Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Święta, święta i po świętach. I o co tyle krzyku?
Muszę przyznać, że Mikołaj się postarał w tym roku. Dostałam:
piżamę
kalosze (w kwiatuszki, takie jakie chciałam hihi)
szlafrok
hot water bottle (nie pamiętam jak się nazywa po polsku)
skarpetki
kubek i pojemnik z gorącą czekoladą
tshirt Superdry
świeczki
skarpetki
kosmetyki
zestaw szczotek do włosów
czapkę
prostownicę do włosów
perfumy Gucci
2 książki
voucher na masaż pleców
bilet na występ Michaela McIntyre :) - na ten niestety muszę poczekać do listopada 2012!!! bo na ten termin były dostępne bilety...

sobota, 24 grudnia 2011

Pitolowe urodziny udały się nad wyraz. Tort, który upiekłam smakował wszystkim, nawet Pitolowi, no i dekoracja też wyszła tak, jak chciałam.



Poszliśmy do pubu, gdzie P cały czas powtarzał, że nie idzie na miasto. Wystarczyło kilka drinków, i sam mnie ciągnął do taksówki. Balet udał się bardzo, przekonałam się, że chyba nadal mam to coś - jak bym chciała, to bym coś wyrwała :D
A następnego dnia nawet nie miałam kaca :)

Ale co najważniejsze - najgorsze za mną :) Po raz pierwszy od pięciu lat okres przedświąteczny okazał się w pracy relatywnie łatwy, zamówień nie było tyle co w poprzednich latach, wyrobiliśmy się zanim na sklep zaczęły napierać dzikie tłumy. Nawet wstawanie o 2.30 rano nie bolało tak bardzo :P Stresu było niewiele więcej niż w normalne dni. Był wprawdzie jeden incydent, ale nie chce mi się nawet o tym pisać. Na koniec wczorajszej zmiany dostałam flaszkę od mojego menadżera i flaszkę od mojego współ-sekszyn lidera z życzeniami wesołych świąt. Z tymi flaszkami na pewno będą wesołe. A tak na serio, to miło mi się zrobiło.
A i zabawnie jest być szefem własnego faceta :)

Teraz mam 3 dni wolnego. Szaleństwo! Dziś cały dzień stałam w kuchni. Zrobiłam sobie uszka i sałatkę warzywną, a potem piekłam ciastka na prezenty:



W międzyczasie zadzwoniła mama z życzeniami i przekazał telefon dookoła stołu. Łezka mi się zakręciła, bo tak strasznie za nimi tęsknię... I tak bardzo chciałabym tam być z nimi.
Moja wigilia? Skończyłam już "bawić" się w kuchni, a teraz siedzę przed telewizorem. Ekscytujące. Idę flaszkę otworzyć. A prezenty - po brytyjsku - otwieramy jutro.

Tak więc Wam kochani życzę wesołych, rodzinnych świąt, mnóstwa prezentów i dobrego humoru!

środa, 7 grudnia 2011

Póki co, chyba nie jest najgorzej (???)
Pracuję średnio 9-11 godzin dziennie. Najgorsze jednak przede mną - święta. Tak, tak, najgorsze... Każdy kto pracuje w handlu potwierdzi, że nic tak nie obrzydza świąt bożego narodzenia, jak praca w sklepie. Aż mnie trzęsie na samą myśl, bo będzie kupa stresu, z przewagą kupy, i praca po -naście godzin dziennie. Mam nadzieję, że zleci szybko, i w miarę bezboleśnie.
Póki co miałam jedną zmianę, podczas której miałam zostać sama, ale przez to, co się działo, mój "współ-sekszyn lider" zaliczył 15-godzinną zmianę. Nie wiem jak on daje radę, zwłaszcza że ma z tego co pamiętam 66 lat. Ja jestem wykończona po około 9.
Ale wracając do sedna, trochę się przestraszyłam, że nie dam sobie rady, gdy zostanę tam sama. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko poszło źle.
Jeden van się zepsuł, więc go podmieniliśmy na drugi. Zostaliśmy bez dodatkowego, więc wysłaliśmy dwóch kierowców, żeby pojechali dodatkowy pożyczyć - wrócili późno, więc ich dostawy były spóźnione, a za każde spóźnienie dostajemy konkretny opieprz. Mało? Wtedy kolejny kierowca zadzwonił, że miał wypadek! Cały rozstrzęsiony... Wpadł w poślizg i skasował przód vana na drzewie. Nic mu się nie stało, ale że był to jego 7 incydent, już nie będzie kierował, więc będzie nam brakowało kierowców. I kółko się zamyka. Potem zadzwoniła kobiecina ze skargą. No i tu zwątpiłam w siebie, bo zrozumiałam, że jeden z naszych vanów uderzył w tył jej auta, a okazało się, że przeoczyłam słowo "prawie". A prawie robi różnicę :(
Gdy już myślałam, że to już koniec, kolejny kierowca zadzwonił, że jego van się zepsuł. A ja prawie wychodziłam do domu. To wszystko mi uświadomiło, że jeszcze mam dużo do nauczenia, dużo cierpliwości do zyskania. I jak wiele próblemów jeszcze nie umiem roziązać sama...

W związku z tym, że Pitol był u nas kiedyś kierowcą (i tam go właśnie poznałam), w związku z tym że znowu musimy zatrudnić nowego/-ych kierowcę/-ów, zwłaszcza takich na których można liczyć, mój współ-sekszyn lider spytał, czy P nie chciał by do nas wrócić. A że Pitol aktualnie szuka pracy na część etatu, żeby dorobić do pożyczki studenckiej, być może wkrótce znów będzie pracował w mojej firmie. Się okaże czy to dobry pomysł, choć fakt jest taki, że zmiany by się nam nie pokrywały...
A tymczasem idę zmyć makijaż i do wyra, bo jutro trzeba to wszystko zrobić jeszcze raz, od nowa...

PS. Właśnie zapakowałam Pitolowe prezenty na jego sobotnie urodziny. Ale radocha :)
PS2. Czeka mnie jeszcze upieczenie i udekorowanie Pitolowi torta urodzinowego, na co sama zgłosiłam się na ochotnika :P
PS3. W zasadzie to zakończyłam kupowanie prezentów świątecznych :)
PS4. Nie musiałam brać pożyczki, ani nawet tykać karty kredytowej - straczyło mi kasy :D Łuu huu :)

czwartek, 24 listopada 2011

No i znowu ktoś kciuków nie trzymał! Tuż przed próbną zmianą w nowej pracy, Pitol dostał smsa od swojej byłej/przyszłej menadżerki, że jednak niestety musi mu odmówić, bo zatrudniła koleżankę, która pracy nie ma wcale. I wróciliśmy do punktu wyjścia.
A że najlepszym sposobem na szukanie pracy - nie oszukujmy się - jest poprzez znajomych, to rozpuściliśmy wici. Koleżanka załatwiła Pitolowi interwju na barmana. Poszedł, dostał pracę, wrócił do domu - i z pracy zrezygnował!!! Bo pracowałby między 22.30 a 5 rano w piątki i soboty. Bo będzie to miało wpływ na nas. Że będziemy się rzadko widywać i będzie zmęczony.
Powiedziałam mu, że skoro zrezygnował zanim nawet spróbował, to znaczy, że wcale nie potrzebuje pieniędzy tak bardzo, I zastrzegłam, że w takim razie, jeśli usłyszę marudzenie na tematy finansowe, to go kopnę w dupę!
Nie trzeba było długo czekać - przyszedł do domu, cały zmęczony po szkole i przed pracą. To ja mówię, że też jestem zmęczona, bo pracuję minimum 10 godzin dziennie. "Ale ty przynajmniej zarabiasz sporo kasy". No ja bym tego nie powiedziała... Nie wspomnę nawet, że może i aktualnie zarabiam więcej niż on, ale on ma na koncie więcej kasy niż ja. A i tak wiecznie nieszczęśliwy!
Za facetami nie nadążysz...
A tak w ogóle to jestem zawiedziona. Jesteśmy razem dopiero dwa lata, a cały romantyzm ch** strzelił. Nie wiem co się z tym facetem dzieje, i jakich jeszcze argumentów użyć, żeby jakoś mocniej zaangażował się w nasz związek, bo strasznie się rozleniwił. Zapomina dać buzi wchodząc do domu, nie słucha tego co mam do powiedzenia, nie pomaga mi w domu, nawet wychodząc na żarcie na miasto zakłada dresy. Mogę tak jeszcze wymieniać do jutra. I nie wiem co z tym zrobić, wcześniej nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło. W każdym poprzednim związku takie zachowanie przychodziło dużo później, jakoś tak bardziej naturalnie i równocześnie u obojga. A tu, teraz, mnie to boli. Powoduje, że mam wątpliwości co do naszej przyszłości. Coraz częściej, gdy ktoś się pyta "kiedy ślub?" zostaje mi tylko jedno - prychnąć śmiechem. Żeby nie było - próbowałam rozmawiać, ale on bagatelizuje sprawę mówiąc, że wyolbrzymiam, że nic się nie dzieje (no właśnie!) i jak to on mówi "I'm just chilling".
I podobnie jak Magdzie (klik klik), tęskni mi się ostatnio za Polską, za mamą. A zaczęło się niewinnie - od szukanie pomysłów na prezenty świąteczne. Doszłam do wniosku, że w Edynburgu, to nawet przyzwoitego centrum handlowego nie ma, nie to co w Szczecinie - jedno na drugim. I tak mi się jakoś łezka w oku zakręciła. Nie pomogła rozmowa na skajpie z siostrzeńcami (boże, jacy on już duzi!). Chciałam ich wyściskać i wycałować. A tu dupa.

Pitol poprosił mnie, żebym zrobiła listę rzeczy, które chcę na święta, To zrobiłam: książka, perfumy, to, tamto, a na końcu dopisałam "nowy chłopak". Powiedział, że nowego chłopaka nie będzie!

PS. Nie wiem czy wcześniej wspominałam, ale wyprosiłam od agencji mieszkaniowej nowe okna. I właśnie kilka dni temu je wstawiono! Bosz, co za różnica - w domu ciepło i cicho. W końcu potwierdziło się że "proście, a będzie wam dane" :D
Nie obyło się też bez wizyty po - sam właściciel agencji się pofatygował - pochwalił za porządek w mieszkaniu (no ba!) i przysłał złotą rączkę do naprawy wentylatora w łazience, który nawet nie wiedziałam, że mamy :P

piątek, 4 listopada 2011

Nie powiem, ja aktualnie nie mam kłopotów z pieniędzmi - to znaczy zawsze możnaby mieć więcej ;P, ale nie tam, żeby mi brakowało na rachunki i życie, nawet czasem odłożyć grosik się da. Teraz w zasadzie powinno być nawet lepiej, bo np. w 4 dni przepracowałam 40 godzin, więc jeśli szanowny pan taksman będzie łaskawy, to będę zarabiać jeszcze więcej.
A dookoła coraz gorzej.
W zasadzie to już kiedyś o tym pisałam.
Recesja w UK zalicza już chyba 3 dołek, jak nie lepiej, Coraz więcej ludzi z mojego otoczenia ma kłopoty, nawet Pitol ma stresa, bo zredukowali mu etat o połowę, a pracy gdzie indziej nie sposób dostać. Jeszcze więcej sklepów w centrum i okolicy się pozamykało, wszędzie straszą witryny pozabijane dechami, pozamykane okiennice i wszystko pozamykane na 4 spusty.
To i mnie udzieliła się panika. No może jeszcze nie panika, ale tracę poczucie bezpieczeństwa, i przygnębia mnie to. Moim zdaniem pierwszy "dołek" spowodowali bankowcy, ale pozostałe - telewizja! Bo jak co godzinę w wiadomościach straszą jaki to kryzys wielki i że jest masakra, to oczywiste, że wszyscy automatycznie się łapią za kieszeń, portfel czy co tam mają, i wydadzą parę groszy mniej. A jak ktoś wyda parę groszy mniej, to ktoś zarobi parę groszy mniej, i zredukuje swoje zamówienia/godziny pracowników - i ci zarobią mniej. I kółko się zamyka.
Jak przyjechałam do UK 5 lat temu 3 kg makaronu kosztowało funta, teraz 3.30. Litr paliwa około 83p, teraz 1.32. Jedna papryka około 40p, teraz 80p.
Dokąd to wszystko zmierza? Będzie jeszcze gorzej? Czy to już jest dno, od którego nic, tylko się odbić?

Z innej beczki, Pitol powiedział że gadałam dzisiaj w nocy - nie pamięta o czym. Pamięta za to, że po angielsku! No to się porobiło...

poniedziałek, 31 października 2011

W pracy zrobiło się zamieszanie jak jasna cholera. W skrócie - po tym całym syfie chciałam wrócić do działu, z którego "przyszłam". Okazało się, że to nie takie proste, jakby się wydawało, bo choć w ciągu ostatnich kilku miesięcy odeszło około 10 osób (!) i nikt nowy nie został zatrudniony, to nagle nie ma dla mnie wystarczająco godzin. Opcje więc dostałam takie - albo pracować jako "zwykły" pracownik w innym dziale, albo wrócić do mojego starego działu... jako sekszyn lider. No i bądź tu mądry.
Od dawna zarzekałam się, że być sekszyn liderem w moim starym dziale, to jakieś nieporozumienie, i że nigdy w życiu! No i proszę. Póki co lepsze to, niż siedzieć na kasie... Przynajmniej teraz hehe, pewnie jeszcze zmienię zdanie :P
W ogóle to jakiś sajgon z tego wyszedł, bo ja dowiedziałam się, że mam wrócić do mojego starego działu wyjeżdżając z parkingu w sobotę po skończonej zmianie, gdy mój "stary" menadżer, jadąc autem za moim, zaczął na mnie mrugać światłami. Niedzielę miałam wolną, a dziś zaczęłam wcześnie. Okazało się, że menadżerowi z działu, z którego odchodzę, nikt o tym fakcie nie poinformował, więc ten się wkurzył - i nie dziwota. Nie na mnie, ale na brak komunikacji w tym sklepie.
A mimo, że dziś był mój pierwszy dzień w starej/nowej pracy, to menadżerka "od ludzi" (do której to zwykli ludzie ogólnie dostępu nie mają) powiedziała, że musimy jeszcze usiąść i porozmawiać razem z "głównym sklepowym", bo ona ma zastrzeżenia.
Przysięgam, mam uczulenie na tego babsztyla! Jakaś nienormalna jest, bo to "główny sklepowy" - który ma najwięcej do powiedzenia - powiedział, że jestem najlepszą osobą na to stanowisko.
Więc dziś był mój pierwszy dzień - byłam w pracy "tylko" 11,5 godziny, z jedną pólgodzinną przerwą na śniadanie, bo na kolejną jakoś tak się nie złożyło.
No i zmierzyłam się z moim największym strachem - telefonem :P Musiałam np. zadzwonić do klienta, że jego dostawa będzie spóźniona. I odebrać telefon od baby, której jeden z naszych kierowców połamał vanem płyty chodnikowe (!).
Jeszcze ze 200 takich telefonów, i się przestanę bać, że ktoś na mnie nakrzyczy :)

A w domu... Pitol zestresowany, bo ucieli mu godziny w pracy, a teraz jeszcze straszą zwolnieniami. Tzn, i tak pracował jakieś 15 godzin w tygodniu (niewiele więcej niż moja jedna zmiana!), ale teraz czasy takie, że znalezienie czegoś nowego, graniczy z cudem.
No i w sobotę wystarczyło moje pytanie czemu nie umył naczyń - on miał wolne, a ja w pracy. Wstał, powiedział, że jestem nienormalna, i wyleciał z mieszkania trzaskając drzwiami.
Zachciało mu się dramamaturgii, to dolałam oliwy do ognia, wysyłając smsa, że jak nie wróci za godzinę, to z nami koniec.
Odpisał "a po co czekać?", wrócił, i powiedział że ma dość i się wynosi!!! Otworzył szufladę i chyba chciał z niej coś wyjąć, ale powiedziałam mu, że chyba jest śmieszny, ma usiąść na dupie i się uspokoić.

Wczoraj, opowiadając to jego mamie, oboje się śmialiśmy. Charakterki mamy niepowtarzalne, i oboje musimy sobie uważać, bo to się kiedyś może źle skończyć.
A cała historia brzmi dużo bardziej dramatycznie, niż faktycznie była :)
Zwyczajnie dwa głupki jesteśmy :)

wtorek, 25 października 2011

wpis, żeby udowodnić logikę prawodawcy szkockiego.

być może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą, że w Szkocji alkohol w sklepie można kupić jedynie w określonych godzinach, czyli od 10 rano do 10 wieczór.
czy skutkiem tego jest ograniczenie pijaństwa? absolutnie... nie! jest to jeden z najbardziej rozpijaczonych krajów, o jakich słyszałam.
tak, tak, być może nawet bardziej od Polski :)
zresztą, pewnie i Polacy korzystaliby jeszcze bardziej, gdyby ceny alkoholu były niższe niż są. bądź tak jak w UK można by było zakupić alkohol np. w ofercie 3 butelki/kartony w cenie 2 itp
np. 3x15 browarów za szalone 18 funtów - dla niewtajemniczonych dodam, że najniższa krajowa to coś koło 6tki na godzinę, czyli (omijając podatki) pracujesz 3 godziny na 45 browarów!

no to co całkiem niedawno wymyślił ów rzeczony wcześniej prawodawca szkocki, że ten proceder trzeba ukrócić, bo społeczeństwo spada na pysk - postanowiono, że z dniem 1 października w Szkocji alkoholu nie można sprzedawać w tego typu "łączonych" promocjach.

co na to supermarkety?
podczas gdy wcześniej sprzedawano 3 butelki wina za dychę, gdy jedna jest warta 6.5 - wówczas oszczędność była wymierna - 9.5 funta.
teraz, gdy takie promocje są zakazane, cena tej samej jednej butelki została obniżona do 3.33! czyli na trzech butelkach zaoszczędzasz dodatkowego pensa do tych 9.5 wcześniejszych, no i już nie musisz kupować 3 butelek, żeby nie wydać fortuny.
jak dla mnie ta logika jest wprost fantastyczna - teraz można się nawalić jeszcze taniej :)
korzyść jak dla mnie jest taka, że teraz moge sobie kupić butelkę dobrego wina w zasadzie za połowę jej oryginalnej ceny :)

a tak na marginesie i z innej beczki - czy to naprawdę jest takie normalne, że się na Pitola wkurzam, że idzie dzisiaj do kina, znów nie ze mną, ale z ludźmi z pracy? oni ze względu na pracę idą na 22gą - ja nie mogę iść, bo wstaję jutro o 5 rano, więc dla mnie to za późno.
czy nie mam prawa się wkurzać, gdy mój własny facet, robi coś, co ja bardzo chciałabym zrobić, ale aktualnie nie mogę? czy nie mam prawa się wkurzać, że mój własny facet idzie gdzieś, gdzie ja chciałam iść, ale aktualnie nie mogę?
czy ja naprawdę jestem jakoś totalnie nawiedzona?
czy to naprawdę wyraz mojej choroby psychicznej, że szlag mnie trafia, że w ciągu miesiąca poszedł pić z ludźmi ze szkoły, potem z kolesiami, bo były 18te urodziny najmłodszego z nich, potem poszedł do kina ze swoim kierownikiem na króla lwa w 3D, a dziś idzie na kolejny film z ludźmi z pracy.
i już zapowiedział, że niedługo impreza z okazji urodzin panienki z pracy (patrz - idę sam), a potem ludzie z pracy organizują imprezę, bo im się lokal zamyka na kilka tygodni, by się otworzyć pod inną nazwą. a ptem bóg wie, co jeszcze.
a on tylko nie rozumie, czemu strzelam fochy i gadać mi się z nim nie chce.
noż jasna dupa, nie potrafię odpuścić i cholera mnie bierze.
to tak tylko chciałam sobie ulżyć.
napisałam, i już mi lepiej.

czwartek, 20 października 2011

historia będzie łóżkowa ;)
wyszedł Pitol na imprezę integracyjną ze swoją grupą z koledżu.
jak on wychodzi balować, to ja nie mogę spać. tak już mam i tyle (to chyba pozostałość po moim ex - alkoholiku). 
w końcu zasnęłam.
wrócił w nocy, a ja obudziłam się od razu, choć nie będę kłamać - chodził po domu na paluszkach.
nieświadomy, że nie śpię (nigdy się z tym nie zdradzam, żeby się za mocno nie wybudzać gadaniem), wlazł do łóżka, i przytulił się lodowatym ciałem, więc obudziłabym się tak, czy owak.
zasnęłam. 
obudziłam się jak tylko wstał z łóżka, i nie jestem w stanie powiedzieć, czy było to minutę po zaśnięciu, czy kilka godzin.
więc on wstał, a ja automatyznie usiadłam na łóżku myśląc, że może tak się zarwał na rzyganie jak ostatnim razem (hihi). 
jak tylko usiadłam, on się zatrzymał, i choć było za ciemno, by cokolwiek widzieć, wiedziałam że zatrzymał się koło szafy.
no to pytam "czemu stoisz?".
odpowiedź zwaliła mnie z nóg.
"bo ty stoisz"!!!
a potem powiedział, że musi iść siku. jak wrócił długo nie mogłam zasnąć, zwłaszcza że któryś z sąsiadów urządził sobie dyskotekę o 4 nad ranem.
obudził się koło 12ej w południe. więc pytam - "aż tak nawalony byłeś, żeby pierniczyć jakieś totalne bzdury?"
a on na to "ale o co ci chodzi?"
okazuje się, że wypił góra 4 piwa (bo jest strasznie przeziębiony) i od momentu jak przylgnął do mnie lodowatym ciałem nie pamięta nic!
można zacząć lunatykować na stare lata?
bo nas oboje ta historia zbiła z pantałyku :)
może to jakieś paranormal aktiwiti? LOL

środa, 19 października 2011

"Bombki" :P.
Bo jakoś tak się składa, że kilka imprez się zbliża.
Totalnie nie w moim stylu :)
Ale jak szaleć, to szaleć, bo latka lecą.


wtorek, 18 października 2011

nie wiem czy to normalne, ale moje ciało potrafi przepowiadać pogodę.
tzn w pewnym sensie. rzadko kiedy chce mi się pić, tak naprawdę.
a dziś suszy mnie jakbym co najmniej wczoraj popiła!
doszło do tego, że kupiłam w automacie w pracy puszkę Pepsi.
a ja z zasady nie piję słodkich i gazowanych napojów!
to oznacza tylko jedno- mróz idzie.
amen.

środa, 12 października 2011

kicha jest taka, że aż nie wiem od czego zacząć.

(minęło 5 minut. dalej nie wiem jak zacząć)
(zacznę od początku, trochę się powtarzając z jednym z poprzednich postów)

w zeszły czwartek lub piątek powiedziałam mojemu byłemu menadżerowi, że mi się tam nie podoba, i kicha jest. on powiedział, że mocno kumpluje się z menadżerką "od ludzi", więc on jej powie, tym samym oszczędzając mi obwieszczenia jej faktu, że już mi się odwidziały awanse. chcąc być fair z moim nowym menadżerem powiedziałam mu również, że mi się nie podoba.
a że aż taka totalna dupa nie jestem, postanowiłam osobiście z ową menadżerką od ludzi porozmawiać.
powiedzieć, że już mnie tak strasznie plecy bolą, bo to strasznie dużo dźwigania dla osoby mojej postury, i do tego ta moja nieszczęsna skolioza.
powiedzieć, że dział sam w sobie mnie w ogóle nie rajcuje. że wręcz mnie odrzuca.
i że co to za sekszyn lider, jak moja sekcja ma iść gdzie indziej, robić coś innego jak tylko przyjdę do pracy. to co to za lider bez sekcji?
i takie tam. no ale jak jej nie było, tak nie było przez kilka dni, więc cała rozmowa odbywała się wielokrotnie w mojej głowie, nie dając mi możliwości uspokojenia się i relaksu.
aż w końcu babsko wróciło. szłam do niej cała się trzęsąc, bo z jakiejś dziwnej przyczyny ta kobieta mnie straszliwie stresuje.
ale była zajęta, więc poprosiłam sekretarkę, żeby szanowna menadżerka do mnie zadzwoniła, jak będzie miała chwilę.
minęło kilka godzin.
w końcu zadzwoniła i mówi "o co chodzi?".
no to, że o to, o czym rozmawiał z nią mój poprzedni menadżer.
"że chcesz zrezygnować?"
ja mówię, "no tak". a ona, że i tak muszę tam zostać przez najbliższe dwa tygodnie, dopóki Krejg nie wróci ze szkolenia. a potem dodała coś w stylu, że "nie wiem co ja z Tobą zrobię".
to ostatnie zdanie zrobiło na mnie największe wrażenie, bo za cholerę nie miałam pojęcia, co ma na myśli.
na tym nasza rozmowa się zakończyła. zostało mi tylko uczucie wielkiego niesmaku, że nawet nie poświęciła pięciu minut, żeby wysłuchać co mam do powiedzenia.
a potem dotarło do mnie, że muszę w tym dziale siedzieć dopóki co? Krejg nie wróci ze szkolenia? myślałam, że mnie normalnie szlag trafi. otóż Krejg to jeden z "moich" pracowników. czyli on pojechał na szkolenie, na które miałam jechać ja, gdybym nie zrezygnowała! decyzja została podjęta za moimi plecami. a bynajmniej poza moją świadomością. prawdopodnobnie minuty po tym, jak wyraziłam swoje niezadowolenie. i nikt mi nawet nie powiedział! poczułam się, jakby mnie ktoś zdzielił po twarzy mokrą szmatą! bo ja czekałam 6 miesięcy na rozmowę kwalifikacyjną...
no właśnie, ciekawe kiedy (i czy?) on ją miał, bo menadżerki od ludzi w łikend w pracy nie było, a to ona robi interwju.
i taka ze mnie dupa, że nawet nie powiedziałam słowa na ten temat do mojego menadżera.
byłam, i jestem, tak zła, że bałam się, że jak mu coś powiem, to się chyba rozpłaczę z emocji.
bo mam wrażenie, że jakby tylko czekali aż pęknę.
no i dobrze, ale dlaczego wszystko za moimi plecami? dlaczego nikt do mnie zwyczajnie nie podszedł, i nie powiedział "słuchaj, to jak ty nie chcesz, to Krejg za ciebie pojedzie"?
i byłoby po sprawie.
a tak, jestem zła, rozgoryczona, rzygać mi się chce jak mam tam iść wiedząc, że...

a zresztą. jeszcze czeka mnie powrót do starego działu, więc znowu będzie gadanie i obgadywanie.

więc podjęłam decyzję.

zbiorę się w sobie i napiszę cefałkę i zacznę szukać nowej roboty.
bo rzygać mi się chce, ile to w mojej (ogromnej) firmie tyle pieprzy się o równości, której tak naprawdę nie ma.
co z tego będzie - nie wiem.

i zaaplikuję do koledżu. a nóż widelec.

póki co płakać mi się chce.
mam doła jak stąd do Zakopanego.
i spowrotem.
nic mnie nie cieszy.
jem za pięciu.
mam problemy z zasypianiem, budzę się w nocy, śnią mi się koszmary.
P mnie wkurza byle pierdołą do tego stopnia, że mam ochote mu powiedzieć, żeby wypierdalał.

poważnie rozważam pójście do lekarza, bo zaczynam się bać, że to już depresja.

niedziela, 9 października 2011



Ze wszystkich moich dramatów i zakalców, to ciasto wyszło mi śliczne!
Za przepis dziękuję Dorocie :)
Stefanka wyszła tak piękna, jak i u niej :) Naczy moim zdaniem...
Idealna na wizytę teściów :D

piątek, 7 października 2011

A w kuchni... a raczej z piekarnika :)
Za jakość zdjęć przepraszam, bo robione telefonem, w byle jakim świetle i dupa ze mnie, nie fotograf :)

Babka czekoladowa.

Placek z jabłkami.

Jabłecznik.

Piernik.






sobota, 1 października 2011

nie daję rady. normalnie wymiękam. jestem przemęczona, rozdrażniona i sfrustrowana. poszłam do mojego kierownika, i oznajmiłam mu, że to nie "mój" dział, że mi się nie podoba, i w ogóle do dupy...

(Piter właśnie spytał, czy piszę na blogu, że w pracy jest kijowo i czy piszę - cytat "kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, do dupy?")

no i co on (szef) miał mi biedny odpowiedzieć? nic. bo przecież nie jest w stanie mojej pracy uczynić bardziej atrakcyjną... chcę wrócić do mojego poprzedniego działu, jako zwykły pracownik. i dalej mieć wszystko głęboko...
pierdzielę taki awans...
musze tylko teraz pogadać z menadżerką "od ludzi". tą samą, z którą miałam rozmowę o tę pracę :(
żołądek to mi skiśnie ze stresu.
ale nawet mama powiedziała, że jak tak się męczę, to żeby dać se na luz. nie warto.
bo teraz, to mam nowe drugie imię - frustracja.

niedziela, 25 września 2011

minęły trzy tygodnie, a ja jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
w domu mnie nie ma całymi dniami, jak już jestem, to jestem zmęczona i sfrustrowana, bo w domu nawet palcem nietknięte.
skończyły się domowe obiadki i pieczenie ciast. na nic nie mam czasu, ani siły.
i zastanawiam się, po co mi to było?
stresuję się strasznie, choć nie ma o co. praca śni mi się noc w noc.
Pitola widuję po 15 minut dziennie... bo tak nam się grafiki układają. nie wiem, czy to da się przetrwać.
nie, jeszcze nie zrezygnuję, poczekam, może się przyzwyczaję.
albo spróbuję wytrzymać kilka miesięcy i poszukam pracy jako superwajzor.
aż strach się bać, co będzie w święta. pewnie 250godz. w miesiącu :(

a z pozytywów.
P dzisiaj wypalił ni z tego ni z owego: "co mi kupisz na naszą rocznicę?".
no to spojrzałam jak na debila, bo nasza druga rocznica będzie za jakieś 7... tygodni!
nie wiem czy będę miała czas na cokolwiek w zasadzie, bo do sklepów nie mam kiedy łazić.
i za chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć, co sprezentowaliśmy sobie rok temu...
głupki :)

sobota, 10 września 2011

mam jakiś dupny dzień. łzy mam w oczach co chwila. jeszcze mnie Pitol wkurza do tego.
a zaczeło się od tego, że w pracy miałam zapierdol jak cholera, bo ktoś tam jest na urlopie, więc jego robota była ledwo ruszona, a ja potem musiałam zapieprzać jak idiotka przez 9 godzin.

wracając z pracy do domu jakaś debilka wymusiła na mnie pierwszeństwo i o mały włos - dosłownie - nie rozpieprzyłam się spektakularnie.

a w domu ciemno - bo po jaką cholerę odsłonić rolety, skoro prosiłam o to milion razy.
bo po cholerę, domyślić się, że najwyższa pora sciągnać ciuchy z suszarki, skoro jakoś magicznie lądują w szufladzie.
bo po cholerę wstawić pranie, skoro ciuchy same dostają nóg i lezą do pralki.
bo po co poodkurzać, skoro poprosiłam o to dwa dni temu.
no i w końcu, po cholerę pisać tego bloga? (chyba mu nie pasuje, że nie może go przeczytać, a myśli że mu tylko dupsko non stop obsmarowuję)
no i na koniec, po cholerę mnie przytulić, jak już się rozryczałam i wyjawiłam wszystkie swoje gorzkie żale...
kogo to obchodzi, że ja zapierdalam 50 godzin w tygodniu za marne grosze.
bo po co mi pomagać w domu, skoro jest się tak strasznie zmęczonym pracą 20 godzin w tygodniu...
no i czemu by nie jebnąć durnego tekstu, że jak jestem taka nieszczęśliwa, to może powinnam pomyśleć o odejściu.
bo czemu by nie wyjść do pubu ze znajomymi z pracy po raz bóg wie który beze mnie... bo przecież nikt nie pzychodzi z parą. to nic, że takie imprezy są co chwila, a ja siedzę jak ta idiotka sama w domu. no bo kogo to obchodzi? przecież nie kogoś. kto mnie kocha.

nawet wczoraj kupno nowej kurtki, torebki i perfumy poprawiło mi humor tylko na chwilę.

środa, 31 sierpnia 2011


to tak.
interwju było. stresu co niemiara. ale się udało. "awans" jest, ale jakby to... połowiczny. bo wracam na lodówy... znowu będzie mnie telepać non stop, ale mam nadzieję, że nie będę marznąć na marne. mam "pod sobą" bardzo mały dział, i dobrze - mniej stresu i łatwiej się wykazać. co to z tego będzie to się dopiero okaże. dzię był mój pierwszy dzień jako sekszyn lider i pierwszy dzień po urlopie. gęba myślałam, że mi się połamie od ziewania. jeszcze nie mam grafiku, ale godziny mam mieć tragiczne i bardzo długie. od 8-17.30 albo 13-22. w sumie to chyba nie powinnam narzekać, bo wczesniej wstawałam do pracy o 3 w nocy! a teraz będzie mi ciężko się przyzwyczaić, bo miałam całe dnie dla siebie, a tu dupa. skończyło się babci sranie. no i z Pitolem będę się częściej mijać, bo on zaczyna najczęściej pracę o 17ej :(
ale ogólnie jestem nastawiona pozytywnie. wszyscy byli dziś dla mnie bardzo mili.
o dziwo :P

a urlop... był cudny, gorąco, pięknie, nawet nie tak drogo. przez to, że w knajpach można dostać "turystyczne" menu i za dychę zjeść 3 dania i się napić, przytyłam 3kg w 10 dni! idź pan w cholerę z taką robotą... :P
kupa śmiechu, bo przez Pitola tatuaże (jak sądzę) , spacerując główną ulicą przechodziły koło nas podejrzane cichociemne typy szepcząc "haszisz?" :D
P także nie wierzył, jak mu powiedziałam, że "Polaków jak psów..." i żeby się nie zdziwił. nie uwierzył, do momentu, jak leżąć na plaży "sąsiedzi" z obu stron byli mojej narodowości :P
miałam radochę, bo udało mi się przeczytać 3 książki, nawet P przeczytał jakieś 240 stron czegoś tam - to chyba jego rekord życiowy :D
było wprawdzie parę zgrzytów, kilka razy myślałam, że go piznę z podobiznę, ale to nic nadzwyczajnego...
fantastyczna pogoda, nawet jak dla mnie gorąc nie z tej ziemi. plaże miejscami nawet pustawe - nie wiem, czy przez to, że łatwiej się poparzyć, gdy owiewa cię lekka bryza od oceanu, czy po prostu ludziom się nie chciało dupy ruszać znad basenu.
i te pyszne pomarańcze... choć nie w sezonie i pewnie z chłodni, ale i tak sto razy smaczniejsze niż te tutaj.
myślałam, że się popłaczę wyjeżdżając. a na miejscu 10 stopni i deszcz. nic tylko się pochlastać.
TU trochę fotek jakby ktoś miał ochotę popatrzeć.

moja mam też wróciła z wycieczki - była w Turcji. moja walnięta 55latka wróciła do Polski z nogą w gipsie. tak się rozglądała dookoła na jakimś statku, że nie zauważyła różnicy w poziomach pokładu... i stłukła sobie kość, czy coś w tym stylu, tym samym przedłużyła sobie urlop o kilka tygodni.

minęło 5 lat odkąd jestem w Szkocji.
minął rok odkąd mieszkamy razem z Pitolem, i tylko cudem się żeśmy jeszcze nie pozabijali.
wróciłam dziś z pracy do domu, a tam czekał na mnie piękny bukiet kwiatów i dvd z filmem, który bardzo lubię :)

sobota, 13 sierpnia 2011


przyznać się, kto nie trzymał, albo trzymał słabo??

piątek, 12 sierpnia 2011

mam jutro interwju na sekszyn lidera.

ze strachu kupa w majtach.

trzymać kciuki!

ołwer.

sobota, 6 sierpnia 2011

dostaliśmy zaproszenie na otwarcie nowego klubu w Edim.
tzn. nie zupełnie nowego, ale wyremontowanego i o zmienionej nazwie, której tutaj nie podam - jak ktoś jest z okolic albo bardzo dociekliwy, to sam znajdzie :)
zaproszenie jako VIP, bo to lokal taty dziewczyny najlepszego kumpla Pitola, która przy okazji chyba bardzo mnie - z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny - lubi.
całkiem zabawne, bo ona w ogóle myślała, że my do wczoraj nie wiedzieliśmy, że to lokal jej taty, i wsciekła się na swojego faceta, że nam powiedział, a on był biedny niewinny, bo to Pitol dowiedział się wieeeeki temu od jednego zbyt gadatliwego pracownika lokalu.
piękne skórzane kanapy, banda ludzi - bardzo "posh", największa butelka szampana jaką w życiu widziałam, trzech wielkich ochroniarzy na wstępie do strefy VIP i zazdrosne spojrzenia "zwykłych" ludzi przez szybkę oddzielającą od parkietu. taki tylko posmaczek jak to jest być pięknym, młodym i bogatym :P
Pitol zapytał, czy nie jestem zazdrosna o to wszystko, co nasza koleżanka ma, i zadziwiłam samą siebie odpowiedzią bez zastanowienia - "nie".
kurdę, naprawdę nie. po przemyśleniu - może trochę, ale może nie tyle kasy, co ułatwień, bo ma dostęp do wielu rzeczy, miejsc, ludzi, o które my musimy "walczyć".
ale wiem, że ona np. też mi zazdrości, np. figury.
ja sama wprawdzie swojej figury nie lubię i uważam, że za dużo we mnie chłopca i nigdy nie można być zbyt szczupłym, a ona jest duuuuża, w sensie wysoka, z wielkim cycem, tyłkiem i czym tam jeszcze.
i tu się kółko zamyka. nie można mieć wszystkiego. ona ma własne mieszkanie, o którym ja marzę, ona marzy o mojej figurze.. życie jest okrutne :P

oczywiście wyjście na tą imprezę nie obyło się bez mecyji. bo Pitol musiał oczywiście skomentować mój strój, najpierw powiedział "o, ubierzesz się jak księżniczka", a potem złośliwie dodał "że będę się prosić o kłopoty, jak na tej reklamie z krótką spódniczką" (klik klik). potem cały czas marudził, że nie zostanie długo i w ogóle zmarnował mi wieczór, bo choć został ze mną do 2ej nad ranem, i wypiłam tylko dwa drinki (wciąż na lekach), to mnie jakoś ogólnie drażnił. bo się zachowuje jak taki pies ogrodnika - sam miłego słowa nie powie, ale innych odstrasza :P
nie no, nie jest aż taki zły, ale ja bym chciała, żeby zwyczajnie był dumny, że jestem jego dziewczyną, zamiast się zachowywać jak zazdrosny dupek.

no, a tak poza tym, to inna koleżanka naszej koleżanki, która niespodziewanie zapragnęła pogawędki, wyraziła zdziwienie - "ale ty dobrze mówisz po angielsku".
no i tu powstaje pytanie, jak długo jeszcze będzie coś w tym dziwnego? żyję tu, mieszkam, nigdzie się nie wybieram, mam faceta Szkota, uczyłam się angielskiego latami, to troszkę tam rozumiem :P

a tymczasem wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego zamieszkania w Szkocji. spędze ją w Portugalii :)

siłownia nadal na topie, po przerwie pooperacyjnej dziś był 4 dzień z rzędu wylewania siódmych potów, cudnie bolą mnie uda.

i zamówiłam sobie w polskiej księgarni 4 książki, właśnie dziś przyszły.
na razie leżą na stole i cieszą oko.

środa, 3 sierpnia 2011

Znowu wzięłam się za pieczenie, zwłaszcza, że z racji chorobowego mam dużo czasu, no i że kupiliśmy z P food processor. Tylko moja waga mnie martwi, tak dużo nie ważyłam od około 5 lat, a tu urlop na plaży tuż tuż. Kicha będzie :/






A na zdjęciach

#chleb zwykły, który nie urósł i był wielkości dużej bułki (coś nie mam ręki do pieczywa)

#dzisiejsze muffiny - niskokaloryczne z malinami i odrobiną mlecznej czekolady, których jeszcze nie spróbowałam, bo są gorące :P

#chlebek bananowo-orzechowy.

sobota, 30 lipca 2011

ja myślałam, że prawie że prosto ze szpitala polecę sobie na siłkę i wszystko będzie cacy...
ale od początku.

nie będę wdawać się w szczegóły poprzedzające operację. najbardziej z tego wszystkiego bałam się wybudzania z narkozy, bo wszyscy jak jeden mąż mówili mi, że jest po niej niedobrze, i chce sie wymiotować. więc się bałam, bo wymiotowanie świeżo ciętym gardłem by mnie raczej zabiło.
ale ku mojej "radości" nie było mi niedobrze. choć wszyscy inni dookoła na sali pooperacyjnej wydawali z siebie dziwne dźwięki...

a więc środa i czwartek przebiegły w bólu, choć znośnym. w środę nawet mogłam mówić dość przyzwoicie. co ciekawe - od operacji do wypisu ze szpitala nikt nawet raz nie zajrzał mi w gardło! zresztą i tak byłoby to niełatwe, bo mi tak szeroko otworzyli usta na stole operacyjnym, że mi popękały w kącikach i mam teraz strupy...
a w czwartek po wyjściu ze szpitala nawet pojechaliśmy na zakupy do Glasgow.

ale koszmar zaczął się w piątek. nie mogę mówić prawie wcale (ku radości P, bo w końcu nie mogę marudzić!). mój żołądek odpłaci mi za ilość tabletek przeciwbólowych, które w siebie pakuję. niestety od szpitala dostałam jedynie co-dydramol (paracetamol z dehydrokodeiną, czy jakoś tak) i coś przeciwzapalnego. i pouczenie, że jak zacznie mi gardło krwawić (!!!) to natychmiast zgłosić się do lekarza - ciekawe, czy w szpitalu wiedzą, że w większości przychodni się czeka minimum 3 dni na wizytę?! jutro chyba jednak zaryzykuję, bo nie czuję się dobrze, ból mnie budzi co chwila, zaczęłam nawet brać ketanol, który miałam gdzieś zbunkrowany gdzieś w szafce, w przeciwnym razie nie byłabym w stanie funkcjonować, a za który pewnie mi się od lekarza dostanie. mam podwyższoną temperaturę i w ogóle jest ble! gardło wygląda o-brzy-dli-wie! najlepsze jest to, że niewskazane jest, żebym jadła papkowate jedzenie - mam jeść normalnie, co nietrudno sobie wyobrazić, jest mega wyzwaniem! ja normalnie jem powoli, a teraz to już w ogóle masakra. przełykanie czegokolwiek weszło na jakiś szokujący poziom, wystraszyłam się ostatnio, bo coś mi wyleciało z nosa i nie zdążyłam zatamować. myślę - k**wa - krew mi leci! a co to było? kawa, której się przed chwilą napiłam! masakra...
teraz twierdzę, że jednak opatrzność nade mną czuwała i bilety do PL były tak drogie, że ich nie kupiłam, bo bym w ogóle nie miała radochy z tego wyjazdu.
dzwoniła do mnie wczoraj mama, i łezki jej w trakcie tej rozmowy leciały, bo brzmię tragicznie, mam taki cieniutki, ledwie słyszalny, żałosny i płaczliwy głosić...

i nie wiem, czy to wszystko ma tak być?
]ja chcę na siłownię! ja chcę znowu cieszyć się smakami!
:(
na co mi to było...

niedziela, 24 lipca 2011


alergia na faceta tymczasowo zażegnana. od 10 dni się nie pokłociliśmy, co jak na nas to duży sukces. pewnie do następnego... okresu :P
jakiś tajemniczy się zrobił, coś wspomniał o swoich oszczędnościach, więc mu powiedziałam, żeby mnie nie wkurzał wiecznym marudzeniem, że nie ma kasy, skoro ma. on na to, że zbiera na coś dużego. jakoś nie spytałam na co, nie wiem, może samochód, albo na wspominaną wcześniej wycieczkę do ameryki lub australii (czyli dwóch państw, do których ja nie mam wstępu bez wizy i pierdzielenia się w papierki). się okaże...

zapał na skakankę przeszedł - tak mnie już bolały kostki, że kulałam w pracy, więc stwierdziłam po kilku tygodniach, że dalej tak nie mogę.
to zapisałam się na siłownię!!!! prawie, że za rogiem jest taka wielka, wszystko nowe, za grosze.
i chyba złapałam bakcyla :) póki co chodzę 3-4 razy w tygodniu, przybajmniej do urlopu w Portugalii, na którym chciałabym wyglądać przyzwoicie. i naszemu związkowi też to dobrze zrobiło, bo a) mamy coś, co możemy robić razem, b) trochę go zazdrość chwyciła o siłownianych osiłków, którzy tam chodzą panienki oglądać :P

w końcu odezwali się do mnie ze szpitala - w środę mam operację (zabieg?) wycięcia migdałków. wszyscy mówią, że potem boli jak cholera, a ja się cieszę na 2 tygodnie wolnego, które mi potem przysługują. potem 7 dni w pracy, i Portugalia, także w sierpniu za dużo się nie napracuję :)

no i najlepsza, ale i stresująca wiadomość, dziś dostałam cynk, że jak głowny menadżer sklepowy wróci z urlopu będę miała interwju na sekszyn lidera :) nie wiem niestety, czy już jest jakaś pozycja dla mnie, a jak tak, to jaka. muszę jakoś spróbować się przygotować - stresówa jak nic... nie lubię przepytywanek.

a teraz idę na siłkę się odstresować :)

niedziela, 10 lipca 2011

Na przywitanie mojego jedynego baranka, jako najlepsza nie-żona na świecie, której 4 dni wystarczyły, żeby się trochę uspokoić, upiekłam mu "papacici", czyli paszteciki drożdżowe z szynką i serem i sernik z brzoskwiniami :) Niecierpliwym nie polecam, bo się naj**ałam przy tym konkretnie.



piątek, 8 lipca 2011

leczę alergię na faceta .
zupełnie niechcący, bo jak pisałam wcześniej, bez mojego większego błogosławieństwa wyjechał na 4 dni.
muszę stwierdzić, że znoszę to zupełnie lepiej niż przewidywałam.
tzn. pierwszy dzień był dramatyczny, bo zaczęłam mieć jakieś "wjazdy psychiczne" na punkcie samotności, ale dziś jest już spoko.
chyba odpoczywam, choć roboty mam od groma, bo kolesia od stażu trochę poniosło, i będę musiała posiedzieć nad papierkami.
no i obiecałam sobie, że na powrót P upiękę sernik i - jak to on wymawia - "papacici" (i tu konkurs - co to jest?). taka ze mnie kochana nie-żona :P
jakby wracał co najmniej z afganistanu po półrocznej nieobecności :)

wymyśliłam też sobie, że muszę popracować nad sylwetką i kondycją przed urlopem (za 5 tygodni!), więc skoro nie potrafię zapanować nad swoim apetytem, postanowiłam się trochę poruszać.
a że szkocka pogoda nie sprzyja ruchu na pwietrzu, kupiłam sobie skakankę i muszę się pochwalić, że już około 10 dni skaczę codziennie po około 15-25 minut.
bolą mnie mięśnie, które nie wiedziałam, że istnieją.
są momenty, że kuleję z tej radości...
nie ma nic za darmo, mama zawsze powtarzała (rozczesując moje mokre włosy) - "chcesz być piękna, to cierp!"

niedziela, 3 lipca 2011

kilka dni temu miałam jakiś taki kijowy dzień. jak średnio co drugi zresztą, taka ze mnie optymistka... i dostałam zastanawiające smsy od P.
"nie martw się, następne kilka tygodni, miesiąc będą tego warte, obiecuję"
pytam warte czego?
"wierz mi"
to pytam czy znowu zamierza mnie czymś zaskoczyć, jakimś kolejnym wyjazdem do pracy, albo inną cholerą
"nie, nic takiego, poczekaj a się przekonasz, to nic złego"
jakoś tak to wszystko sformułował, że dało mi do myślenia...

a poza tym to mam ostatnimi czasy na P alergię... :(
co chwila czymś mnie wkurza tak, że mam ochotę mu solidnie przypieprzyć.
podejmuje decyzję, a potem się pyta czy tak może być.
średnio co drugi wieczór spędzam sama, bo to praca (tu się nie czepiam), tapetowanie chaty siostry (tu też się nie czepiam), a jak nie, to: siłownia, oglądanie boksu u kolegi albo jakieś inny badziew.
i nie wiem co z tym zrobić, bo nie to, że go przestałam kochać - absolutnie nie - po prostu aktualnie nie jest mi za fajnie, i mam nadzieję, że uda się to jakoś zmienić, pomimo mojej uwagi, że związek to ciężka praca jakoś nie wywarła na nim wielkiego wrażenia. i mam wrażenie, że na tym polu to ja zapierdalam za dwoje...
mam nadzieję, że to niedługo przejdzie...
(koleżanka powiedziała, że też tak miała, i przeszło!)
te cztery dni, gdy P wyjedzie do pracy może nam dobrze zrobią.

no chyba, że wyolbrzymiam, bo "hormonalna" jestem.

a z pozytywów, to pomimo pierniczenia, że kobiety będą płacić tyle samo za ubezpieczenia auta, co faceci, ja w tym roku zaoszczędziłam aż 300 funtów w porównaniu do zeszłego! :)

piątek, 1 lipca 2011

kryzys chyba nadal daje się we znaki, bo w pracy nie mamy wielu zamówień, toteż postanowiono, że z mojego działu musi odejść do innych działów około 4-5 osób. dwie osoby zgłosiły się same, reszta będzie wybrana.
uderzając w temat, postanowiłam pomęczyć znów menadżerkę "od ludzi" (ta sama, która stwierdziła ostatnio, że mogłabym sobie nie poradzić z superwajzorem w tym nowo otwartym sklepie).
tylko weszłam do jej pokoju po tym, jak nam oświadczono powyższe zmiany, a ona prosto z mostu "Ty będziesz jedną z tych, które odejdą".
se myślę, "no to bomba :/"
a ona dodała - "jako sekszyn lider" (czyli superwajzor czy jak zwał, tak zwał).
:D
teraz tylko muszę czekać, aż pojawi się wakat, bo muszą parę osób poprzenosić tu i tam. więc kij wie, jak długo.

poza tym mój chłopiec chyba coś kombinuje, napisał mi ostatnio w smsie, że kolejne kilka tygodni "będą tego warte". na pytanie "czego", odpisał "zobaczysz, będą... obiecuję".
nie wiem, może w końcu postanowił, że się będzie zachowywał, bo ostatnio to już mi naprawdę zaczął działać na układ...

a tymczasem postanowił sobie, że będzie pracował podczas T in the Park, więc przez 4 dni będę słomianą wdową - nie do końca z własnej woli.
i zrobił sobie kolejny tatuaż, a raczej uzupełnił ten, który już miał. też nie do końca z moim błogosławieństwem.
więc ja się zastanawiam, czy mój facet potrzebuje jakoś nadspodziewanie dużo "wolności, odrębności i przestrzeni", czy to ja jestem jakaś przewrażliwiona i zaborcza...

poza tym cały czas mnie męczy chata jego siostry, zazdrość mi nie przeszła, wręcz przeciwnie, po jej zobaczeniu jest mi jeszcze gorzej. dziś kumulacja w euromilionach - 135 baniek można zgarnąć :)


niedziela, 19 czerwca 2011

stał się cud.
nie, P nadal nie mówi po polsku, a ja nie wygrałam w totolotka.
a cud jest zupełnie innej natury.

w końcu... wiem, czego chcę! zawodowo w sensie.

27 lat mi zajęło wymyślanie i kombinowanie! część z nich zmarnowałam, właśnie nie wiedząc czego chcę. a że tymczasowo rynek pracy wygląda tak, a nie inaczej, możliwości są bardzo ograniczone.
więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
mojej pracy w formie, która się nie zmieniła od kilku lat, mam już powyżej uszu. toteż postawiłam na zmiany, małe, ale które - mam nadzieję - dokądś mnie doprowadzą.
ma początek staż - pracodawca zatrudnił "trenera", który nas uczy, zadaje zadania i obserwuje w pracy. ukończenie tego ma zająć od 9 do 12 miesięcy i daje mi papier, który jest uważany za ważny w całym kraju. staż dopiero co się rozpoczął - od testu z angielskiego i matematyki, gdzie otrzymałam odpowiednio 94 i 92%.
na moje pytanie, jaka jest średnia usłyszałąm odpowiedź "na pewno nie taka" :P

w tak zwanym międzyczasie staram się zostać u siebie w robocie superwajzorem. kasa byle jaka, spora odpowiedzialność, ale po 1,5 - 2 latach męczarni można zostać menadżerem, a to już inna rozmowa. póki co, mam wrażenie, że choć nikt tego na głos nie powiedział i nie powie, największą barierą jest moja narodowość - boją się, że sobie nie poradzę, więc mam co nieco do udowodnienia.
więc jak dobrze pójdzie, powinnam być w znacznie lepszym miejscu niż jestem tuż po 30tce.
a plany jak to plany - czy wyjdą, to się okaże.

a poza tym, siostra P i jej chłopak właśnie zaczęli roboty remontowe do domku, do którego mają się niedługo wprowadzić, malutki, ale przytulny. a ja jestem zazdrosna. do granicy możliwości. aktualnie to chyba moje największe marzenie, mieć swój własny dom.
idę w totka zagrać...

niedziela, 12 czerwca 2011

mało mnie tu. "odbraziłam" się z książkami. kiedyś namiętnie i dużo czytałam, potem przyszedł czas, że nie miałam kiedy, a teraz znów rzucam wszystko, i "odlatuję" do innego świata, bez moich kłopotów i zmartwień.

tak jak przypuszczałam chwilowa zaduma nad posiadaniem potomstwa przeszła szybciej niż się pojawiła. spodobało mi się zdanie, że jakim prawem mam brać odpowiedzialność za cudze życie, skoro nie mogę poradzić sobie z własnym.

a tymczasem mi się śni...
był taki czas, że długo nie pamiętałam swoich snów wcale. a ostatnio pamiętam je dość dobrze, i co dziwne, zmieniła się zasadnicza rzecz - kiedyś nigdy nie widziałam twarzy ludzi, a ostatnio często. i są to bardzo dobrze znane mi twarze: mama, siostra i babcia. oraz dużo dziwnych detali.
wielu ludzi nie wierzy w horoskopy ani znaczenie snów, ja tak - z przymróżeniem oka. kiedyś zresztą już o tym pisałam. kiedy mam sen, który jest tak wyraźny, że nie ucieka szybciutko z mojej głowy, to sprawdzam go w senniku. a oto "tłumaczenie" niektórych moich snów.

siostra - symbolizuje własny cień, odbicie. wróży dobre zdrowie.
rodzina - szczęście, udane życie rodzinne. i to mi się akurat zgadza, bo jest mi z P. dobrze.
buty - śmiałe postępowanie konieczne. znów się zgadza, bo okazało się, że pomimo że zaaplikowałam o "awans" w pracy, to zostałam niejako pominięta, bo się nie upominałam co chwilę. a teraz napastuję babkę, która się tym zajmuje :P
niebieski - zgryzoty. też się zgadza - w związku ze sprawą powyżej.
klucze - nie pokrzyżuj własnych planów przez niezręczności. a często mi się zdarza nieświadomie palnąć jakiś bzdet, który pozostawia uczucie niesmaku (tak to się mówi?!). szybko podejmij decyzję. i tu znów związek ze sprawą powyżej - zostałam postawiona przed wyborem, który miał mieć wpływ na przebieg mojej "kariery" (kariera tu z przymróżeniem oka)
buty to również podróż. i także się zgadza, bo w sierpniu wyjazd do Portugalii, którym już się ekscytuję.
pieniądze posiadać - zarozumialstwo. zabawne, bo ostatnio w ramach żartu przeszło mi przez głowę, że jestem nie tylko śliczna, ale i jeszcze parcowita i nie najgłupsza :P
chronić chłopca - wezwanie do większej aktywności w życiu. i to jest akurat ciekawe, bo całkiem niedawno doszłam do wniosku, że jak na dwudziestoparolatkę wiodę bardzo ustabilizowany, nudny i pasywny tryb życia i coś trzebaby coś z tym zrobić.

ja wiem, że wielu ludzi bardzo sceptycznie podchodzi do tłumaczenia snów w ten sposób.
P na przykład właśnie zajrzał mi przez ramię i koniecznie chciał wiedzieć co robię, a jak mu powiedziałam, przecząco pokręcił głową.
a mnie to bawi. a ile w tym wszystkim prawdy, każdy może ocenić sam.

na dokładkę, P wracał skądś wczoraj i przyniósł mi bukiet kwiatów i polskie piwo :)
spytałam z jakiej okazji, a on na to, że dawno nie dostałam :)
kochany jest czasami, nie na przykład jak przed chwilą, kiedy na moje "nie mlaskaj" odpowiedział "zamknij się" :P
nie można mieć wszystkiego :)


poniedziałek, 30 maja 2011

dziwne...
bardzo dziwne.
w sobotę rano siostra P. urodziła synka.
taki fajny, malutki...
ja ogólnie to nie bardzo chcę mieć dzieci, a napewno nie w najbliższej przyszłości.
a jakoś tego małego wyjąć sobie z głowy nie mogę.
dziwne.
bo rozum nadal mówi "nie", ale serce chyba zaczyna naginać się w stronę "tak".
ale póki co i tak "nie" :P

wtorek, 24 maja 2011

powrót do szarej rzeczywistości jest zawsze bolesny...
i tym razem był taki. łzy w oczach, zwłaszcza, że nie mam ustalonego kolejnego wyjazdu do Polski.
wiele rzeczy wciąż niezałatwionych, wielu znajomych do których nawet nie miałam kiedy zadzwonić :(
za to wspomnienia i zdjęcia.
pogoda - jak zawsze na mój przyjazd - w kratkę, od upałów po zawieruchę.
chłopaki mojej siostry już tacy duzi... tacy "dorośli" i mądrzy :)
mama wciskająca do ręki parę ładnych złotych to na to, to na tamto.
babcia tak samo wkurzająca jak zawsze (13 nieodebranych połączeń pod rząd!)
siostra zmęczona i przysypiająca w fotelu (P. się śmieje, że to u nas rodzinne!)
groby pochowanych w zeszłym roku babci, wujka i taty już pokryte warstewką kurzu...

wieczny niedosyt. mamy, siostry, domu, siostrzeńców. Polski. Polskości.

choć jedna rzecz się udała, w tym roku już mi się nie myliło! w zeszłym roku tłumacząc wszystko mojemu P. szybko zaczynałam "miksować" - do niego mówić po polsku, do mamy po angielsku, mieszać oba języki... a tym razem mogłam juz robić za tłumacza symultanicznego, czy jak to tam się nazywa... :P duma :)

no i kilka razy w Polsce wzięto mnie za nastolatkę, więc wielki komplement na niedługo przed 28 urodzinami.

a w notce pod spodem kilka "niespersonalizowanych" zdjęć.

poniedziałek, 23 maja 2011




















niedziela, 8 maja 2011

w telegraficznym skrócie.

P. jest wolny od gipsu ( po zaledwie 4,5 tygodniach!), blizna wielka, metal pod skórą można wyczuć gołą ręką (ble), łydki brak, i uczymy się chodzić od nowa. stop.

jedziemy oboje (jeej!). stop.

torby spakowane. jutro wylot. stop.

trzymać kciuki za przyzwoitą pogodę. stop.

i żeby nie było jak ostatnim razem, że mi się szybko angielski pomiesza z polskim, i ani w jednym, ani drugim nie będę umiała gadać. stop.

10 dni. stop.

piątek, 29 kwietnia 2011

jak się pieprzy, to wszystko naraz.

czy białe kłamstwo jest wybaczalne?
myślę, że tak, bo sama nieraz nieco zmieniałam fakty, aby kogoś nie skrzywdzić, albo osiągnąć coś, a przy tym nic nikomu nie popsuć. ale jego kłamstwo zabolało.
nie będę się wdawać w szczegóły, bo myślę, że to nikomu do życia nie jest potrzebne. i wolałabym żeby nikt komentarzem nie zbagatelizował i nie zrujnował mojego małego świata :)

w każdym razie wyszło na jaw, że niedługo po tym jak się poznaliśmy P. dopuścił się małej zmiany rzeczywistości. dla niego było to tylko ubarwienie, mało znaczący fakt.
ale ze względu na naszą różnicę kulturową - która jak już wielokrotnie powtarzałam - zawsze będzie nie do przeskoczenia, dla mnie ten fakt okazał się w pewien sposób ważny, ale nie znaczący. no i jak to bywa kłamstwo ma krótkie nogi, wyszło szydło z worka.
no i wielka kłótnia (w obecności znajomych co gorsze), bo ten się zaczął wypierać, że tego nie powiedział, a ja akurat, choć pamięć mam beznadziejną, dokładnie to zapamiętałam, bo dla mnie sprawa była ważna. i potem jeszcze był na tyle bezczelny, żeby się na mnie wściec, że jego kłamstwo powtórzyłam mojej rodzinie! nieświadoma, że to bzdura...
atmosfera w domu - lepiej nie mówić :(
dla mnie osobiście zawartość tego kłamstwa, nie ma większego znaczenia, dla mojej rodziny - tak.
niesmak został. bo to kłamstwo zakwestionowało sens naszego związku...
już niby wszystko wyjaśnione, ale martwi mnie fakt, że choć dom nie został zburzony, to została wyjęta cegłówka z fundamentów. a przecież życie na pewno jeszcze kilka wyjmie...

jakby tego był mało o mały włos nie zaczęliśmy dziś pływać w naszym mieszkaniu.
wróciliśmy z popołudniowych spacerków/odwiedzin/zakupów. wróciliśmy wcześniej niż zwykle, bo pogoda byle jaka. stoję w łazience wypakowując pastę z pudełka, a tu nagle
- sru!
ze ściany pod tym plastikowym pudłem od prysznica zaczęła lać się woda, a jej większość na podłogę. z pomocą sąsiada znaleźliśmy główny zawór, żeby ją zakręcić.
ale takie rzeczy mogą się zdarzać tylko w pierwszy dzień jednego z najdłuższych łikendów w roku! bo lejąca się woda to dla naszej agencji nie jest sprawa nie cierpiąca zwłoki. chuj że będziesz śmierdzieć, czwarty raz używać ten sam talerz, a gówno popychać w dół rury łyżką drewnianą!
chwałą panu, że facet siostry P. to hydraulik, więc ten tymczasowo coś tam pozaklejał taśmą do kabli (nie ma gdzie dostać części), tak żebyśmy do tego wtorku przetrwali zanim agencja będzie osiągalna.

a no i moja łamaga dostała w końcu zasiłek z okazji złamanej nogi - nie wiem skąd pogląd, że UK to państwo opiekuńcze, bo P. dostał 50f. na tydzień.
nie wiem na co to ma mu starczyć, skoro nie pokrywa nawet całej jego części czynszu...

jak nie urok to sraczka.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

no i co to za wielkanoc, dają sobie po czekoladowym jajku, niektórzy w ramach szaleństwa ugotują parę jajek i zrolują z górki (nawet nie na wyścigi), zamówią chińszczyznę przez telefon, ewentualnie sami usmażą rybę z frytkami i podgrzeją zielony groszek, pójdą na zakupy i... tyle!
ja tam jakąś wielką tradycjonalistką nie jestem, więc nie poszłam do kościoła, nie było święconki, stół się nie uginał - bo i po co? jest nas dwoje i oboje panicznie boimy się nadwagi :D
ale przynajmniej w niedzielę nie chciałam całej tej komercji. dziś już poszliśmy połazić po centrum handlowym, bo zwyczajnie nie było co robić, a inwalida w domu już wariuje...

i narwałam sobie dziś trochę dzikiego bzu - teraz pachnie w całym domu :)

właśnie niedawno się "obudziłam", że zostały mi tylko dwa tygodnie do wyjazdu do domu, muszę sobie wymyśleć jakieś ubranie i takie tam... no i tydzień zanim dowiemy się czy jadę sama czy we dwójkę...

tymczasem, siedzimy na kanapie po obiedzie. czekam na komplementy, ale te nie nadchodzą, więc mówię do P.:
- "tell me something nice (powiedz mi coś miłego)"
na co on
- "something nice? (coś miłego?) jeden, dwa trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć".
nauczył się liczyć po polsku do dziesięciu i to miało być moje coś miłego :) a ja głupia czekałam na zwykły "obiad był pyszny" :D

czwartek, 14 kwietnia 2011

Anka piekarka - a dupa rośnie....








Dobre wiadomości - Pitolowi skrócił się "wyrok", po zdjęciu tymczasowego gipsu postanowiono, że wystarczą 4 tygodnie, a nie jak poprzednio sądziliśmy 6 :). Pozwolono mu też powoli przyzwyczajać nogę do ciężaru i trochę na niej stawać i chodzić. Ale żeby było śmieszniej termin kolejnej wizyty ustalono na 10 maja - dokładnie dzień po naszym planowanym wylocie do PL. Który w zasadzie zależy od tego, czy mu zdejmą gips czy nie. Tzn. ja pojadę na pewno, ale czy on - zależy od nogi. Po ponownej konsultacji z lekarzem mamy przyjść za 3 tygodnie i wtedy podejmą decyzję, czy gips będzie ściągnięty czy nie. Więc szanse na jego wyjazd ze mną się zwiększyły, ale nadal pozostaje zagadką...

piątek, 1 kwietnia 2011

Tydzień temu, w czwartek, Pitol zafundował sobie co najmniej 6 tygodniowy urlop... bezpłatny. Poszedł grać w piłkę, a odebrałam go już ze szpitala... ze złamaną nogą w kostce - w dwóch miejscach z przemieszczeniem :(
Dopiero wczoraj (!) miał operację poskładania tego do kupy - wstawili mu blachę i kilka śrub :(
A teraz siedzi w domu, jęczy z bólu i śmierdzi. Nic nie może zrobić beze mnie, więc mam 2 i pół etatu - jeden w pracy, drugi w domu (sprzątanie, pranie, gotowanie), co najmniej pół "podaj, przynieś, pozamiataj, zawieź mnie" itp.
A że jest samozatrudniony, to kombinujemy skądby tu wytrzasnąć kasę, żeby chociaż pokryło jego część rachunków.
Właśnie przyszło pocztą zaproszenie na komunię mojego chcrześniaka, na którą kupiliśmy bilety dawno temu... wygląda na to, że pojadę sama :(

sobota, 26 marca 2011

całkiem niechcący zaczęliśmy się ze znajomą parą bawić w "come dine with me". tzn nie jakoś tam bardzo na serio, po prostu od czasu do czasu coś tam pichcimy, oczywiście tylko żeńska część naszej paczki :)
cytrynowy biszkopt.


poniedziałek, 21 marca 2011

zafundowałam sobie urlopik. ni stąd ni zowąd okazało się, że za pracę podczas kilku bank holiday'i dodano mi kilka dni do normalnej puli urlopu. i co?
zaplanowałam sobie, że oprócz wyspania się, złożę sobie cv do kupy, i powysyłam je tu i tam.
dzisiaj jest szósty, i przedostatni dzień.
cv jak nie było, tak nie ma :(
nie mam pomysłu jak się do tego zabrać...
ale za to odpakowałam kupioną dawno temu drukarkę i zeskanowałam wszystkie zdjęcia, które mam w albumach, wykonane jeszcze zwykłym, nie-cyfrowym aparatem. tym samym zafundowałam sobie podróż sentymentalną z wyjazdu do USA... 7 lat temu... bosz, jak ten czas leci.

abstrahując od tego, zaczynam się zastanawiać nad odłożeniem kasy na jakiś botox czy coś, bo mi się ostatnio bardzo pogorszyło. zmarszczki pod lewym okiem są dramatyczne. tzn. nie miałabym z nimi problemu, gdyby były skierowane w górę, takie "pozytywne" zmarszczki od uśmiechu, ale nie! one chamsko zjeżdżają w dół twarzy tworząc "smutny" uśmiech... żeby chociaż były proporcjonalne, ale nie! w zasadzie mam je tylko z jednej strony twarzy, w życiu nie spotkałam kogoś tak nieproporcjonalnego jak ja :(

jak już wcześniej wspominałam, moja pani doktor zleciła parę badań. wszystkie wyszły w porządku. a wszystko po to, żeby laryngolog miał kawę na ławie jak się u niego zjawię (ale mi się zrymowało).
ale listu z zaproszeniem do kliniki jak ni widu, ni słychu. aż w końcu przyszedł, a ponieważ nie pasowała mi data wizyty, zadzwoniłam by ją zmienić. a tam pani po drugiej stronie słuchawki, że to moja ostatnia zmiana. no to ja jej na to, że jak to ostatnia jak ja jeszcze nie zrobiłam pierwszej, a ona na to, że nie stawiłam się już na dwie (!) wizyty! no to mnie trafiło!
potrzebowałam chwilę, żeby rozkminić, aż w końcu do mnie dotarło.
klatka w bloku, w którym mieszkamy ma tylko 6 mieszkań i jest na tyle bezpieczna, że jak nikogo nie ma w żadnym z mieszkań, to ani listonosz, ani nikt inny, do niej nie wejdzie. no i tu powstało pytanie - gdzie są moje dwa listy ze szpitala - i bóg wie ile jeszcze innych. zadzwoniliśmy do royal mail i za ich radą dorobiłam klucz do klatki i pojechałam do siedziby poczty, żeby dostarczono je mojemu listonoszowi.
i cały czas się zastanawiam, czy powinnam człowieka pogrążyć, bo jeśli nie mógł się dostać do klatki, powinien był zwrócić listy do głównej siedziby, i spróbować znowu następnego dnia, i tak w kółko macieju. listy ze szpitala były wysyłane do mnie w co najmniej tygodniowych odstępach. a ja jak nie miałam, tak ich nie mam. kto zawinił? listonosz, magazyn z którego listy wychodzą? nie wiem czy drążyć ten temat dalej, czy oszczędzić sobie nerwy i to zostawić to w cholerę. tylko trochę strach, bo znów czekam na list ze szpitala, ale o tym niżej.

w końcu do laryngologa dotarłam. w gabinecie oprócz niego i pielęgniarki siedziało 3 studentów, co niepotrzebnie podniosło mi poziom adrenaliny. no i mówię mu, że mam notoryczny ból gardła, spuchnięte migdały, sucho w buzi i takie tam. obejrzał gardło, wsadził rurę do nosa, żeby obejrzeć migdałki z drugiej strony i mówi, że nie ma wskazań, żeby migdałki wyciąć.
a że po to tam poszłam, więc ja na to, że często ropa mi się zbiera jak przy anginie ropnej, a ten do mnie z wyrzutem: "no ale tego to mi pani wcześniej nie powiedziała!". nosz jasna dupa, przecież mówię teraz! a poza tym to on jest lekarzem i powinien mi chyba zadać jakieś dodatkowe pytania po moim opisie objawów. nie wiem, może podważyłam jego autorytet przy studentach i się zdenerwował?
zdenerwował w każdym razie mnie, pajac jeden.
aa, i mówię mu, że jak miałam jakieś 5 lat, to usunieto mi trzeci migdałek, a ten do mnie - " a czemu tylko jeden?" a skąd ja mam do jasnej anielki wiedzieć, dlaczego w latach 80-tych usuwano w potrzebie jeden, a nie wszystkie?
no ale dostałam to co chciałam! :)
bardzo miła pani pobrała mi krew do badania układu immunologicznego. była bardzo miła, bo po moim akcencie nie była w stanie określić, skąd pochodzę i stwierdziła, że tym jak mówię zawstydzam jej naród, bo oni nie znają obcych języków, nie mówiąc już o tym, że tak dobrze. i tym poprawiła mi humor :) choć szczerze muszę przyznać, że odkad szkocki to moja druga krew, to zdarza mi się nie rozumieć jak ktoś mówi "książkowym" angielskim, albo jak ma australijski akcent :/
no ale teraz czekam na list z zaproszeniem na zabieg wycięcia migdałków (oby do mnie doszedł!). z tego co mówiła, zabieg powinien mieć miejsce do 12 tygodni od wizyty, więc mam dziwne przeczucie, że dostanę datę idealnie w srodku mojeg urlopu w Polsce!
a co jest w tym wszystkim najlepsze? po takim zabiegu dają... 2 TYGODNIE wolnego! na głowy poupadali :D

tak trochę z innej beczki. złożyłam aplikację do collegu. teraz miesiące oczekiwania na odpowiedź i ewentualne zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. tylko ciii, żeby nie zapeszyć :)
tak się podekscytowałam, że Pitol - również jak ja znudzony monotonią swojego życia, też aplikował, tylko że na inny kierunek :) zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie... proszę trzymać kciuki.

a tymczasem - dziś jest 21 marca - WIOSNAAAAA :)
w końcu!


niedziela, 6 marca 2011

Mieszkam tu już parę ładnych lat. Toteż w Polsce nie mieszkam parę ładnych lat. Byłam naiwna myśląc, że wiele przyjaźni uda mi się utrzymać. Teraz już wiem, że to nie była przyjaźń. Więc teoretycznie nie ma nad czym płakać. Ale boli... Oczywiście, ja nie jestem bez winy, ale skąd pomysł, że to zawsze JA muszę odzywać się pierwsza? W imię czego? Skype, fbook, Nk działają w obie strony! Ja wiem, że jak się już dorośnie to się nie ma czasu dla znajomych, co dopiero tych, co są daleko. Ale ja nie proszę o wiele.
Są w Polsce tylko dwie osoby, które widząc nawet po długich miesiącach, będzie zawsze tak samo, normalnie, naturalnie. Moje dwie Baby. Jedyne w swim rodzaju :) Których potwornie mi brakuje i nawet jak to piszę to mi się gardło ściska.
Tu nie mam przyjaciół. Wcale. Ha, nawet dobrych znajomych. Ja nie mówię, że ja jestem tak całkiem łatwa we "współżyciu", ale zwyczajnie nie mam szczęścia do ludzi. Staram się zawsze mieć coś do roboty, żeby o tym nie myśleć i potencjalnie nie stwarzać czasu wolnego, który mogłabym ewentualnie spędzać z "przyjaciółmi", których nie mam.
Jestem samotna, mimo że otoczona ludźmi.
I zazdroszczę P. tak wielu przyjaciół i znajomych, którzy sami się proszą, żeby się z nimi zobaczył.
Oprócz niego nie mam nikogo, a to niezdrowe.
Tak pesymistycznie przy niedzielnym poranku.

czwartek, 24 lutego 2011

Właśnie ściągnęłam sobie Bloggera na mój telefon i chcę sprawdzić czy to działa. Kurna bela, czego to ludzie nie wymyślą...
Szczęścia do telefonu to ja nie mam, pierwszy zaczął się pwyłączać bez powodu, dostałam nowy - nie chciał się połączyć z WiFi, więc przerabiam już trzeci w ciągu 2 tygodni :)
A u lekarza doszliśmy do wniosku, że porobimy mi badania, więc już miałam prześwietlenie, i czekam na pobranie krwi.
Ale umrzeć to chyba jeszcze nie umrę :)

niedziela, 20 lutego 2011

tyle miałam napisać, a teraz siedzę... i nie pamiętam. chyba jeszcze za wcześnie na sklerozę?

już wiem.
miałam napisać, że po wielu bojach udało mi się wydostać z mojej sieci komórkowej na rzecz innej - walka zawsze jest nierówna, bo wystarczy poprosić o PAC kod, czyli to co jest potrzebne, żeby przenieść stary numer do nowej sieci, a oni staną na głowie, żeby zaproponować ci cuda, żebyś tylko nie odszedł. naprawdę w pewnym momencie było mi przykro, że ich zostawiam - miałam wrażenie, że babka z którą gadam zaraz się popłacze... haha. ale sieć jest beznadziejna, i choć naprawdę proponowali mi ciekawe rzeczy, byłam twarda...
i tym oto sposobem postanowiłam być inna, i inaczej niż wszyscy ostatnimi czasy, nie jestem posiadaczką iPhona, ale HTC Desire HD. i choć mam go już tydzień, jeszcze nie poznałam jego wszytskich możliwości. ma parę bubli, jak to każdy telefon, kilka rzeczy ciężko w nim znaleźć, bateria jest beznadziejna, ale jestem baaardzo zadowolona, fajna zabawka :)

poza tym, to już bogu dziękuję, że nie zdecydowałam się przenosić do drugiego sklepu, bo managerka, która będzie się rządzić tam, szkoli się i rządzi u nas - no normalna nazistka. matko jedyna, pozwala sobie podnosić na nas głos, i w ogóle jest pojebana. nie mogę się doczekać, jak się od nas wyniesie. tymczasem powoli przymierzam się do szukania nowej pracy, bo mam dość.

właśnie chciałam napisać, że nam się z Pitolem dobrze ostatnio układa, nie kłóćimy się, ale właśnie usiadł koło mnie z telefonem i usłyszałam jego rozmowę z kolegą, i jestem wkurwiona. i będzie jazda. więc nie napiszę, że się ukłąda dobrze.

poza tym poszłam do lekarza z moim zajebistym gardłem, a po przeprowadzeniu wywiadu pani doktor stwierdziła, że podejrzewa u mnie depresję, więc idę znowu do przychodni we wtorek.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

kolejna zmiana planów. otóż okazało się, że sklep do którego planowałam się przenieść nie zatrudnia nikogo na pełen etat, czyli odpada kompletnie. nie zredukuję swoich godzin z 38 na 20, bo zwyczajnie mnie na to nie stać. czyli powrót do punktu wyjścia.
moja kierowniczka powiedziała, żebym się postarała o section leadera u nas w sklepie, i tak chyba zrobię, tylko nie wiem, w jakich działach jest taka możliwość, a nie mam kiedy się dowiedzieć, bo choć wszyscy narzekają wkoło, że to jeden z najgorszych Styczni (tak to się odmienia?!) od wielu lat, to u nas kołomyja jak cholera. dziś nas system pobił rekord ilości zamówień, zazwyczaj jest ciężkawo przy około 200, a dziś "spadło" 287!! masakra jakaś. nadgodzin - w pewnym sensie niechcianych, bo ile można? - naciukałam tyle, że znając pana, który dostaje pieniądze ukryte pod nazwą tax na moim pejslipie, to będzie miał na mój koszt piękną kolację, jak nie kilka...
pożyjemy zobaczymy...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

oczywiście to wszystko byłoby za proste, gdybym tak po prostu dostała tego zasranego section leadera. otóż okazało się, że kandydat już jest, i przez najbliźsze 6-7 miesięcy to on/ona się będzie tym zajmowałć, zanim zostanie managerem, więc sobie muszę poczekać.
za to zamiast w maju cała sprawa rusza w marcu, więc wtedy też powinnam się przenieść do nowego sklepu. i chciałabym, i boję się, i nie chcę jednocześnie... ech, poj**ane to wszystko. aplikacja leży jeszcze niewypełniona.

ale za to zabukowaliśmy z Pitolem kolejny :D urlop. w maju do Polski, w sierpniu do Portugalii na dziesięć dni. a co, się zapier**la, to się ma :)
już nie mogę się doczekać! nawet walizkę kupiłam! nie no... aż tak walnięta nie jestem, po prostu i tak miałam kupić a teraz mam pieniądze, no i wyprzedaże są :)

poza tym to pisałam ostatnio maila do koleżanki, która oznajmiła, że jej szwagier chyba niedługo będzie się wyprowadzał.
ja pier**lę, za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego, to mnie trzęsie. bo jak sobie pomyślę, że za kilka lat mój kochany Pierdoła miałby mi oznajmić, że się wynosi, to bym sobie chyba żyły pochalastała! i strasznie się boję, że to może kiedyś nastąpić, bo jestem dla niego okropna i wiecznie marudzę, i wiecznie mi się coś nie podoba, i nie umiem mu powiedzieć, że pod tą grubą skórą to go kocham nad życie, tak że robi mi się słabo na samą myśl. nie mam za to oporów, żeby go kolejny raz opier**lić, że zostawił okruchy na blacie, wlazł w butach do domu, pierdolnął ciuchy koło kosza na brudy i że znowu ujeb*ł zlew pastą do zębów... posrane to życie, codziennie rano mówię sobie taką nową mantrę, czy jak to tam się zwie - dziś będzie dobry dzień - nie będę go opieprzać za głupoty, bo to nic nie daje, tylko powoduje napięcia.
ostatnie kilka dni byłam "grzeczna" :)
a ogólny wniosek jest taki - jest jakaś recepta? jak niektórzy ludzie przeżywają ze sobą w szczęściu dziesiątki lat (jego rodzice), albo wszystko się rozpieprza po kilku latach (moi rodzice)? to o miłość tu chodzi?? czemu jednym się udaje a innym nie?

tak bardzo chciałabym, żeby nam się udało...


czwartek, 13 stycznia 2011

więc wymyśliłam sobie, że 2011 będzie rokiem zmian. w głowie zaświtała mi szkoła i jakiś postęp w pracy. szkoła dla siebie, dla satysfakcji, więc coś, co niekoniecznie ma się przyczynić do polepszenia mojego stanu majątkowego. a w pracy - ponieważ całkiem niedawno z mojego szukania nowej pracy nic nie wyszło, to postanowiłam sią awansować. tzn mam opcję ubiegania się pozycję section leadera (czyli jak to moja mama mówi gdzies pomiędzy zwykłym pracownikiem a kierownikiem, brygadzista czy coś). ale że nie chcę u mnie w dziale, więc mogę w innym, albo w tym samym dziale co mój, ale w innym sklepie - tu większe wyzwanie, bo ten drugi sklep tego działu jeszcze nie ma wcale, więc pomagałąm menagerce budować go od podstaw.

niestety moje plany zostałe zrujnowane przez moją kierowniczkę, która oświadczyła, że jeśli chcę być section leaderem, to muszę być zatrudniona na cąły etat. jednym słowem - szkoła odpada. i jeszcze jedna rzecz przeciwko szkole - obniżyła by dosć mocno moje zarobki, a zaczynamy z Piterem myśleć o kupnie mieszkania.

narada z mamą - bo nikt inny nie umiał mi doradzić - dość mnie zszokowała - myślałam, że powie idź do szkoły, a ona że nie, otwieraj ten nowy dział, do szkoły możesz iść przecież zawsze, jak już mieszkanie będzie kupione i takie tam. no i chyba jej posłucham. mam jeszcze setki pytań bez odpowiedzi, ale dorastam do decyzji o podjęciu wyzwania. nie mam wiele do stracenia, może tylko czas, którego będę wiećej marnować na pracę, no i na pewno nerwy, których na pewno będzie dużo...

nic, zobaczymy co będzie...


poniedziałek, 10 stycznia 2011


święta, święta i po świętach.
w wigilię trochę łez, bo rodzina nie pofatygowała się, żeby ruszyć tyłek i odebrać telefon :(
brak siły psychicznej, aby wyjaśnić Pitowi o co chodzi z opłatkiem, bo gula w gardle tylko czekała, żeby spłatać mi figla.
a potem za to multum prezentów, i już "z górki". dostałam tyle rzeczy, że kopara opada, łącznie z kartkami zaadresowanymi do mnie, z pieniędzmi w środku od ludzi, których na oczy nie widziałam :)

sylwester w klubie, w którym... aa, zresztą nieważne, dramat był! pasztety chodzące. nie byłoby tak źle, gdyby możnabyło zamówić taksówkę, i jak cywilizowani ludzie wrócić do domu, zamiast iść w deszczu dwie godziny, i z każdym krokiem wyć z bólu, przez durne buty na obcasach, które zaraz po dojściu do klatki wylądowały w koszu na śmieci.

poza tym to była jeszcze awantura o wolność w związku. bo jakiś czas temu chłopię me stwierdziło, że w tym roku wyskoczy gdzieś z kolegami na łikend. no spoko. nie wiadomo jednak kiedy i jak zrobił się z tego tydzień na jakiejś majorce czy gdzieś tam. no to już nie tak bardzo spoko. bo ja widziałam zdjęcia z zeszłorocznego wyjazdu, na którym Pitol nie był - wszędzie jakieś roznegliżowane panienki (chociaż ich paczka do najprzystojniejszych nie należy) i w ogóle to "łuuu chuuu". po moim trupie!
w końcu się zgodziłam, w sensie mówię "jak chcesz to se jedź, ale ja a takim razie jadę do Polski, sama!". no i to wystarczyło. byłam w trakcie kupowania biletu , gdy ten wyskoczył "jak nie kupisz biletu też dla mnie, to ja wychodzę" i zaczął sie ubierać. no to mu kupiłam :).
jedziemy w maju na komunię mojego siostrzeńca :)

parę dni temu sąsiedzi o mały włos nie sfajczyli całego bloku. dym był nawet u nas w mieszkaniu, więc poleciałam sprawdzić co się dzieje. ci wylecieli w mieszkania z jakimś cuchnącym i dymiącym garnkiem w rękach, i że sori, i że to oni tym garnkiem tak nasmrodzili. no i mówię potem mojemu, że oni to w ogóle jacyś zagraniczni byli :P ani szkoccy, ani polscy, cholera wie. a Pitol na to "pieprzeni obcokrajowcy!". myślałam, że umrę ze śmiechu, bo powiedział to kompletnie nie zdając sobie sprawy :) a ja to co?? tak się składa, że z takim jednym pieprzonym obcokrajowcem mieszka ;P
koleżanka po usłyszeniu tej historii stwierdziła "a, bo ty już prawie szkotka jesteś" hi hi. no nie wiem....

i straszliwe rozterki mam ostatnio, bo postanowiłam, że 2011 będzie rokiem zmian. ale o tym następnym razem...