Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

środa, 25 lipca 2012

Upiekłam :D
Pierwszy drożdżowy wyrób jagodzianko-podobny i truskawkodzianko-podobny :P :D







niedziela, 15 lipca 2012

Wróciłam tydzień temu. Nie mogę się przyzwyczaić z powrotem do kieratu i wstawania o "stupid o'clock". Nie mogę się też przywyczaić do badziewiastej pogody - kto to widział, żeby w środku lipca temperatura ledwo dochodziła do 14 stopni, i to w "ciepły" dzień! Dziś na chwilę wyszło słońce, i myślałam że oślepnę, tak odzwyczajona jestem ;P

Ale wracając do wyjazdu.
Pogoda mi się dla odmiany udała, na początku było pochmurno, choć ciepło, a potem to już afrykańskie upały. Któregoś dnia pot lał mi się po tyłku, sprawdziłam temperaturę - było 37 stopni w cieniu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Długo nie myśląc wskoczyłam do jeziora - bosz, nie było mi dane pływać od kilku lat - zawsze przywoziłam ze sobą kijową pogodę. Ogólnie to czas mijał na siedzeniu na dworze, opiece nad siostrzeńcami (zaczęły się wakacje a moje siostra jak zawsze obudziła się z ręką w nocniku i bez opiekunki do dzieci), gotowaniem obiadków, obżeraniem się truskawkami i czereśniami. Siostrzeńców mam super - szkoda że nie mam możliwości ich częściej widywać :(
Żeby nie było, że tylko siedziałam na wiosce - bujnęłam się też do miasta na łikend. I dziwny to był wyjazd. Zdzwiwłam się ile osób wystawiło mnie do wiatru w taki lub inny sposób - ale nie ma tego złego - płynie z tego nauka na przyszłość - więcej nie będę się nikomu anonsować, ani prosić o spotkanie, ogłoszę co najwyżej wszem i wobec, że będę, żeby nie było, że w ostatniej chwili ktoś mówi, że się ze mną nie spotka, bo będzie odsypiać kaca, albo jednak mnie nie przenocuje, bo coś tam... Nie to nie, ja się prosić (już) nie będę. Łaski nikt mi nie będzie wiecej robił. Bardzo chwaliłam sobie drugą noc pobytu, w hotelu - i bez poczucia, że komuś przeszkadzam, choć sami zapraszali. Hotel za cenę jaką swego czasu zapłaciłam za nocleg w Newcastle, ale jakość pobytu nieporównywalnie lepsza!

Miałam okazję zobaczyć wielki kontrast jak to ludziom się w Polandzie teraz żyje - jednego wieczora pewna koleżanka prawie płakała spinając kupkę niezapłaconych rachunków i mówiąc, że jej mama ma prawdopodobnie raka, drugiego wieczora bardzo przyjemny wieczorek z kuzynem, który jest najmłodszym w Polsce (albo jednym z najmłodszych) trzecim oficerem na statku, którego miesięczne zarobki przyprawiły mnie o rumieniec i małe ukłucie zazdrości - ale nic to, zasłużył sobie. Także dwie skrajności, i taka jest chyba dzisiejsza Polska.
Bardzo też zaciekawiła mnie ilość nowych projektów w mieście, co krok coś się buduje, albo otwiera nowego - galerie handlowe dużo lepsze niż u mnie, trochę nowszych lokali, jak na przkład Seta i Galareta :P
Poza tym nażarłam się niewyobrażalną ilość kebabów i obkupiłam dość konkretnie - ceny w Polsce takie, że ja nie wiem jak ludzie tam żyją :P
Ogólnie wrażenia pozytywne.

Jedną osobą, która jak zawsze mnie nie zawiodła, była moja A. Też ma nie za ciekawie, ale znalazła czas, żeby ze mną usiąść i pogadać, jak za starych dobrych czasów.
Miałam też dwie wizyty u notariusza - w końcu pozbyliśmy się kłopotu jakim były długi i chałupa po ojcu, wujku i babci (więc i pare groszy mi wpadło do kieszeni), no i musiałam siostrze dać kolejne pełnomocnictwo, bo znowu komuś w dalszej rodzinie się zmarło (nawet nie wiedziałam o istnieniu tej cioci-babci), i będzie znowu jakaś sprawa spadkowa.
Jak zawsze pobyt częściowo zapaskudziła babciunia moja, swoją upierdliwością jak zawsze doprowadzała mnie i moją rodzinkę do szewskiej pasji - to tak w ramach równowagi, żeby za słitaśnie nie było. Między innymi pytała, kiedy będzie oficjalne przywitanie (to ja już muszę się we własnym domu "oficjalnie" witać i żegnać), chciała mi kupić pamiątkę (a co ja tam sakrament pierwszej komunii przyjmowałam, czy co? ile można tłumaczyć, że biżuterii nie noszę i nie znoszę?!). No i kupiła mi... kołdrę (!!!) i pytała kiedy ją zabiorę - nie przetłumaczysz babsku, że mogę jedną sztukę bagażu limitowanego wagowo, a kołdrę mam, a jak bym nie miała to bym sobie kupiła. Mogłam jej powiedzieć, żeby mi pocztą wysłała :P

A po powrocie czekała mnie miła niespodzianka - nie dość, że Rajaner się postarał i mój samolot doleciał wręcz przed czasem, to jeszcze na lotnisku czekał na mnie stęskniony Pitol z bukietem kwiatów w rękach. Dom też w jednym kawałku, nawet ogarnięty jako tako, a mój samochód nie został sprzedany ;P

A teraz powrót do szarej rzeczywistości i odliczanie do kolejnego wyjazdu - już tylko 4 tygodnie! Jupi!