Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

wtorek, 16 października 2012

Od ostatniego wpisu minęły 3 tygodnie. Siedzę sobie na kanapie opatulona w szalfrok...
I jest mi dobrze :) To znaczy pić mi się chce strasznie, znaczy przymrozi znowu, ale kto by się tam przejmował... ;P

Klucze dostaliśmy w poniedziałek zamiast w piątek. Nasz prawnik dowiedział się, że przyczyną opóźnienia było to, że bank zaczął nas, i jego ponoć też, sprawdzać pod kątem oszustwa. Podobno halifax robi to około 10% swoich klientów, trafiło na nas - nie mam nic przeciwko, tylko czemu do cholery zaczęli nas sprawdzać w piątek rano, choć wstępną zgodę na kredyt hipoteczny dostaliśmy ponad 7 tygodni temu?
Ale już nieważne, jak się dowiem czyja to wina, to nogi z dupy powyrywam...

Paznokcie miałam czarne przez tydzień od szorowania wszystkiego.
Większość chałupy wygląda już - powiedzmy - przyzwoicie - pomalowana, "potapetowana", teraz jeszcze tylko trochę pierdół zostało do załatwienia, np. musimy kupić nową szklaną "kurtynę" prysznicową do wanny (bosz, nawet nie wiem jak to się nazywa...).
Musimy wymienić drzwi wejściowe, ale póki co rozważamy różne opcje finansowe, bo drzwi możemy mieć od około 300 funtów do prawie 2 tysięcy. A że kasą nie śmierdzimy, to się zobaczy :P
A zdecydowanie największą inwestycją będzie kuchnia - jak dla mnie jest cała do wypieprzenia, od sufitu po podłogę. I ze względu na powyższe "kasą nie śmierdzenie", to sobie poczeka, pewnie i kilka lat... Albo aż wygram w totka.
Poza tym jeszcze sporo pierdół typu dywan do salonu, jakieś szafki, półki itp, bo na razie to mamy tylko to, co najpotrzebniejsze.
I jest fajnie - fajne uczucie wracać do domu - znaczenie słowa "dom" zupełnie się zmieniło :)
No i ze względu na dodatkową sypialnię nasiliły się naciski na bambino, z różnych stron - od Pitola, jego taty, ludzi z pracy. Ale mnie się nigdzie nie spieszy... daliby pomieszkać :)

Tak przy okazji to tylko potwierdziło się stwierdzenie, że faceci są do niczego. Ja wszystko załatwiałam, i załatwiam, Telefony do dostawców mediów, elektryczności, prawnika itp... A książę, tylko leży na kanapie. Takiemu to dobrze. Ma szczęscie, że nadrabia innymi wartościami, bo bym go z własnego domu wykopała :P

Kilka fotek z przed i po.

Przedpokój.



Sypialnia.





Salon.






Fotki jak widać pod tytułem - jak wyremontować mieszkanie za kilkaset funtów.... ;) Zrobiliśmy tyle, na ile nas było stać ;)



We wtorek tamten miałam selekcję grupową, jako wstępny etap rekrutacji do pracy w miejscu, w którym bardzo chciałabym pracować. Poszło mi, myślałam, tak sobie. Ale może jednak nie tak źle, skoro w środę 24ego mam rozmowę jeden na jeden. Sram się jak nie powiem, bo straszliwie mi zależy. W ogóle z aplikowaniem o tą pracę, to były jaja jak balony, ale nie będę pisać szczegółów, dopóki nie dostanę tej pracy. A jak nie dostanę, to przynajmniej nie będę się musiała tłumaczyć ze straconej szansy...
Ale nie pogniewam się, jeśli bedziecie trzymać kciuki :)


niedziela, 23 września 2012


To tylko ja mam takie szczęście.
Wszystkie plany poszły się je**ć.
Jest niedziela. Siedzimy w "starym" mieszkaniu, w którym prawie nic nie ma, bo wywieźliśmy większość klamociarni do rodziców Pitola. Zrobiłam obiad z gotowych produktów, gdy okazało się, że mamy tylko jeden nóź w domu, reszta spakowana...

Do meritum.
Nie dostaliśmy kluczy od mieszkania. Piątek z potencjalnie najbardziej ekscytującego dnia mojego dotychczasowego życia, przerodził się w koszmar. Siedzieliśmy jak na szpilkach gdy okazało się, że prawnik nie dostał jeszcze przelewu z halifaxu. Czekaliśmy do 3.30, potem już było za późno.
Nie wiemy co i dlaczego. Dlaczego bank zaczął tak późno przetwarzać dane i nie wpłacił pieniędzy na czas. Najlepsze jest to, że MY będziemy teraz płacić karne odsetki za każdy dzień opóźnienia. Muszę się teraz dowiedzieć kto zawinił, żeby ewentualnie odzyskać te karę. Niechno ja się ku*wa dowiem...

Cały weekend mieliśmy spędzić przeprowadzając się, dekorując chałupę. Specjalnie po to prosiłam inne osoby, żeby pokryły moje zmiany w pracy.
Teraz P nie będzie miał wolnego przez najbliższe dwa tygodnie, więc nie będzie miał kiedy bawić się w remont. Nawet znaleźć cza na wożnie klamotów będzie ciężko.
Zamówiłam łóżko, miało być dostarczone w sobotę. Na ostatnią chwilę dzwoniłam do nich błagając, żeby dostarczyli je do rodziców Pitola. Łóżko (rama) doszło, materaca ni widu, ni słychu... Niczego też się nie dowiem do poniedziałku.
Do tego zadzwonili też, że moje kanapy są gotowe, i że mogą być dowiezione, ale ja nie wiem na kiedy bukować, bo co jak nie dostaniemy kluczy w poniedziałek?
Jeszcze do tego mam ważną sprawę do załatwienia we wtorek, a nawet nie mam jak się z tym ogarnąć. Kto wie gdzie jest moje żelazko?

Pecha mam nie z tej ziemi, więc teraz się zastanawiam jaki jest sens mojej wtorkowej sprawy, skoro już wiem, że nic się nie uda.. Dół i koniec.
Jestem wykończona nerwowo.

No to kochani trzymamy kciuki za jutro i wtorek... :)
PS.1. Pitol póki co zachowuje spokój - szok, myślałam że, jak to on, dostanie szału, ale nie ;)
PS.2. Pitol ma swoje pomysły na wykorzystanie drugiej sypialni - pierwszy to "siłownia", drugi to "memorabilia room" czyli po moim trupie. Trzeci był najsensowniejszy - bawialnia dla dzidzi. Czyjej? Nie wiem ;P


piątek, 21 września 2012

Już prawie wszystko spakowane, masakra na kółkach.
Kanapy wyszły od producenta, czekamy na telefon od dostawcy.
Łóżko i materac przyjadą jutro (£50 kosztuje przyjemność dostawy w sobotę).
Farby i tapety w bagażniku.
A my siedzimy na dupie... I nic. Czekamy w starej chacie. Na przelew na konto prawnika od naszego pożyczkodawcy. Nie wiem czy tak jest zawsze, ale zaczynam się denerwować.

wtorek, 18 września 2012

Dwa dni do "dnia zero". Jestem w stanie pogłębiającej się paniki. Przeprowadzka to będzie masakra, zważając na fakt, że uznaliśmy, że skoro nie mamy żadnych mebli, to przeprowadzimy się autami osobowymi. Nie no, jasne, da się to zrobić, ale po spakowaniu mniej więcej połowy chaty, trochę mnie to przeraża. A przecież naprawdę nie mamy tak dużo klamotów, bo to mieszkanie jest tak małe, że musiałam je porządkować dość często.
I panikuję jeszcze, bo jako nowicjusz na rynku hipotek nie wiem czego się spodziewać. Na przykład powiedziano nam wiele tygodni temu, że piniądze będziemy przelewać 3-4 dni przed "wprowadzką", a tu zostały 2 dni, a ja nawet nie wiem na jakie konto muszą wpłynąć. I nic jeszcze nie podpisaliśmy! Choć tu uspokaja mnie kilkoro znajomych mówiąc, że wszystko jest zawsze finalizowane na ostatnią chwilę. Bosz, wykończę się psychicznie.

Do tego dodam, że dzis był mój 17 pod rząd dzień w pracy, i jeszcze dwa przede mną. Nie, nie jestem w obozie pracy :P, po prostu musiałam trochę nadrobić za część bezpłatnego urlopu, a potem w dwa dni wolne robiłam za babki, które za mnie zrobią weekend, zebym mogła się przeprowadzić.

Jak to bywa, wszystko dzieje się naraz. Oprócz przeprowadzki, dzieje się coś jeszcze - jak zawsze w najmniej właściwym czasie. Nie chcę wdawać się w szczegóły dopóki coś się nie wyklaruje, by nie zapeszyć. Ale wiem na pewno, że potrzebuję, żebyście trzymali za mnie kciuki, np. w przyszły wtorek, który może być poczatkiem początku, albo początkiem końca nadziei. Będziecie trzymać? Proszę!!!

Żeby nie było wątpliwości, nie oczekuję dzidziusia ani nic z tych rzeczy. Choć już dwie propozycje "rozmnożenia" się od mojego połówka dostałam. Ale wychodzi z tego całkiem śmieszna sytuacja, bo ja chciałabym najpierw wziąść ślub, a Pitol najpierw dzidzię. A że Pitolowi aktualnie śluby nie w głowie, dzidzi też nie będzie ha-ha-ha (tu słychać rubaszny śmiech). Poza tym spieramy się co do ewentualnych imion dla dzieci, bo mój cudny mężczyzna wydaje się nie być ok z faktem, że ja używałam polskiego odpowiednika imienia zwracając się do mojego dziecka, np. jeśli nazywałoby się Micheal, to ja mówiłabym do jego Michaś. Problem mojego mówienia do ewentualnego dziecka po polsku też już przerobiliśmy, też się Pitol burzył, ale mu powiedziałam, że chyba jest chory, że moje dziecko nie będzie mówić po polsku. A on się po prostu boi, że swojej dzidzi nie będzie rozumiał :P
Głupek ;DDDD


sobota, 8 września 2012

Ciężko było, ale wybrałam trochę zdjęć. Są bardzo pomieszane, bo część jest z telefonu, a część z aparatu. Postanowiłam wstawić je tu, bo picasa się na mnie wypina, i nie wiem o co chodzi. Także przepraszam, ale post może się długo ładować...























































piątek, 7 września 2012

Długo mnie nie było, ale już mówię co się działo.

CHORWACJA
Moja podróż zaczęła się od wylotu do Poznania, w którym po raz kolejny przekonałam się, że poznańscy taksówkarze to bezczelni oszukańcy i złotówy. Nigdzie indziej na świecie nie miałam okazji na tyle wycieczek "krajoznawczych".

Wylot do Dubrownika był dość dziwny, bo z międzylądowaniem w Krakowie. Ale przynajmniej przekonałam się, że wylatując poza Unię można zakupić litr wódki za... 17 złotych! :)
Podróż z Dubrownika na docelową wysepkę była bardzo długa, i emocjonująca. Widoki z autokaru przepiękne. Nasza opiekunka wysiadła w połowie drogi, i zapewniła, że na miejscu przeprawy na wyspę ktoś będzie n nas czekał. Było już ciemno, gdy kierowca autokaru wysadził nas, i palcem pokazał nam gdzie mamy iść. Doszliśmy do "granicy" z morzem, a tam... nikogo! A nas z 70 osób z walizami, ciemno, nie wiemy gdzie jesteśmy, więc można sobie tylko wyobrazić, co się zaczeło dziać. Panika na maksa, ze mną włącznie. Podpłynęła jakaś podejrzana łajba, i jej "kierowca" powiedział, że ma miejsce dla 6 osób. No to się zaczęła walka ;D O mały włos ludzie nie zaczęli wskakiwać na dach tej łajby. W końcu okazało się, że po resztę po prostu przypłynie kolejna. Myśleliśmy, że może źle zrozumieliśmy, i rezydentka będzie na nas czekać po drugiej stronie, już na wyspie. Ale nie, tam czekały tylko autokary, i dalej w drogę. Także podróż, która zaczęła się o godz. 11ej w Poznaniu, zakończyła się dojazdem do hotelu około godz.22.30.

Reszta urlopu już przebiegła bez podobnych atrakcji. Rezydentka, która raczyła się zjawić dnia następnego, dostała zjeby na maksa, ale nawet nie powiedziała co się stało. Wręcz mieliśmy wrażenie, że od początku nie było w planie, aby ktokolwiek na nas czekał.

Wszystkie dni wyglądały bardzo podobnie, całe dnie spędzone na leżaku albo na plaży. Woda w Adriatyku jest niesamowita, jest nieskazitelnie czysta, cudnie błękitna (w sensie takie wywołuje złudzenie optyczne) i straszliwie słona (po wyjściu z wody ma się osad z soli na ciele). Nie ma piaszczystych plaż, więc trzeba nosić pastikowe obuwie do wody, również po to, żeby nie wdepnąć w jeżowca, którego ukłucie może wywołać (za Wikipedią) oprócz bólu trudności oddechowe, drgawki i utratę przytomności, a w skrajnych przypadkach śmierć przez uduszenie! Także ja w morzu za dużo się nie pluskałam, bo dziwnie czułam się widząc jak przepływające ryby łypią na mnie swymi oczyma ;)
Pogoda była totalnie niesamowita, słońce, upał dzień w dzień. Tylko jednego dnia po południu pojawiło się kilka chmurek, na które wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, i nawet kilka minut pokropiło! A normalnego deszczu tam nie widziano ponoć od marca. Pewnie dlatego, że cały ten deszcz my mamy w Szkocji...
Jedzenie w naszym hotelu było bardzo smaczne, choć byli i tacy, co narzekali. Rzadko zdarzało się, by potrawy się powtarzały, a jeśli tak, to były te najbardziej smaczne i popularne. Przytyłam więc chyba z 3-4 kilo w ciągu prawie 3 tygodni urlopu, a teraz nie chce mi się ruszyć tyłka, by to zgubić :P
Przez to, że wydostanie się z wyspy, było tak upierdliwe, nie chciało nam się nigdzie daleko wypuszczać, więc pojechałyśmy tylko na jedną wycieczkę - do parku narodowego zobaczyć wodospad Krka.
Ogólnie urlop zaliczam do bardzo udanych, może poza faktem, że Polacy za granicą (a być może i inne nacje też) często zachowują się totalnie skandalicznie. Było sporo par z małymi dziećmi, upijali się na umór a dzieci biegały samopas, także w pubie. I także te, które załapały ospę wietrzną.
Podczas posiłków w stołówce nalewali sobie wino do plastikowych butli, choć wyraźnie było powiedziane, że nie wolno, jednym słowem wieś tańczy i śpiewa (w tym przypadku z Warszawy). Niektórzy nakładali sobie na talerze takie porcje, że z mamą nie mogłyśmy się napatrzeć, jacy ludzie dorwali się jak świnie do koryta.
No i jeden obleśny tłusty kutas skakał do basenu, pół basenu wychlapywało się dookoła. Jak zalało mi pół książki i grzecznie poprosiłam pana by skakał z drugiej strony basenu, to dowiedziałam się, że on jest na wakacjach a tu nie jest pierdolona biblioteka.
No i jeszcze parka, która bzyknęła się basenie, myśląc że ich nie widzę... W środku dnia, w baseniku dla dzieci, z którego jak wiadomo dzieci na pewno niechcący połykają wodę.

Po powrocie weszłam na stronę biura podróży chcąc napisać opinię, ale ten hotel nie jest już w ich ofercie. Ciekawa jestem czy to nie przypadkiem obsługa hotelowa nie miała dość (min.90%) polskich gości.

POLSKA
A w Polsce okazało się, że mój starszy siostrzeniec jest w szpitalu. Tak, ten sam który kilka lat temu miał wypadek na rowerze, z którego cudem uszedł z życiem, ale płaci za to padaczką i brakiem dużej części kości czaszki. Ci, którzy czytali mojego poprzedniego bloga być może pamiętają.
Okazało się, że... znów miał wypadek na rowerze! Ma krwiaki na nerkach od upadku na plecy. Pytanie - jak z roweru spaść na plecy? On twierdzi, że po prostu upadł, ale jak się spada z roweru to na ręce, twarz a nie na plecy, no chyba że się np. próbuje jeździć na jednym kole. Rower to moja siostra chyba na złom odda ze złości.
Spędził tydzień w szpitalu, płacząc mojej siostrze co chwila do telefonu, że chce wyjść, i wyszedł - pod warunkiem, że w domu będzie leżał. No to siostra użera się z nim teraz w domu, bo jakby sięgnął to wskoczyłby na lampę i z niej dyndał. No i prawdopodobnie ominie go pierwsze dwa tygodnie czwartej klasy. Nie wiem na pewno, bo moja siostra, jak zawsze, nie odbiera telefonu.

A babciuni nie poszłam nawet odwiedzić przez te 3 dni spędzone w domu. Bo była na tyle bezczelna, żeby dzwonić do siostrzeńca do szpitala co pół godziny, żeby się dowiedzieć, czy jeszcze tam jesteśmy. Szpieg pieprzony.

SZKOCJA
W międzyczasie uświadomiłam sobie, że to już 6 lat jak jestem w Szkocji, i 5 lat w mojej pracy.
A w pracy dowiedziałam się, że nie jestem już Polką. Mój ulubiony jajcarz stwierdził, że mieszkam tu za długo, żeby jeszcze być Polką. Na pytanie kim więc jestem stwierdził "unknown" :D
A teraz moja ekscytacja dotycząca własnego mieszkania zaczęła się przeradzać w totalny stres i panikę. Ale to chyba nic nowego. Jeszcze dwa tygodnie do dnia "zero" :D

A fotki muszę przejrzeć i przebrać, więć będą w następnym poście.


wtorek, 4 września 2012

Jestem. Wróciłam. Ale nie mogę się póki co czasowo ogarnąć ze wszystkim. Więc napiszę coś, jak będę miała chwilkę...

środa, 1 sierpnia 2012


U mnie jest tak, że bardzo dobre wiadomości są równoważone w dość krótkim czasie bardzo złymi. Dwa lata temu kupiłam swoje pierwsze tylko swoje auto, z czego byłam bardzo dumna i szczęśliwa, a dwa dni później umarł mój ojciec. Wiem, że ranga obu wydarzeń jest niezbyt porównywalna, ale tak jakoś mi się skojarzyło.

No i właśnie znów wydarzyło się coś, co wprawiło mnie w nastrój totalnej ekscytacji. Do tego stopnia, że parkując auto przypieprzyłam w... słup! Cały tył mam obdrapany ;) Taka rozkojarzona jestem.
A teraz czekam aż coś gdzieś pierdolnie.

Ale po kolei, a zasadzie to od dupy strony...

Zadzwoniłam ostatnio do mamy, aby jej przekazać super wiadomość, ale zanim zaczęłyśmy o tym gadać, powiedziała mi, że aktualnie przebywa u niej moja babcia, a jej mama. Bardzo mnie to zdziwiło, bo moja mama ma bardzo duże poczucie przestrzeni osobistej, i ludzi tam nie lubi wpuszczać. Swojej mamy zwłaszcza (to ta od mojej kołdry), szanownej pani hrabianki, która jak na swoje lata nieźle dyga, ale cały czas twierdzi, że nikt nie chce się nią opiekować - wyrodna rodzinka. Więc babcia była w szpitalu (wysokie ciśnienie, coś z nogą), i ktoś po wypisie musiał się nią zająć, a że reszta rodziny się porozjeżdżała, padło na moją mamę.
No i tak patrzę na tym Skajpie na tą moją babciunię, i to zupełnie inna kobieta, niż ta którą widziałam trzy tygodnie temu. Błędny wzrok, cieniuśki głosik - jakby miała zaraz umrzeć. I coś mi tu zaczęło śmierdzieć. Ale nic nie mówię, bo przecież słucha. Na moją super wiadomość nie zareagowała (oprócz jakiegoś jęknięcia), choć normalnie to pierwsza zainteresowana plociuchami.
Na szczęście mama się ucieszyła. A ponieważ jednej sprawy nie mogłam poruszyć przy babciuni, zadzwoniłam do mamy następnego dnia, tym razem na komórkę. To pytam "czy ona sobie jaja robi?", a mama, że tak. No i mnie zatkało. Hrabianka babciunia posunęła się do podstępu, żeby ktoś się w końcu nią zaopiekował. Aż mnie zatelepało. A mama opowiada, że coś jej trzasnęło w plecach jak podnosiła babciunię z łóżka! Dodam tylko, że moja mama ma 57 lat, więc dla niej to ciężko, zwłaszcza po złamaniu nogi rok temu. Nie wiem, może dupsko też jej musiała podcierać. To pytam skąd wie, że babciunia ją robi w konia.
W piątek mama poszła spać bardzo późno. Przebudziło ją szuranie - babciunia poszła do łazienki. I nie spuściła wody, jakby nie chciała mojej mamy obudzić. Godzinę później to samo. W końcu mama zerwała się z łóżka koło 10.30 rano, co w ogóle do niej nie podobne, bo zawsze wstaje wcześnie, i zdała sobie sprawę, że nie dała babciuni leków. Poleciała do kuchni, ale okazało się, że babciunia wzięła je sama. Ani razu podczas swoich wojaży nie użyła kul, bez których ponoć nie potrafi chodzić!
Mama mówi, że nie może uwierzyć, że własna matka ją tak robi w bambuko, i wykorzystuje sytuacje dla zaspokojenia swojej chorej potrzeby przebywania z ludźmi non stop... :(
Pomyślałam, że jak zrobiła mojej mamie taki numer raz, i dostała czego chciała, to zrobi to znowu, tylko kwestia czasu. Poradziłam mamie, żeby jej od razu zapowiedziała, że następnym razem odda ją do domu opieki, bo jej za ciężko. Nie wiem czy to zrobi, choć własnej matki ścierpieć nie może...

A teraz do sedna. Jaka była dobra wiadomość?

Spełniło się moje dotychczasowe największe (spełnialne) marzenie - wraz z Pitolem kupiliśmy mieszkanie! Łuuuuuuuuu huuuuuuu! :D
Tzn. dopiero złożyliśmy ofertę, a ta została przyjęta, większość formalności jeszcze przed nami. Teraz oszczędzamy ile się da kasy, żeby zapłacić depozyt, opłaty, i zrobić mały remoncik. Mieszkanie ma około 58m kwadratowych, jest na pierwszym piętrze, ma dwie sypialnie i salon (czyli jak na polskie liczenie 3 pokoje), i co najważniejsze - mamy mały prywatny ogródek :D. Dojazd do pracy skróci mi się o połowę.
Nie mamy kasy na meble, ale coś się wymyśli :P
Ogólnie jest w stanie gotowym do przeprowadzki, z tym że oczywiście będziemy chcieli porobić wszystko po swojemu, i mam nadzieję, że się przy tym nie pozabijamy o kolor farby...
Klucze odbieramy 21 września :) Taki prezencik na miesiąc po 6 rocznicy przyjazdu do Szkocji ;)
A teraz pracuję dzień w dzień ile wlezie, a po pracy siedzę na necie szukając inspiracji jak urządzić salon i tanim kosztem odrestaurować szafki w kuchni, bo są zniszczone, a na nowe jeszcze długo nie będzie mnie stać.
Wstawiłabym fotki, ale pomyślałam, że może najpierw przerobimy je "na swoje" i dopiero wtedy...
Bosz, jak ja się cieszę :D

Teraz muszę sobie wymyślić nowe marzenie do spełnienia, i już chyba mam pomysł. Ale to dopiero po przeprowadzce :)