kurczę, jakoś mi się blożyna zaniedbuje, patrzę, a ostatni wpis miesiąc temu - wstyd! taki wybór - jak czytam książkę, to nie zaglądam w internet za często (Olga Rudnicka "Martwe jezioro", "Czy ten rudy kot to pies?" - polecam!)
ale ale...
z paczką z Chin, to były jakieś kosmiczne przeboje, bo okazało się, że firma, która to wysłała nie wie, o co kaman. poszłam więc na pocztę z numerem przesyłki, a koleś, że on nic nie wie. jedyne co był w stanie mi powiedzieć,to że po numerze poznaje jaka to firma dostarcza i podał mi ich numer telefonu. tam dopiero powiedziano mi, że owszem paczka została oznaczona jako dostarczona, ale dlatego że nikt nie otwierał, zwrócono ją... na moją lokalną pocztę! no to ja w te pędy z powrotem na pocztę. okazało się, że pan, który wcześniej nie miał pojęcia co mi powiedzieć w związku z moją paczką... ma ją za plecami!!!
{moje chłopię zagląda mi w ekran przez ramię, robi wielkie oczy i pyta, jak się robi te śmieszne literki :) w sensie polskie znaki hehe}
choinka stoi już dobre dwa tygodnie, prezenty pod nią tak samo długo. jest ich na oko około dwudziestu. a to tylko moje i Pitola!!

zima wróciła do Edynburga.
nie było jej już kilka ładnych dni, po wcześniejszym "końcu świata" nie było już śladu, to znaczy śnieg stopniał, a tu masz babo placek, znowu to samo. tym razem jednak nie zauważyłam, aż takiej paniki jak wcześniej, czyli tekstów w stylu "jutro nie przychodzę do pracy, bo było mi dziś zimno na przystanku"... ja tam byłam (i jestem) dzielna, i choćby nie wiem jaka zawieja, jaki ziąb i lód, moja mała (tymczasowo biała :P) korsinka wozi mi tyłek tam gdzie trzeba, i nawet tak mocno się nie ślizga :)
z przygotowań świątecznych to oprócz choinki i prezentów to poogarniałam chatę, jutro zmienię pościel i popiorę, bo jakimś cudem udało mi się wydębić wolne. dziś przygotowałam farsz na uszka i pierogi z kapustą, jutro muszę tylko zmielić i to w zasadzie tyle. jak mi starczy czasu, to upiekę ciasto w wigilię. dziwne to będą święta. znów bez rodziny. bez nakrytego stołu, bo nie mam w zasadzie dla kogo urządzać całej tej szopki, a Pitol uszek nie ruszy, bo nie lub grzybów, a kolor barszczu odrzuca. ryb też nie lubi. ale co tam, nie ma co się smucić. jeszcze dwa dni w pracy, stres na maksa, i koniec tego wariactwa. już sie nie mogę doczekać czwartku wieczorem :)
ale ale...
z paczką z Chin, to były jakieś kosmiczne przeboje, bo okazało się, że firma, która to wysłała nie wie, o co kaman. poszłam więc na pocztę z numerem przesyłki, a koleś, że on nic nie wie. jedyne co był w stanie mi powiedzieć,to że po numerze poznaje jaka to firma dostarcza i podał mi ich numer telefonu. tam dopiero powiedziano mi, że owszem paczka została oznaczona jako dostarczona, ale dlatego że nikt nie otwierał, zwrócono ją... na moją lokalną pocztę! no to ja w te pędy z powrotem na pocztę. okazało się, że pan, który wcześniej nie miał pojęcia co mi powiedzieć w związku z moją paczką... ma ją za plecami!!!
{moje chłopię zagląda mi w ekran przez ramię, robi wielkie oczy i pyta, jak się robi te śmieszne literki :) w sensie polskie znaki hehe}
choinka stoi już dobre dwa tygodnie, prezenty pod nią tak samo długo. jest ich na oko około dwudziestu. a to tylko moje i Pitola!!
zima wróciła do Edynburga.
nie było jej już kilka ładnych dni, po wcześniejszym "końcu świata" nie było już śladu, to znaczy śnieg stopniał, a tu masz babo placek, znowu to samo. tym razem jednak nie zauważyłam, aż takiej paniki jak wcześniej, czyli tekstów w stylu "jutro nie przychodzę do pracy, bo było mi dziś zimno na przystanku"... ja tam byłam (i jestem) dzielna, i choćby nie wiem jaka zawieja, jaki ziąb i lód, moja mała (tymczasowo biała :P) korsinka wozi mi tyłek tam gdzie trzeba, i nawet tak mocno się nie ślizga :)
z przygotowań świątecznych to oprócz choinki i prezentów to poogarniałam chatę, jutro zmienię pościel i popiorę, bo jakimś cudem udało mi się wydębić wolne. dziś przygotowałam farsz na uszka i pierogi z kapustą, jutro muszę tylko zmielić i to w zasadzie tyle. jak mi starczy czasu, to upiekę ciasto w wigilię. dziwne to będą święta. znów bez rodziny. bez nakrytego stołu, bo nie mam w zasadzie dla kogo urządzać całej tej szopki, a Pitol uszek nie ruszy, bo nie lub grzybów, a kolor barszczu odrzuca. ryb też nie lubi. ale co tam, nie ma co się smucić. jeszcze dwa dni w pracy, stres na maksa, i koniec tego wariactwa. już sie nie mogę doczekać czwartku wieczorem :)