Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

czwartek, 13 stycznia 2011

więc wymyśliłam sobie, że 2011 będzie rokiem zmian. w głowie zaświtała mi szkoła i jakiś postęp w pracy. szkoła dla siebie, dla satysfakcji, więc coś, co niekoniecznie ma się przyczynić do polepszenia mojego stanu majątkowego. a w pracy - ponieważ całkiem niedawno z mojego szukania nowej pracy nic nie wyszło, to postanowiłam sią awansować. tzn mam opcję ubiegania się pozycję section leadera (czyli jak to moja mama mówi gdzies pomiędzy zwykłym pracownikiem a kierownikiem, brygadzista czy coś). ale że nie chcę u mnie w dziale, więc mogę w innym, albo w tym samym dziale co mój, ale w innym sklepie - tu większe wyzwanie, bo ten drugi sklep tego działu jeszcze nie ma wcale, więc pomagałąm menagerce budować go od podstaw.

niestety moje plany zostałe zrujnowane przez moją kierowniczkę, która oświadczyła, że jeśli chcę być section leaderem, to muszę być zatrudniona na cąły etat. jednym słowem - szkoła odpada. i jeszcze jedna rzecz przeciwko szkole - obniżyła by dosć mocno moje zarobki, a zaczynamy z Piterem myśleć o kupnie mieszkania.

narada z mamą - bo nikt inny nie umiał mi doradzić - dość mnie zszokowała - myślałam, że powie idź do szkoły, a ona że nie, otwieraj ten nowy dział, do szkoły możesz iść przecież zawsze, jak już mieszkanie będzie kupione i takie tam. no i chyba jej posłucham. mam jeszcze setki pytań bez odpowiedzi, ale dorastam do decyzji o podjęciu wyzwania. nie mam wiele do stracenia, może tylko czas, którego będę wiećej marnować na pracę, no i na pewno nerwy, których na pewno będzie dużo...

nic, zobaczymy co będzie...


4 komentarze:

  1. Twoja Mama ma troche racji. W UK experience wyjatkowo sie liczy, czasem bardziej niz szkola. Ja z moim angielskim magisterem szukalam pracy rzeczoznawcy i wszedzie mi mowiono, ze co z tego ze skonczylam studia z wyroznieniem skoro nie mam doswiadczenia. Dwa lata mi zajelo, zeby dostac prace jaka chcialam (z przerwa na wypadek i zrastanie sie co prawda, ale i tak zajelo mi to dluzej niz znajomym, ktorzy mieli chocby troche doswiadczenia).

    Jesli zalezy Ci na studiach to moze Open University? Moja siostra robila kurs i byla bardzo zadowolona.

    OdpowiedzUsuń
  2. no nie wiem, jest to jakiś pomysł z tym open. ale najpierw muszę się ogarnąć z pracą. nie ma co porywać się na wszystko naraz, bo skończy się jak wcześniej - mam za sobą dwie szkoły rzucone w połowie :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej!

    Bardzo podoba mi się Twój blog. Zapraszam na stworzoną przeze mnie stronę http://powrotnik.eu/.

    Powrotnik.eu to miejsce łączące polskich emigrantów. Każdy może tam zamieścić swój własny tekst i zdjęcia dzieląc się z innymi swoimi wrażeniami z pobytu na emigracji i nie tylko. Mam nadzieję, że będzie to interesujące doświadczenie:)
    Strona nie jest komercyjna, obecnie robię co mogę, żeby zainteresować nią innych:)

    Pozdrawiam z Dublina

    Łukasz

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak trafisz na szkole, ktora bedzie ciekawa i Cie wciagnie to nie rzucisz.Ja studiowalam dziennie w Oxfordzie, i w tym samym czasie pracowalam part-time w Londynie i mimo, ze bylo to niczym oranie 50 hektarow plugiem to nie przerwalam, bo wiedzialam, ze to jest to.

    Trzymam kciuki za dobre decyzje i wytrwalosc. Buziaki.

    OdpowiedzUsuń