Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

oczywiście to wszystko byłoby za proste, gdybym tak po prostu dostała tego zasranego section leadera. otóż okazało się, że kandydat już jest, i przez najbliźsze 6-7 miesięcy to on/ona się będzie tym zajmowałć, zanim zostanie managerem, więc sobie muszę poczekać.
za to zamiast w maju cała sprawa rusza w marcu, więc wtedy też powinnam się przenieść do nowego sklepu. i chciałabym, i boję się, i nie chcę jednocześnie... ech, poj**ane to wszystko. aplikacja leży jeszcze niewypełniona.

ale za to zabukowaliśmy z Pitolem kolejny :D urlop. w maju do Polski, w sierpniu do Portugalii na dziesięć dni. a co, się zapier**la, to się ma :)
już nie mogę się doczekać! nawet walizkę kupiłam! nie no... aż tak walnięta nie jestem, po prostu i tak miałam kupić a teraz mam pieniądze, no i wyprzedaże są :)

poza tym to pisałam ostatnio maila do koleżanki, która oznajmiła, że jej szwagier chyba niedługo będzie się wyprowadzał.
ja pier**lę, za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego, to mnie trzęsie. bo jak sobie pomyślę, że za kilka lat mój kochany Pierdoła miałby mi oznajmić, że się wynosi, to bym sobie chyba żyły pochalastała! i strasznie się boję, że to może kiedyś nastąpić, bo jestem dla niego okropna i wiecznie marudzę, i wiecznie mi się coś nie podoba, i nie umiem mu powiedzieć, że pod tą grubą skórą to go kocham nad życie, tak że robi mi się słabo na samą myśl. nie mam za to oporów, żeby go kolejny raz opier**lić, że zostawił okruchy na blacie, wlazł w butach do domu, pierdolnął ciuchy koło kosza na brudy i że znowu ujeb*ł zlew pastą do zębów... posrane to życie, codziennie rano mówię sobie taką nową mantrę, czy jak to tam się zwie - dziś będzie dobry dzień - nie będę go opieprzać za głupoty, bo to nic nie daje, tylko powoduje napięcia.
ostatnie kilka dni byłam "grzeczna" :)
a ogólny wniosek jest taki - jest jakaś recepta? jak niektórzy ludzie przeżywają ze sobą w szczęściu dziesiątki lat (jego rodzice), albo wszystko się rozpieprza po kilku latach (moi rodzice)? to o miłość tu chodzi?? czemu jednym się udaje a innym nie?

tak bardzo chciałabym, żeby nam się udało...


1 komentarz:

  1. Wydaje mi sie, ze recepta jest (oprocz milosci) ciezka praca nad zwiazkiem. Bo rozowo bez zadnego wysilku to jest zawsze tylko na poczatku.

    Trzymam kciuki, zeby Wam sie udalo! I sama mam nadzieje, ze nam tez sie uda, bo choc jestesmy po slubie to wcale nie mysle, ze mamy siebie na zawsze.

    OdpowiedzUsuń