Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

niedziela, 5 września 2010

jestem. wróciłam. żeby nie było, że mnie wcięło...
to tak.

urlop się udał, ale udał by się bardziej gdyby: pogoda była lepsza, gdyby większa część mojej rodziny i znajomych mówiła po angielsku (czytaj: ktokolwiek!) i gdyby Polska nadal nie tkwiła w jakichś śmiesznych zabobonach.

Piter nie czuł się tam fantastycznie, bo jedyną osobą, z którą mógł pogadać, byłam ja. bo rozmowa z kimś ze mną w roli tłumacza, to nie to samo. tzn. to jeszcze pół biedy, ale kiedy spotykało się więcej niż dwie osoby zaczynały się schody, bo nie ma szans tłumaczyć wszystkich, a jak już coś zdążyłam przetłumaczyć a Piter miał coś na ten temat do powiedzenia, to rozmowa toczyła się już o czymś zupełnie innym.

to, że Polska jest jeszcze sto lat za murzynami poświadcza fakt, że w centrach handlowych moje chłopczę było śledzone namiętnie przez ochroniarzy. przez ilość tatuaży, które ma. jeden pan był na tyle bezczelny, że praktycznie strugał mu marchewki! powiedziałam do Pitera, że jak ten koleś zaraz się nie odpieprzy, to mu coś powiem, a jak tylko usłyszał, że mówimy po angielsku, tyle go było! zaczepiali go też różni żurkowie w stylu "ej, daj złotówkę". żenada... czadu dała też moja babcia pytając: "da się to jakoś zmyć?", moja siostra nie wytrzymała i wypaliła : "tak, zmywaczem do paznokci!!!" :) z tym, że moja babcia, to kompletnie osobny rozdział - normalnie u niej są teksty w stylu "te, a jak to Szkot to pewnie chytry?". masakra...

kiedyś powiedziałam Piterowi, żeby pamiętał, że to jest mój dom, i zawsze będę wobec niego sentymentalna. i że często po powrocie do Szkocji będę się łamać, mieć chandrę i w ogóle to "ja chcę do domu". w takich sytuacjach kazałam mu powtarzać mi, że nigdzie nie wracam (choć on twierdzi, że nie miałby prawa mnie zatrzymać). no i siedzimy sobie w restauracji w mieście, a Piter mówi: "wiesz co? po tym co widzę i co mi powiedziałaś o tym ile ludzie zarabiają itp. - i tak bym Cię nie puścił" :)

poza tym moja najlepsza przyjaciółka i jej mąż doprowadzili mojego chłopca do pierwszego kaca w życiu - umierał mi potem cały dzień (a nie jest cienki w piciu, żeby nie było). na jego nieszczęście akurat tego dnia powróciła fala upałów a nas czekała jazda autobusem (duchota!) i tramwajem! :)

jedzenie mu bardzo smakowało, przytył skubaniec z 3kg :) nie mógł przeżyć, że w "naszych" kebabach jest tak mało mięsa i przyznał, że nasza kaszanka jest bardzo dobra (to tak a propos ich dumy narodowej - haggisa).

ogólnie mam nadzieję, że wyjazd odebrał pozytywnie, ale chyba najlepszym tego wyznacznikiem będzie jak pojedzie tam ze mną znowu.


teraz mieszkamy razem od 10 dni. pierwsze dni były dramatyczne, bo miałam wrażenie, że Piter myślał, że przeprowadzka zajmie 2 godziny a zajęła dwa dni, dopiero wczoraj skończyłam czyścić i szorować mieszkanie. żarliśmy się przez te pierwsze dwa dni co chwila. a teraz się wkurza o moje komentarze w stylu "a czemu nie umyłeś garów po sobie?". za to umie już robić pranie (mamy najprostszą w obsłudze pralkę na świecie!), ale póki co ja go wyprzedzam z praniem. niestety, ale ma się tego "jobla" na punkcie porządku, i dopiero uczę się "odpuszczać".

2 komentarze:

  1. jestem tu na biezaco ale nie zawsze mam czas odpisac
    ciesze sie ze u Was wszystko w porzadku i ze milosc kwitnie
    szkoda ze mnie nie odwiedziliscie
    buziaczki

    OdpowiedzUsuń
  2. No faktycznie szkoda, że nie miałyśmy okazji się zobaczyć! Nawet przeszłam niedaleko Twojego bloku i pomyślałam "może zajrzeć?!", ale zaraz stwierdziłam, że to tak nieładnie komuś włazić w butach w życie bez zapowiedzi i po dwóch (?) latach niewidzenia się. Może następnym razem! Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twoją rodzinkę. A.

    OdpowiedzUsuń