Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

środa, 3 marca 2010

no tak. trochę mnie tu nie było, ale spoko, widzę, że nikt nie zauważył... tzn. zauważył Peter, spytał czy nadal to piszę i mi się przypomniało hehe...

ogólnie to nuda jest panie. naczy nie żeby nie było emocji, bo są. żremy się przykładnie o różne pierdoły, ale ja bym to raczej nazwała docieraniem się i wyznaczaniem granic...? ;) zawsze i tak chodzi o pierdoły, on jest zazdrosny o wszelkich kolesi, a ja jestem zaborcza, zwłaszcza czasowo, a on ma generalnie bardzo napięty grafik życiowy.
gadki na temat naszej wspólnej przyszłości nieco zeszły na drugi plan, bo chłopczę moje stwierdziło, że nie wykona następnego ruchu, dopóki nie spłaci auta. a to jeszcze z dobre dwa lata, no chyba że weźmie dupę w troki i zacznie odkładać, co przy jego nieograniczonej miłości do zakupów graniczy z cudem. jeszcze jest druga szansa, bo ojciec go wkręca w biznes, w którym siedzi, a który może mieć piękne profity, jeśli tylko Peter ruszy dupsko (i głowę) i się za to weźmie. nie będę pisać szczegółów, żeby nie zapeszyć.
za to ogłosił swoim rodzicom, że szuka różnych opcji jakby tu ze mną zamieszkać, i się zdziwili, że tak szybko... a na co tu czekać się pytam? hehe. grunt, żeby pozostali w przekonaniu -prawdziwym zresztą, że to pomysł Petera, bo tak chyba dla mnie będzie lepiej...

były sobie też w międzyczasie Walentynki, bez większych ekscesów, pizza w kształcie serca i tym podobne miłosne żenady :) rozpieprzył mnie za to ex, który był na tyle bezczelny by w ten oto jakże radosny dzień wysłać mi smsa, że mnie kocha... słodko po prostu.

została mi jeszcze jedna ostatnia rzecz, która mnie z exem łączy, a mianowicie auto, które mu oddam jak odzyska prawko. zbieram więc namiętnie na moje własne cztery kółka, i choć mam jeszcze kilka miesięcy, godzinami siedzę na necie i przeglądam co i za ile. niestety nie kupię sobie nic tak dużego jak mam teraz, bo nieekonomiczne, ani nic co mi się podoba, bo mnie nie stać, a nie chcę brać pożyczki, tylko kupić za gotówkę. i kupa z tym wszystkim śmiechu, bo Pete powiedział, żebym kupiła rodzinne auto, żeby się z tylu małe juniory zmieściły ahahaha :) taaa, jeszcze czego :P

ponieważ Peter jest moim pierwszym (i oby tym ostatnim) zagramanicznym chłopcem zaczynam mieć problemy z ojczystym językiem, co uważam za żenadę i myślałam, że jak się gdzieś żyło dwadzieścia parę lat i wychowało używając pewnego języka, to się nie zapomina... owszem, może i nie, ale przez to, że teraz więcej używam angielskiego niż polskiego, łapię się na tym, że sprawdzam w słowniku angielskie słowo, bo nie pamiętam jak to jest po polsku!! o snach i myślach po angielsku nawet nie będę wspominać...

przeszłam wczoraj w supermarkecie koło plastrów antynikotynowych i się zawahałam. nie - jeszcze nie, dostaję ataków paniki na samą myśl, ale wiem, że przyjdzie kryska na matyska...

koleżanka urodziła miesiąc temu córeczkę. a ja stwierdziłam, że to pierdzielę, że się boję i że mnie siłą będzie musiał :P i że nie jestem gotowa choć to już 26 rok leci... a z drugiej strony się boję, że może już jestem za stara na pierwsze?? faza jak cholera...

mały apdejt z postępów Pete'a w języku polskim - mało zmian - nauczyłam go mówić "miło mi cię poznać". ale najlepiej jest jak palnie "o boże, co ty robisz?". pękam wtedy ze śmiechu :)
a tak a propos, tak się zastanawiałam, czy dziewczyny, które podzielają mój los ;), tzn. mają brytyjskich partnerów, też uczą swoich polskiego choć trochę?? pytanie retoryczne zapewne, bo mam wrażenie, że gdzieś mnie się widownia zapodziała...

5 komentarzy:

  1. Uczyc to by chcialy, ale faceci oporni. Przynajmniej moj. Jedyne to "Tatus polej", "rzezaczka" i "mewash" (milosc). :) Probowalam tez "czkawka" ale sie nie przyjela. :) Poczekam az beda dzieci, one naucza tatusia... :P

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ciekawe propozycje muszę przyznać :) i dość nietypowe... rzeżączka???
    chyba powinnam mieć nieco większą inwencję twórczą i nauczyć go czegoś... hmmm... nieszablonowego?? na razie walczymy z "chcesz" :) jakoś nie chce mu to przez gardło przejść a taki prosty wyraz by się zdawało :)
    a z dziećmi też prawda, nauka od podstaw :D

    OdpowiedzUsuń
  3. rzezaczka to miala byc nazwa jego motorowki (Angole nie wymowia, Polacy sie zdziwia), ale nie przypadla mu do gustu, szczegolnie jak sie dowiedzial, co to znaczy. A "chcesz" pewnie brzmi jak "ksesh", co nie? :P W kazdym razie Peter ma wiecej zawziecia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Część widowni, czyli ja:) dopiero się dowiedziała o istnieniu tego bloga. Ale od dzisiaj już jestem:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hania, z tym zawzięciem to nie wiem, chyba ja mam więcej. bo moja rodzina po angielsku tak nie za bardzo, więc wyjścia zasadniczo nie ma!

    Aleksandra - no to się cieszę, że mnie znalazłaś :P

    OdpowiedzUsuń