Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

sobota, 20 lipca 2013

Muszę przyznać, że jestem w dość głębokim szoku. Mieszkam w Szkocji już 7 (!!!) lat. Jak dotąd każdego lata góra przez tydzień była letnia pogoda, czyli w jak na tutejsze warunki temperatury od 18, do szaleńczych 22st.C. I koniec. Potem tylko deszcz i psia juha, temperatury międzi 14 a 18 stopni, czyli zawsze za zimno na sukienki, szorty i sandały - dwóch ostatnich nie miałam tu na dupie więcej niż pięć razy w ciągu tych siedmiu lat. A w tym roku szok! Zaczęło się podczas przyjazdu mojej mamy, która nie mogła wyjść z podziwu, że pierwszą tegoroczną opaleniznę zyskała włąśnie u mnie, a nie w Polsce. Od tamtej pory, czyli początku czerwca, nie mogę sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio padało. Codzień nalewam wody do wiadereczka i pędzę w dół po schodach, by podlać me plony na ogródku, bo by mi wszystko pousychało. Codzień budzi mnie słonko zaglądając ciekawie przez szparki w roletach. Noszę krótkie spodenki, i - uwaga, rzecz wczęsniej nie widziana - sandałki! I nawet parę razy udało mi się spocić. Zwłaszcza w pracy, gdzie nie działa klima, tylko używamy jakichś śmiesznych wiatraczkó, więc pot się leje po dupie, bo w biurze jest 27 stopni... (w sumie to powinniśmy odmówić pracy :P). A ogólnie do pracy w taką pogodę się chodzić nie chce, bo skoro wiem, że będę w domu koło 6ej i już będzie po upale... Mój samochód okazał się koszmarkiem przy takiej pogodzie, bo czarny, i nagrzewa się jak puszka... Żeby nie było watpliwości - ja nie narzekam, ja wyśpiewuję hymny pochwalne na cześć upału :)
Aż się kurna jakoś tak bardziej chce zyć :)
A tu jeden z plonów mego ogródeńka :


Co do Pitola, to chyba za szybko się pochwaliłam. Wprawdzie dostał już uniform, i nawet darmową przejazdówkę do pracy, a nawet zezwolenie na parking pracowniczy, to właśnie uwalił pierwszy egzamin. Ma jeszcze tylko dwie szanse i tyle. Jak zda, to kolejny egazmin, a potem kolejny. Jak nie zda, to podziękowali... Nie zdał on, i jeszcze jeden koleś na dziewięciu. Pitolowi zabrakło jednego punktu. Sram się przed jego poprawką chyba bardziej niż on...
Tymczasem właśnie zdałąm sobie sprawę, że to już pół roku mojej nowej pracy. Bosz, jak to leci...

No i odliczam już dni do mojego wyjazdu do Polandu, jeszcze tylko 3 tygodnie :) Pitol pewnie rozniesie chałupę jak mnie nie będzie... :P A zasyfi całkowicie, to na pewno...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz