Poszliśmy do pubu, gdzie P cały czas powtarzał, że nie idzie na miasto. Wystarczyło kilka drinków, i sam mnie ciągnął do taksówki. Balet udał się bardzo, przekonałam się, że chyba nadal mam to coś - jak bym chciała, to bym coś wyrwała :D
A następnego dnia nawet nie miałam kaca :)
Ale co najważniejsze - najgorsze za mną :) Po raz pierwszy od pięciu lat okres przedświąteczny okazał się w pracy relatywnie łatwy, zamówień nie było tyle co w poprzednich latach, wyrobiliśmy się zanim na sklep zaczęły napierać dzikie tłumy. Nawet wstawanie o 2.30 rano nie bolało tak bardzo :P Stresu było niewiele więcej niż w normalne dni. Był wprawdzie jeden incydent, ale nie chce mi się nawet o tym pisać. Na koniec wczorajszej zmiany dostałam flaszkę od mojego menadżera i flaszkę od mojego współ-sekszyn lidera z życzeniami wesołych świąt. Z tymi flaszkami na pewno będą wesołe. A tak na serio, to miło mi się zrobiło.
A i zabawnie jest być szefem własnego faceta :)
Teraz mam 3 dni wolnego. Szaleństwo! Dziś cały dzień stałam w kuchni. Zrobiłam sobie uszka i sałatkę warzywną, a potem piekłam ciastka na prezenty:
W międzyczasie zadzwoniła mama z życzeniami i przekazał telefon dookoła stołu. Łezka mi się zakręciła, bo tak strasznie za nimi tęsknię... I tak bardzo chciałabym tam być z nimi.
Moja wigilia? Skończyłam już "bawić" się w kuchni, a teraz siedzę przed telewizorem. Ekscytujące. Idę flaszkę otworzyć. A prezenty - po brytyjsku - otwieramy jutro.
Tak więc Wam kochani życzę wesołych, rodzinnych świąt, mnóstwa prezentów i dobrego humoru!
Wesołych Świąt, ja też, jak pewnie wiele osób na emigracji tęskni za rodziną:) Trzymaj się !
OdpowiedzUsuńDziękuję! I nawzajem. Mam nadzieję, że święta się udały.
OdpowiedzUsuń