Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

sobota, 24 listopada 2012


No to ostatnimi czasy było tak strasznie słitaśnie i bajkowo, to dziś sobie ponarzekam. A co, chyba mogę, u siebie jestem :P

Faceci to bezużyteczny gatunek.

Pewnie nie wszyscy, ale nie chcę wiedzieć o tych, którzy nie są, bo nie chcę sobie wbijać gwoździa do trumny.
W związku z hipoteką wszystko załatwiłam ja. Wszystko.
Chałupę znalazłam ja, umówiłam nam jej oglądanie.
Ja odebrałam klucze.
Ja zdałam poprzednie mieszkanie.
Ja zadzwoniłam pokończyć wszystkie media/rachunki, ja otworzyłam wszystkie nowe.
Wszystkie!
Ja znalazłam, zamówiłam meble. Ja posprzątałam chatę, ja nas rozpakowałam.
Ja sprzątam. Ja robię pranie.
I ja sama sobie jestem sobie winna, ale to nie o tym.
Przecież, jakby nie było, to ja mieszkam w obcym kraju, a on u siebie. To jemu powinno być łatwiej złapać telefon, i coś załatwić. Pomyślałby kto...

I właśnie dlatego (między innymi) mnie odrzuca na myśl o dzieciach.

A dwa dni temu zjebała się pralka. Ja ją opróżniłam, wycisnęłam pościel ręcznie i zawiozłam do koleżanki do wyprania.
Ja zadzwoniłam do hydraulika i umówiłam na jutro jego przyjście, żeby sprawdził co się stało.

A Pitol (naoglądawszy się uprzednio Watchdoga - takiej tutejszej Usterki) mówi, że się wkurwi jak koleś będzie chciał nas wyruchać na kasę.

To mnie strzeliło.
Wydarłam na niego ryja, że nie obchodzi mnie ile to będzie kosztować. Że jak chce to niech sobie wozi hałdy swoich brudnych ubrań do mamusi co dwa dni, nawet dla mnie lepiej, bo będę mieć jeden obowiązek z głowy! I że jak ma jeszcze jakieś uwagi, to niech sam sobie następnym razem dzwoni i załatwia. I nie łaź mi w domu w butach, bo tu nie sprzątasz! (jeszcze bezczelnie odpyskował, że jego dom i może robić co chce).

Miałam rację?
Zresztą, nie potrzebuję odpowiedzi. Sama dobrze wiem.
MIAŁAM!

Nie proszę nikogo, żeby mnie głaskać po główce. Ani komentarzy, że powinnam go zostawić. Potrzebuję potwierdzenia, że nie tylko mój chłop ma dwie lewe ręce i jego nastawienie do życia śmierdzi na kilometr. Jak ta brudna woda, która nadal stoi w pralce i czeka aż nikt inny, tylko ja, ją opróżnię.

Teraz właśnie siedzi koło mnie i pyta co piszę - bosz, jak ja kocham to, że on "nie umi" po polsku :) Powiedziałam, że mu rypię dupsko, to się zamknął :)

W związku z powyższym zapowiedziałam, że niedługo będzie strajk. I się kurwa chłopak zdziwi.

Amen.


A z pozytywów.
Wszyscy w pracy myślą, że jestem w ciąży. Dziś nawet jedna babka pogłaskałą mnie po brzuchu!!!
Nie, nie przytyłam, ale wszystkim wydaje się podejrzane, że chodzę non stop uśmiechnięta. Ale co mam się nie uśmiechać, jak w mojej głowie brzmi "beat it suckaaaaz" ;)
Dostałam telefon z banku, z (oficjalną) warunkową ofertą pracy :) Warunkiem jest credit check (zdolność kredytowa, tak? czy jak to tam) i referencje.
Credit check już zrobiony :)
W poniedziałek oznajmię mojemu bossowi, że "z nami" koniec hihi :D
Nie mogę się doczekać!
Nadal jeszcze nie wiem, w którym oddziale będę pracować. Mam zaczynać 7 stycznia, jeśli referencje wrócą na czas. I spora część szkoleń ma być ponoć w Dundee, więc sobie (niestety) trochę popodróżuję.

No, to idę szukać nowych szpilek na necie :)


niedziela, 18 listopada 2012


No i stało się. Skończyłam 29 lat. No masakra jakaś ;)
Mama mi powiedziała, że to przedziwne uczucie mieć 57 lat, "bo tam w środku i w głowie jest tak samo, wieczne fiu bźdźiu (no, może nie cały czas), a potem patrzysz w lustro, i nie wierzysz co widzisz".

Dzień przed urodzinami poszliśmy do restauracji, bo była nasza 3 rocznica. Kiedy to zleciało?
A na urodziny dostałam pełno prezentów, nie spodziewałam się... Nie będę pisać co i ile, bo wyjdę na materialistkę jakąś :P

Wprawdzie w sprawie nowej pracy cisza (podejrzewam, że nie zacznę do stycznia), ale i tak chodzę i uśmiecham się do świata, tzn. może nie dziś bo okres mi się zbliża i mam ochotę zadźgać kogoś dzidą, a potem zjeść 3 tabliczki czekolady. Ale ogólnie nie mogę się doczekać jak już będę mogła powiedzieć ludziom w pracy, normalnie mam wizje jakie będą mieli miny :D
Myślałam, że świadomość, że już niedłogo stamtąd spadam spowoduje, że jakoś przyjemniej będzie mi się pracować, ale jest tak jak przed długo wyczekiwanym urlopem, czyli odwrotnie - wysiedzieć nie mogę :P Po prostu nie chcę tam być.
Tymczasem dostałam hopla na punkcie ciuchów i butów - wymieniam gaderobę, częściowo pod kątem nowej pracy. Kupuję buty na obcasach, tylko ciekawe czy faktycznie będę je nosić :P

I wyszło na to, że mimo że nieubłagalnie zbliżam się do trzydziestki, to stwierdzam, że życie zaczyna mieć ręce i nogi, i w końcu zaczęło mi to i owo wychodzić :) Więc prośba do Mikołaja - możesz mi nic nie dawać, ale nic nie popsuj :D

Zaczełam już też zakupy urodzinowo - świąteczne (Pitol ma urodziny 2 tyg przed świętami). No i nie wiem, trzeci rok z rzędu dostanie bluzę, skarpetki, bokserki, grę na ps3. I nie mam więcej oryginalnych pomysłów, a wolałabym to już mieć z głowy...

środa, 7 listopada 2012

Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaam! Dostałam pracę!!!!!!!!!!!!!! Łuuuuuuuuuuuuuuuu :DDDDDDD
(tu podskakuje, macha rękami i wydaje z siebie dzikie dźwięki).

No to teraz jestem Wam winna wyjasnienia. Niewiele wcześniej pisałam, bo nie chciałam zapeszać.

Wszystko zaczęło się jeszcze w sierpniu, kiedy wraz z Pitolem poszliśmy do mojego banku, żeby założyć wspólne konto. Siedzieliśmy w poczekalni czekając na naszą kolej, a przez uchylone drzwi było słychać jak jakiś Polaczek się produkuje, gorzej niż łamaną angielszczyzną. Kali być, kali mieć, kali założyć konto biznesowe. Babka mu mówi, że żeby założyć konto biznesowe ona mu musi zadać wiele pytań, więc lepiej żeby wrócił jutro z kimś, kto może tłumaczyć. On że ok. Ale to Kali nie założyć dzisiaj konto biznesowe? Dzisiaj nie, jutro - z kolegą. Dobrze, jutro. Ale Kali nie mieć kolegi.

Ja nie wiem czemu mnie stresują takie sytuacje, skoro to nie ja powinnam się wstydzić, ale mam jakieś takie dziwne poczucie przynależności narodowej, które czasem każe mi się wstydzić za innych Polaków. Więc weszłam do gabinetu lekko szara na twarzy, i już w drzwiach wypaliłam do babki że ma anielską cierpliwość, i aż dziw, że go szybciej nie wywaliła za drzwi. Ona tylko zaśmiała się mówiąc, że ten wcale nie był najgorszy i że już się przyzwyczaiła. No to ja jej na to, żartem, czy nie zatrudniają tłumaczy, bo ja chętnie zmienię pracę. Ona że tłumaczy nie, ale jak chcę to mogę jej przynieść cv-ałkę. Potem przeszliśmy do sedna rzeczy, ale gadało nam się z tą babką super - z około 30 minutowej wizyty zrobiło się ponad godzinę, ale byłam naprawdę pod wrażeniem. Pogadaliśmy też o dupie marynie, powiedziała że jestem najbardziej szkocko brzmiącą Polką jaką w życiu widziała, i że jeśli chcę, to serio mogę jej przynieść cv.

Pomyślałam - tiaaa, a na cv złożonej do banku praca jako sprzątaczka albo pani na kasie na pewno zrobi wrażenie.
Ale mimo to następnego dnia zaniosłam, i dostałam ochrzan, że ta cv-ałka wcale mnie nie sprzedaje. Kazała mi iść, i przynieść poprawioną. Tak też zrobiłam. Wróciłam z poprawioną. Powiedziała, że lepiej, i że dziś ma być jakiś tam jej boss, to ona mu poda, z tym że zastrzegła, że ona nic oprócz tego nie może zrobić, i że "mam nie wstrzymywać oddechu".
I tu historia się zakończyła.
Wyjechałam sobie na urlop w Chorwacji, i zapomniałam o całej sprawie.
Po powrocie na początku września zadzwonił telefon. Że z banku i przepraszam, że to tak długo zajęło (!), i czy chcę przyjść na selekcję grupową.
No to poszłam. Miało nas być 12 osób, ale 3 nawet nie raczyły się pojawić :). Dostaliśmy jakieś zadania i trzeba było sobie poradzić w grupie. Dowiedzieliśmy się też, że nawet nie ma jeszcze żadnych wakatów, ale mają być za jakiś czas, dlatego oni już wolą mieć ludzi gotowych wskoczyć na wolne miejsce.
I znowu cisza, minął tydzień, więc napisałam do nich maila z pytaniem jak mi poszło. Odpowiedziano, że mi powiedzą na rozmowie kwalifikacyjnej.
Ta rozmowa była dwa tygodnie temu, w środę. Powiedziano mi, że odezwą się w piątek, jednak jak wróciłam do domu, zadzwonił telefon.
No i tu historię znają ci, którzy przeczytali poprzedniego posta. Że gratulujemy, i że masz pracę, tylko jeszcze te teściki. Które już kiedyś uwaliłam.
No to siedziałam parę dni, i tłukłam co tylko znalazłam w necie.
Zabrałam się do nich w niedzielę, jak pozbyłam się Pitola z domu, żeby mi nie łaził, i nie przeszkadzał. Serce myślałam, że mi wyskoczy z piersi, a ulga po ich zakończeniu była niewyobrażalna.
W ten poniedziałek zadzwonił telefon, że testy poszły mi bardzo dobrze, i że teraz to już ich piłka ruszyć to do przodu, bo muszą mnie sprawdzić pod kątem jakichś przestępstw, dostać referencje itp. W zależności od tego ile czasu to zajmie, zacznę pracę na początku grudnia, lub stycznia. Jeszcze nie wiem w którym oddziale.

Szczęśliwa jestem nie z tej ziemi. W końcu praca, z której będę mogła być dumna. W końcu praca od poniedziałku do piątku, no, może będą soboty do południa, ale mi to nie przeszkadza. Wolne weekendy, święta i bank holideje :)
Koniec wstawania w środku nocy. Koniec marznięcia w pracy (u nas w kanciapie jak siedzę rano przy kompie nie ma ogrzewania!). A najbardziej nie mogę się doczekać, kiedy im wszystkim powiem - kilka szczęk opadnie na glebę - parę w szoku, parę z zazdrości, parę z radości, że mi się udało.

Bosz, co za radocha :D
I tak, tak, wiem, że i tak prędzej czy później znienawidzę tę pracę, jak każdą inną, ale teraz to nie ma znaczenia. Teraz będę jeden stopień wyżej na drabinie.
I Pitol musi porzucić nadzieję na bobo na kolejne... nie wiem, dwa lata? Się zobaczy.

-----------------------------------------------------------------

Na prośbę Magdy - opisuję co następuje :)
Wczoraj w końcu wykorzystałam swój prezent z zeszłorocznych świąt bożego narodzenia. czyli pojechaliśmy na występ Michaela McIntyre. Było naprawdę super, myślałam że się posikam ze śmiechu. Miałam tylko jednę chusteczkę w torebce, więc zostały z niej strzepki od ocierania łez. Michael wyglądał i zachowywał się tak samo jak w tv, plus trochę poprzeklinał, czego w tv się nie uraczy. I sporo też improwizował, co uważam za wyczyn godny podziwu. Jeśli ktoś ma okazję go zobaczyć - bardzo polecam!