Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

poniedziałek, 31 października 2011

W pracy zrobiło się zamieszanie jak jasna cholera. W skrócie - po tym całym syfie chciałam wrócić do działu, z którego "przyszłam". Okazało się, że to nie takie proste, jakby się wydawało, bo choć w ciągu ostatnich kilku miesięcy odeszło około 10 osób (!) i nikt nowy nie został zatrudniony, to nagle nie ma dla mnie wystarczająco godzin. Opcje więc dostałam takie - albo pracować jako "zwykły" pracownik w innym dziale, albo wrócić do mojego starego działu... jako sekszyn lider. No i bądź tu mądry.
Od dawna zarzekałam się, że być sekszyn liderem w moim starym dziale, to jakieś nieporozumienie, i że nigdy w życiu! No i proszę. Póki co lepsze to, niż siedzieć na kasie... Przynajmniej teraz hehe, pewnie jeszcze zmienię zdanie :P
W ogóle to jakiś sajgon z tego wyszedł, bo ja dowiedziałam się, że mam wrócić do mojego starego działu wyjeżdżając z parkingu w sobotę po skończonej zmianie, gdy mój "stary" menadżer, jadąc autem za moim, zaczął na mnie mrugać światłami. Niedzielę miałam wolną, a dziś zaczęłam wcześnie. Okazało się, że menadżerowi z działu, z którego odchodzę, nikt o tym fakcie nie poinformował, więc ten się wkurzył - i nie dziwota. Nie na mnie, ale na brak komunikacji w tym sklepie.
A mimo, że dziś był mój pierwszy dzień w starej/nowej pracy, to menadżerka "od ludzi" (do której to zwykli ludzie ogólnie dostępu nie mają) powiedziała, że musimy jeszcze usiąść i porozmawiać razem z "głównym sklepowym", bo ona ma zastrzeżenia.
Przysięgam, mam uczulenie na tego babsztyla! Jakaś nienormalna jest, bo to "główny sklepowy" - który ma najwięcej do powiedzenia - powiedział, że jestem najlepszą osobą na to stanowisko.
Więc dziś był mój pierwszy dzień - byłam w pracy "tylko" 11,5 godziny, z jedną pólgodzinną przerwą na śniadanie, bo na kolejną jakoś tak się nie złożyło.
No i zmierzyłam się z moim największym strachem - telefonem :P Musiałam np. zadzwonić do klienta, że jego dostawa będzie spóźniona. I odebrać telefon od baby, której jeden z naszych kierowców połamał vanem płyty chodnikowe (!).
Jeszcze ze 200 takich telefonów, i się przestanę bać, że ktoś na mnie nakrzyczy :)

A w domu... Pitol zestresowany, bo ucieli mu godziny w pracy, a teraz jeszcze straszą zwolnieniami. Tzn, i tak pracował jakieś 15 godzin w tygodniu (niewiele więcej niż moja jedna zmiana!), ale teraz czasy takie, że znalezienie czegoś nowego, graniczy z cudem.
No i w sobotę wystarczyło moje pytanie czemu nie umył naczyń - on miał wolne, a ja w pracy. Wstał, powiedział, że jestem nienormalna, i wyleciał z mieszkania trzaskając drzwiami.
Zachciało mu się dramamaturgii, to dolałam oliwy do ognia, wysyłając smsa, że jak nie wróci za godzinę, to z nami koniec.
Odpisał "a po co czekać?", wrócił, i powiedział że ma dość i się wynosi!!! Otworzył szufladę i chyba chciał z niej coś wyjąć, ale powiedziałam mu, że chyba jest śmieszny, ma usiąść na dupie i się uspokoić.

Wczoraj, opowiadając to jego mamie, oboje się śmialiśmy. Charakterki mamy niepowtarzalne, i oboje musimy sobie uważać, bo to się kiedyś może źle skończyć.
A cała historia brzmi dużo bardziej dramatycznie, niż faktycznie była :)
Zwyczajnie dwa głupki jesteśmy :)

wtorek, 25 października 2011

wpis, żeby udowodnić logikę prawodawcy szkockiego.

być może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą, że w Szkocji alkohol w sklepie można kupić jedynie w określonych godzinach, czyli od 10 rano do 10 wieczór.
czy skutkiem tego jest ograniczenie pijaństwa? absolutnie... nie! jest to jeden z najbardziej rozpijaczonych krajów, o jakich słyszałam.
tak, tak, być może nawet bardziej od Polski :)
zresztą, pewnie i Polacy korzystaliby jeszcze bardziej, gdyby ceny alkoholu były niższe niż są. bądź tak jak w UK można by było zakupić alkohol np. w ofercie 3 butelki/kartony w cenie 2 itp
np. 3x15 browarów za szalone 18 funtów - dla niewtajemniczonych dodam, że najniższa krajowa to coś koło 6tki na godzinę, czyli (omijając podatki) pracujesz 3 godziny na 45 browarów!

no to co całkiem niedawno wymyślił ów rzeczony wcześniej prawodawca szkocki, że ten proceder trzeba ukrócić, bo społeczeństwo spada na pysk - postanowiono, że z dniem 1 października w Szkocji alkoholu nie można sprzedawać w tego typu "łączonych" promocjach.

co na to supermarkety?
podczas gdy wcześniej sprzedawano 3 butelki wina za dychę, gdy jedna jest warta 6.5 - wówczas oszczędność była wymierna - 9.5 funta.
teraz, gdy takie promocje są zakazane, cena tej samej jednej butelki została obniżona do 3.33! czyli na trzech butelkach zaoszczędzasz dodatkowego pensa do tych 9.5 wcześniejszych, no i już nie musisz kupować 3 butelek, żeby nie wydać fortuny.
jak dla mnie ta logika jest wprost fantastyczna - teraz można się nawalić jeszcze taniej :)
korzyść jak dla mnie jest taka, że teraz moge sobie kupić butelkę dobrego wina w zasadzie za połowę jej oryginalnej ceny :)

a tak na marginesie i z innej beczki - czy to naprawdę jest takie normalne, że się na Pitola wkurzam, że idzie dzisiaj do kina, znów nie ze mną, ale z ludźmi z pracy? oni ze względu na pracę idą na 22gą - ja nie mogę iść, bo wstaję jutro o 5 rano, więc dla mnie to za późno.
czy nie mam prawa się wkurzać, gdy mój własny facet, robi coś, co ja bardzo chciałabym zrobić, ale aktualnie nie mogę? czy nie mam prawa się wkurzać, że mój własny facet idzie gdzieś, gdzie ja chciałam iść, ale aktualnie nie mogę?
czy ja naprawdę jestem jakoś totalnie nawiedzona?
czy to naprawdę wyraz mojej choroby psychicznej, że szlag mnie trafia, że w ciągu miesiąca poszedł pić z ludźmi ze szkoły, potem z kolesiami, bo były 18te urodziny najmłodszego z nich, potem poszedł do kina ze swoim kierownikiem na króla lwa w 3D, a dziś idzie na kolejny film z ludźmi z pracy.
i już zapowiedział, że niedługo impreza z okazji urodzin panienki z pracy (patrz - idę sam), a potem ludzie z pracy organizują imprezę, bo im się lokal zamyka na kilka tygodni, by się otworzyć pod inną nazwą. a ptem bóg wie, co jeszcze.
a on tylko nie rozumie, czemu strzelam fochy i gadać mi się z nim nie chce.
noż jasna dupa, nie potrafię odpuścić i cholera mnie bierze.
to tak tylko chciałam sobie ulżyć.
napisałam, i już mi lepiej.

czwartek, 20 października 2011

historia będzie łóżkowa ;)
wyszedł Pitol na imprezę integracyjną ze swoją grupą z koledżu.
jak on wychodzi balować, to ja nie mogę spać. tak już mam i tyle (to chyba pozostałość po moim ex - alkoholiku). 
w końcu zasnęłam.
wrócił w nocy, a ja obudziłam się od razu, choć nie będę kłamać - chodził po domu na paluszkach.
nieświadomy, że nie śpię (nigdy się z tym nie zdradzam, żeby się za mocno nie wybudzać gadaniem), wlazł do łóżka, i przytulił się lodowatym ciałem, więc obudziłabym się tak, czy owak.
zasnęłam. 
obudziłam się jak tylko wstał z łóżka, i nie jestem w stanie powiedzieć, czy było to minutę po zaśnięciu, czy kilka godzin.
więc on wstał, a ja automatyznie usiadłam na łóżku myśląc, że może tak się zarwał na rzyganie jak ostatnim razem (hihi). 
jak tylko usiadłam, on się zatrzymał, i choć było za ciemno, by cokolwiek widzieć, wiedziałam że zatrzymał się koło szafy.
no to pytam "czemu stoisz?".
odpowiedź zwaliła mnie z nóg.
"bo ty stoisz"!!!
a potem powiedział, że musi iść siku. jak wrócił długo nie mogłam zasnąć, zwłaszcza że któryś z sąsiadów urządził sobie dyskotekę o 4 nad ranem.
obudził się koło 12ej w południe. więc pytam - "aż tak nawalony byłeś, żeby pierniczyć jakieś totalne bzdury?"
a on na to "ale o co ci chodzi?"
okazuje się, że wypił góra 4 piwa (bo jest strasznie przeziębiony) i od momentu jak przylgnął do mnie lodowatym ciałem nie pamięta nic!
można zacząć lunatykować na stare lata?
bo nas oboje ta historia zbiła z pantałyku :)
może to jakieś paranormal aktiwiti? LOL

środa, 19 października 2011

"Bombki" :P.
Bo jakoś tak się składa, że kilka imprez się zbliża.
Totalnie nie w moim stylu :)
Ale jak szaleć, to szaleć, bo latka lecą.


wtorek, 18 października 2011

nie wiem czy to normalne, ale moje ciało potrafi przepowiadać pogodę.
tzn w pewnym sensie. rzadko kiedy chce mi się pić, tak naprawdę.
a dziś suszy mnie jakbym co najmniej wczoraj popiła!
doszło do tego, że kupiłam w automacie w pracy puszkę Pepsi.
a ja z zasady nie piję słodkich i gazowanych napojów!
to oznacza tylko jedno- mróz idzie.
amen.

środa, 12 października 2011

kicha jest taka, że aż nie wiem od czego zacząć.

(minęło 5 minut. dalej nie wiem jak zacząć)
(zacznę od początku, trochę się powtarzając z jednym z poprzednich postów)

w zeszły czwartek lub piątek powiedziałam mojemu byłemu menadżerowi, że mi się tam nie podoba, i kicha jest. on powiedział, że mocno kumpluje się z menadżerką "od ludzi", więc on jej powie, tym samym oszczędzając mi obwieszczenia jej faktu, że już mi się odwidziały awanse. chcąc być fair z moim nowym menadżerem powiedziałam mu również, że mi się nie podoba.
a że aż taka totalna dupa nie jestem, postanowiłam osobiście z ową menadżerką od ludzi porozmawiać.
powiedzieć, że już mnie tak strasznie plecy bolą, bo to strasznie dużo dźwigania dla osoby mojej postury, i do tego ta moja nieszczęsna skolioza.
powiedzieć, że dział sam w sobie mnie w ogóle nie rajcuje. że wręcz mnie odrzuca.
i że co to za sekszyn lider, jak moja sekcja ma iść gdzie indziej, robić coś innego jak tylko przyjdę do pracy. to co to za lider bez sekcji?
i takie tam. no ale jak jej nie było, tak nie było przez kilka dni, więc cała rozmowa odbywała się wielokrotnie w mojej głowie, nie dając mi możliwości uspokojenia się i relaksu.
aż w końcu babsko wróciło. szłam do niej cała się trzęsąc, bo z jakiejś dziwnej przyczyny ta kobieta mnie straszliwie stresuje.
ale była zajęta, więc poprosiłam sekretarkę, żeby szanowna menadżerka do mnie zadzwoniła, jak będzie miała chwilę.
minęło kilka godzin.
w końcu zadzwoniła i mówi "o co chodzi?".
no to, że o to, o czym rozmawiał z nią mój poprzedni menadżer.
"że chcesz zrezygnować?"
ja mówię, "no tak". a ona, że i tak muszę tam zostać przez najbliższe dwa tygodnie, dopóki Krejg nie wróci ze szkolenia. a potem dodała coś w stylu, że "nie wiem co ja z Tobą zrobię".
to ostatnie zdanie zrobiło na mnie największe wrażenie, bo za cholerę nie miałam pojęcia, co ma na myśli.
na tym nasza rozmowa się zakończyła. zostało mi tylko uczucie wielkiego niesmaku, że nawet nie poświęciła pięciu minut, żeby wysłuchać co mam do powiedzenia.
a potem dotarło do mnie, że muszę w tym dziale siedzieć dopóki co? Krejg nie wróci ze szkolenia? myślałam, że mnie normalnie szlag trafi. otóż Krejg to jeden z "moich" pracowników. czyli on pojechał na szkolenie, na które miałam jechać ja, gdybym nie zrezygnowała! decyzja została podjęta za moimi plecami. a bynajmniej poza moją świadomością. prawdopodnobnie minuty po tym, jak wyraziłam swoje niezadowolenie. i nikt mi nawet nie powiedział! poczułam się, jakby mnie ktoś zdzielił po twarzy mokrą szmatą! bo ja czekałam 6 miesięcy na rozmowę kwalifikacyjną...
no właśnie, ciekawe kiedy (i czy?) on ją miał, bo menadżerki od ludzi w łikend w pracy nie było, a to ona robi interwju.
i taka ze mnie dupa, że nawet nie powiedziałam słowa na ten temat do mojego menadżera.
byłam, i jestem, tak zła, że bałam się, że jak mu coś powiem, to się chyba rozpłaczę z emocji.
bo mam wrażenie, że jakby tylko czekali aż pęknę.
no i dobrze, ale dlaczego wszystko za moimi plecami? dlaczego nikt do mnie zwyczajnie nie podszedł, i nie powiedział "słuchaj, to jak ty nie chcesz, to Krejg za ciebie pojedzie"?
i byłoby po sprawie.
a tak, jestem zła, rozgoryczona, rzygać mi się chce jak mam tam iść wiedząc, że...

a zresztą. jeszcze czeka mnie powrót do starego działu, więc znowu będzie gadanie i obgadywanie.

więc podjęłam decyzję.

zbiorę się w sobie i napiszę cefałkę i zacznę szukać nowej roboty.
bo rzygać mi się chce, ile to w mojej (ogromnej) firmie tyle pieprzy się o równości, której tak naprawdę nie ma.
co z tego będzie - nie wiem.

i zaaplikuję do koledżu. a nóż widelec.

póki co płakać mi się chce.
mam doła jak stąd do Zakopanego.
i spowrotem.
nic mnie nie cieszy.
jem za pięciu.
mam problemy z zasypianiem, budzę się w nocy, śnią mi się koszmary.
P mnie wkurza byle pierdołą do tego stopnia, że mam ochote mu powiedzieć, żeby wypierdalał.

poważnie rozważam pójście do lekarza, bo zaczynam się bać, że to już depresja.

niedziela, 9 października 2011



Ze wszystkich moich dramatów i zakalców, to ciasto wyszło mi śliczne!
Za przepis dziękuję Dorocie :)
Stefanka wyszła tak piękna, jak i u niej :) Naczy moim zdaniem...
Idealna na wizytę teściów :D

piątek, 7 października 2011

A w kuchni... a raczej z piekarnika :)
Za jakość zdjęć przepraszam, bo robione telefonem, w byle jakim świetle i dupa ze mnie, nie fotograf :)

Babka czekoladowa.

Placek z jabłkami.

Jabłecznik.

Piernik.






sobota, 1 października 2011

nie daję rady. normalnie wymiękam. jestem przemęczona, rozdrażniona i sfrustrowana. poszłam do mojego kierownika, i oznajmiłam mu, że to nie "mój" dział, że mi się nie podoba, i w ogóle do dupy...

(Piter właśnie spytał, czy piszę na blogu, że w pracy jest kijowo i czy piszę - cytat "kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, do dupy?")

no i co on (szef) miał mi biedny odpowiedzieć? nic. bo przecież nie jest w stanie mojej pracy uczynić bardziej atrakcyjną... chcę wrócić do mojego poprzedniego działu, jako zwykły pracownik. i dalej mieć wszystko głęboko...
pierdzielę taki awans...
musze tylko teraz pogadać z menadżerką "od ludzi". tą samą, z którą miałam rozmowę o tę pracę :(
żołądek to mi skiśnie ze stresu.
ale nawet mama powiedziała, że jak tak się męczę, to żeby dać se na luz. nie warto.
bo teraz, to mam nowe drugie imię - frustracja.