choćby nie wiem co! i chyba jestem na dobrej drodze póki co, bo choć od mojej wyprowadzki od Exa minęło mało czasu, ja już mam motylki w brzuchu... :)
mam trochę zaległości w pisaniu, więc to będzie długa przeprawa...
po urlopie w Polsce w lipcu wróciłam sobie do pracy jak gdyby nigdy nic... a tu idzie!! i-dzie!! nowy kierowca... i patrzy na mnie jakoś tak dziwnie. nienormalny chyba jakiś, nawet na moment nie odwróci wzroku bezczelny! i tak trzy razy w tygodniu, bo wtedy mamy razem zmiany. tzn, nie tak do końca razem, bo kierowców to my widujemy ogółem może po 15 minut dziennie. na początku to się zastanawiałam czy może się ubrudziłam na buzi, albo czy mi się tapeta rozmazała, ale chyba nie, bo ta wymiana spojrzeń była za każdym razem jak się mijaliśmy. na początku odwracałam wzrok szybko, ale potem już nie - tak długo, aż zeszliśmy sobie z pola widzenia. i coś zaczęło mi się w nim podobać... potem usłyszałam jego głos, ech, muzyka dla uszu :) no ale przecież taki fajny koleś nie może się zainteresować taką dziewczyną jak ja, w dodatku z Polski (jakieś kompleksy czy coś?), no bo on Szkot pełną gębą... poza tym jeszcze miałam niepokończone sprawy z Exem, no i dowiedziałam się że Peter też ma dziewczynę. w dodatku sprawa zupełnie beznadziejna, bo tak tylko patrzy, i ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w dupę, a ja już nie z tych co pierwsza uderza do kolesia...
i tak sobie mijały dni, wyprowadziłam się od Exa i zaczęłam dużo bardziej wychodzić do ludzi. w tak zwanym międzyczasie wspomniałam dwóm osobom w pracy, że Peter mi się podoba z zastrzeżeniem, że fajnie by było gdyby ta informacja została między nami. jedną z osób, którym powiedziałam, była "ciocia Brenda", a ta nie byłaby sobą, gdyby nie wypaplała - urządziła sobie pogawędkę z Nikki, która jest u nas kierowcą, która brzmiała mniej więcej tak:
B: fajny ten Peter!
N: no, ale on woli kogoś innego
B: kogo?
N: Annę
no i mi kopara opadła. wtedy też się dowiedziałam, że Peter już ze swoją dziewczyną nie jest.
którejś niedzieli ktoś rzucił hasło w pracy, że idziemy na piwo. miało iść nas w cholerę, ale jak przyszło co do czego, to pojawiły się 4 osoby - ja, Nikki, Emilcia i John. zaraz też Nikki mi doniosła, że Peter właśnie wysłał smsa z pytaniem kto jest i czy ja jestem? no i jak tu micha ma się nie cieszyć :) no i przyszedł. boże, jak mi serce waliło! musiałam się trochę wstawić, żeby w ogóle się odezwać do kogokolwiek... parę podwójnych wódek załatwiło sprawę :) a że w pubie było ciasno, to Peter nie miał gdzie usiąść, no to co - ja pierwsza odważna (dowcip mi się włączył) mówię "usiądź mi na kolanach" :) no i padła propozycja, żeby iść na tour the gay bar. Peter pierwszy stawił opór, że do gei to on nic nie ma, ale sam gejem nie jest i nie idzie. to mu powiedziałam, że go obronię :) w lokalu tylko obserwowałam jak moje puste szklanki po drinkach zamieniają się na pełne... zaczęliśmy tańczyć, i w ten oto sposób Peter objął mnie pierwszy raz :) a że oporu nie stawiałam (już ładnie dziabnięta) to tak już jakoś zostało. po jakimś czasie i kolejnych drinkach próbował mnie nawet pocałować, ale nie! nie tym razem! tym razem będzie wszystko po kolei do jasnej anielki! nie dałam się. niestety wszyscy rano musieliśmy wstać do pracy więc trzeba było się zawijać. jak mi serce waliło, gdy Peter spytał, czy dam mu swój numer telefonu (nie wiedział, że ja jego numer mam już od dawna hehe). dałam, ale jakoś tak sobie myślę, po co, bo i tak się nie odezwie, przecież to tylko facet... ;) jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz po wejściu domu, już mocno na stanie, dostałam smsa, że to jego numer i że fajnie spędził wieczór :) a tu trzeba rano wstać, i spojrzeć jemu i całej reszcie towarzystwa w oczy... na trzeźwo :( jakoś mało cieszyła mnie ta perspektywa...
co było dalej? to już nie dzisiaj, idę niedługo spać... dobranoc!
sobota, 10 października 2009
no i jestem. nie obiecuję, że będę regularnie, bo już mi się jakiś czas temu blogowanie nieco odwidziało, no i mam wiele zaległości w pisaniu....
ten blog to niejako kontynuacja bloga, którego pisałam kiedyś. ale moje życie się zmieniło, czas więc na nowego bloga...
może od początku...
dla tych co mnie nie znają - mam (jeszcze) 25 lat, i mieszkam w Szkocji od ponad 3 lat. tu pracuję i układam sobie życie, wychodzi raz gorzej, raz lepiej, chyba jak u każdego zresztą... to chyba wystarczy na początek.
we wrześniu podjęłam trudny krok i wyprowadziłam się od faceta, z którym - jakby nie patrzeć - spędziłam prawie 5 lat. bo pił, i pije pewnie nadal - nie wiem, bo nie mam już nad nim kontroli (zresztą chyba nigdy jej nie miałam). nadal ze sobą rozmawiamy, chyba nawet bardziej szczerze, niż przez ostatni rok naszego związku. decyzję o wyprowadzce podjęłam już na początku tego roku, ale jej realizacja zajęła mi 9 miesięcy... bo to nie tak łatwo... bardzo się bałam samotności, odrzucenia przez jego znajomych i przyjaciół, którzy w pewnym momencie stali się też moimi znajomymi i przyjaciółmi. jak bardzo się myliłam!! gdybym wcześniej wiedziała, że tak nie będzie nie wyjęłabym sobie kilku miesięcy z życiorysu... ale już nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem...
jak bardzo się myliłam?? niby minęło dopiero 6 tygodni, a ja już mogę powiedzieć, że BARDZO!! bo jest fantastycznie, odpoczywam psychicznie, i zaczynam po raz kolejny wszystko od nowa. z tą różnicą, że pierwszy raz tą nowością jestem podekscytowana... a dlaczego??
to w kolejnym odcinku :)
ten blog to niejako kontynuacja bloga, którego pisałam kiedyś. ale moje życie się zmieniło, czas więc na nowego bloga...
może od początku...
dla tych co mnie nie znają - mam (jeszcze) 25 lat, i mieszkam w Szkocji od ponad 3 lat. tu pracuję i układam sobie życie, wychodzi raz gorzej, raz lepiej, chyba jak u każdego zresztą... to chyba wystarczy na początek.
we wrześniu podjęłam trudny krok i wyprowadziłam się od faceta, z którym - jakby nie patrzeć - spędziłam prawie 5 lat. bo pił, i pije pewnie nadal - nie wiem, bo nie mam już nad nim kontroli (zresztą chyba nigdy jej nie miałam). nadal ze sobą rozmawiamy, chyba nawet bardziej szczerze, niż przez ostatni rok naszego związku. decyzję o wyprowadzce podjęłam już na początku tego roku, ale jej realizacja zajęła mi 9 miesięcy... bo to nie tak łatwo... bardzo się bałam samotności, odrzucenia przez jego znajomych i przyjaciół, którzy w pewnym momencie stali się też moimi znajomymi i przyjaciółmi. jak bardzo się myliłam!! gdybym wcześniej wiedziała, że tak nie będzie nie wyjęłabym sobie kilku miesięcy z życiorysu... ale już nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem...
jak bardzo się myliłam?? niby minęło dopiero 6 tygodni, a ja już mogę powiedzieć, że BARDZO!! bo jest fantastycznie, odpoczywam psychicznie, i zaczynam po raz kolejny wszystko od nowa. z tą różnicą, że pierwszy raz tą nowością jestem podekscytowana... a dlaczego??
to w kolejnym odcinku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)