Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

poniedziałek, 10 stycznia 2011


święta, święta i po świętach.
w wigilię trochę łez, bo rodzina nie pofatygowała się, żeby ruszyć tyłek i odebrać telefon :(
brak siły psychicznej, aby wyjaśnić Pitowi o co chodzi z opłatkiem, bo gula w gardle tylko czekała, żeby spłatać mi figla.
a potem za to multum prezentów, i już "z górki". dostałam tyle rzeczy, że kopara opada, łącznie z kartkami zaadresowanymi do mnie, z pieniędzmi w środku od ludzi, których na oczy nie widziałam :)

sylwester w klubie, w którym... aa, zresztą nieważne, dramat był! pasztety chodzące. nie byłoby tak źle, gdyby możnabyło zamówić taksówkę, i jak cywilizowani ludzie wrócić do domu, zamiast iść w deszczu dwie godziny, i z każdym krokiem wyć z bólu, przez durne buty na obcasach, które zaraz po dojściu do klatki wylądowały w koszu na śmieci.

poza tym to była jeszcze awantura o wolność w związku. bo jakiś czas temu chłopię me stwierdziło, że w tym roku wyskoczy gdzieś z kolegami na łikend. no spoko. nie wiadomo jednak kiedy i jak zrobił się z tego tydzień na jakiejś majorce czy gdzieś tam. no to już nie tak bardzo spoko. bo ja widziałam zdjęcia z zeszłorocznego wyjazdu, na którym Pitol nie był - wszędzie jakieś roznegliżowane panienki (chociaż ich paczka do najprzystojniejszych nie należy) i w ogóle to "łuuu chuuu". po moim trupie!
w końcu się zgodziłam, w sensie mówię "jak chcesz to se jedź, ale ja a takim razie jadę do Polski, sama!". no i to wystarczyło. byłam w trakcie kupowania biletu , gdy ten wyskoczył "jak nie kupisz biletu też dla mnie, to ja wychodzę" i zaczął sie ubierać. no to mu kupiłam :).
jedziemy w maju na komunię mojego siostrzeńca :)

parę dni temu sąsiedzi o mały włos nie sfajczyli całego bloku. dym był nawet u nas w mieszkaniu, więc poleciałam sprawdzić co się dzieje. ci wylecieli w mieszkania z jakimś cuchnącym i dymiącym garnkiem w rękach, i że sori, i że to oni tym garnkiem tak nasmrodzili. no i mówię potem mojemu, że oni to w ogóle jacyś zagraniczni byli :P ani szkoccy, ani polscy, cholera wie. a Pitol na to "pieprzeni obcokrajowcy!". myślałam, że umrę ze śmiechu, bo powiedział to kompletnie nie zdając sobie sprawy :) a ja to co?? tak się składa, że z takim jednym pieprzonym obcokrajowcem mieszka ;P
koleżanka po usłyszeniu tej historii stwierdziła "a, bo ty już prawie szkotka jesteś" hi hi. no nie wiem....

i straszliwe rozterki mam ostatnio, bo postanowiłam, że 2011 będzie rokiem zmian. ale o tym następnym razem...


3 komentarze:

  1. Moj tez czesto zapomina, ze ja jestem foreign a jak mu przypominam to mowi 'nie, Ty juz nie jestes Polish' :)

    Pisz o tych zmianach, bo jestem ciekawska!

    OdpowiedzUsuń
  2. my to już w ogóle jesteśmy jakieś mutanty polsko-zagraniczne. tu tęsknimy za Polską, tam nie wiemy co się dzieje, i gdzie my w ogóle jesteśmy...
    coraz wiecej osób mówi mi, że mocno podłapałam szkocki akcent - a tak się zarzekałam, że nie chcę, bo jest okropny. jakbyś posłuchała jak mówię, to pewnie nic byś nie zrozumiała, tak jak Angole nie rozumieją Szkotów (no, może trochę przesadzam) :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja lubie szkocki akcent! Mam do czynienia za Szkotami telefonicznie dosc czesto i fakt, czasem musze zapytac: could you repeat? ale i tak wyjatkowo mi sie podoba ten sposob mowienia. Irish tez jest fajny, gorzej z Welsh - ten mnie wkurza.

    OdpowiedzUsuń