
Kartki z pamiętnika pewnej wiecznie niezadowolonej z życia emigrantki. I o tym jak to jest dzielić życie z obcokrajowcem, który jest tubylcem :)
Kilka słów o mnie....
Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
piątek, 7 września 2012
Długo mnie nie było, ale już mówię co się działo.
CHORWACJA
Moja podróż zaczęła się od wylotu do Poznania, w którym po raz kolejny przekonałam się, że poznańscy taksówkarze to bezczelni oszukańcy i złotówy. Nigdzie indziej na świecie nie miałam okazji na tyle wycieczek "krajoznawczych".
Wylot do Dubrownika był dość dziwny, bo z międzylądowaniem w Krakowie. Ale przynajmniej przekonałam się, że wylatując poza Unię można zakupić litr wódki za... 17 złotych! :)
Podróż z Dubrownika na docelową wysepkę była bardzo długa, i emocjonująca. Widoki z autokaru przepiękne. Nasza opiekunka wysiadła w połowie drogi, i zapewniła, że na miejscu przeprawy na wyspę ktoś będzie n nas czekał. Było już ciemno, gdy kierowca autokaru wysadził nas, i palcem pokazał nam gdzie mamy iść. Doszliśmy do "granicy" z morzem, a tam... nikogo! A nas z 70 osób z walizami, ciemno, nie wiemy gdzie jesteśmy, więc można sobie tylko wyobrazić, co się zaczeło dziać. Panika na maksa, ze mną włącznie. Podpłynęła jakaś podejrzana łajba, i jej "kierowca" powiedział, że ma miejsce dla 6 osób. No to się zaczęła walka ;D O mały włos ludzie nie zaczęli wskakiwać na dach tej łajby. W końcu okazało się, że po resztę po prostu przypłynie kolejna. Myśleliśmy, że może źle zrozumieliśmy, i rezydentka będzie na nas czekać po drugiej stronie, już na wyspie. Ale nie, tam czekały tylko autokary, i dalej w drogę. Także podróż, która zaczęła się o godz. 11ej w Poznaniu, zakończyła się dojazdem do hotelu około godz.22.30.
Reszta urlopu już przebiegła bez podobnych atrakcji. Rezydentka, która raczyła się zjawić dnia następnego, dostała zjeby na maksa, ale nawet nie powiedziała co się stało. Wręcz mieliśmy wrażenie, że od początku nie było w planie, aby ktokolwiek na nas czekał.
Wszystkie dni wyglądały bardzo podobnie, całe dnie spędzone na leżaku albo na plaży. Woda w Adriatyku jest niesamowita, jest nieskazitelnie czysta, cudnie błękitna (w sensie takie wywołuje złudzenie optyczne) i straszliwie słona (po wyjściu z wody ma się osad z soli na ciele). Nie ma piaszczystych plaż, więc trzeba nosić pastikowe obuwie do wody, również po to, żeby nie wdepnąć w jeżowca, którego ukłucie może wywołać (za Wikipedią) oprócz bólu trudności oddechowe, drgawki i utratę przytomności, a w skrajnych przypadkach śmierć przez uduszenie! Także ja w morzu za dużo się nie pluskałam, bo dziwnie czułam się widząc jak przepływające ryby łypią na mnie swymi oczyma ;)
Pogoda była totalnie niesamowita, słońce, upał dzień w dzień. Tylko jednego dnia po południu pojawiło się kilka chmurek, na które wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, i nawet kilka minut pokropiło! A normalnego deszczu tam nie widziano ponoć od marca. Pewnie dlatego, że cały ten deszcz my mamy w Szkocji...
Jedzenie w naszym hotelu było bardzo smaczne, choć byli i tacy, co narzekali. Rzadko zdarzało się, by potrawy się powtarzały, a jeśli tak, to były te najbardziej smaczne i popularne. Przytyłam więc chyba z 3-4 kilo w ciągu prawie 3 tygodni urlopu, a teraz nie chce mi się ruszyć tyłka, by to zgubić :P
Przez to, że wydostanie się z wyspy, było tak upierdliwe, nie chciało nam się nigdzie daleko wypuszczać, więc pojechałyśmy tylko na jedną wycieczkę - do parku narodowego zobaczyć wodospad Krka.
Ogólnie urlop zaliczam do bardzo udanych, może poza faktem, że Polacy za granicą (a być może i inne nacje też) często zachowują się totalnie skandalicznie. Było sporo par z małymi dziećmi, upijali się na umór a dzieci biegały samopas, także w pubie. I także te, które załapały ospę wietrzną.
Podczas posiłków w stołówce nalewali sobie wino do plastikowych butli, choć wyraźnie było powiedziane, że nie wolno, jednym słowem wieś tańczy i śpiewa (w tym przypadku z Warszawy). Niektórzy nakładali sobie na talerze takie porcje, że z mamą nie mogłyśmy się napatrzeć, jacy ludzie dorwali się jak świnie do koryta.
No i jeden obleśny tłusty kutas skakał do basenu, pół basenu wychlapywało się dookoła. Jak zalało mi pół książki i grzecznie poprosiłam pana by skakał z drugiej strony basenu, to dowiedziałam się, że on jest na wakacjach a tu nie jest pierdolona biblioteka.
No i jeszcze parka, która bzyknęła się basenie, myśląc że ich nie widzę... W środku dnia, w baseniku dla dzieci, z którego jak wiadomo dzieci na pewno niechcący połykają wodę.
Po powrocie weszłam na stronę biura podróży chcąc napisać opinię, ale ten hotel nie jest już w ich ofercie. Ciekawa jestem czy to nie przypadkiem obsługa hotelowa nie miała dość (min.90%) polskich gości.
POLSKA
A w Polsce okazało się, że mój starszy siostrzeniec jest w szpitalu. Tak, ten sam który kilka lat temu miał wypadek na rowerze, z którego cudem uszedł z życiem, ale płaci za to padaczką i brakiem dużej części kości czaszki. Ci, którzy czytali mojego poprzedniego bloga być może pamiętają.
Okazało się, że... znów miał wypadek na rowerze! Ma krwiaki na nerkach od upadku na plecy. Pytanie - jak z roweru spaść na plecy? On twierdzi, że po prostu upadł, ale jak się spada z roweru to na ręce, twarz a nie na plecy, no chyba że się np. próbuje jeździć na jednym kole. Rower to moja siostra chyba na złom odda ze złości.
Spędził tydzień w szpitalu, płacząc mojej siostrze co chwila do telefonu, że chce wyjść, i wyszedł - pod warunkiem, że w domu będzie leżał. No to siostra użera się z nim teraz w domu, bo jakby sięgnął to wskoczyłby na lampę i z niej dyndał. No i prawdopodobnie ominie go pierwsze dwa tygodnie czwartej klasy. Nie wiem na pewno, bo moja siostra, jak zawsze, nie odbiera telefonu.
A babciuni nie poszłam nawet odwiedzić przez te 3 dni spędzone w domu. Bo była na tyle bezczelna, żeby dzwonić do siostrzeńca do szpitala co pół godziny, żeby się dowiedzieć, czy jeszcze tam jesteśmy. Szpieg pieprzony.
SZKOCJA
W międzyczasie uświadomiłam sobie, że to już 6 lat jak jestem w Szkocji, i 5 lat w mojej pracy.
A w pracy dowiedziałam się, że nie jestem już Polką. Mój ulubiony jajcarz stwierdził, że mieszkam tu za długo, żeby jeszcze być Polką. Na pytanie kim więc jestem stwierdził "unknown" :D
A teraz moja ekscytacja dotycząca własnego mieszkania zaczęła się przeradzać w totalny stres i panikę. Ale to chyba nic nowego. Jeszcze dwa tygodnie do dnia "zero" :D
A fotki muszę przejrzeć i przebrać, więć będą w następnym poście.
CHORWACJA
Moja podróż zaczęła się od wylotu do Poznania, w którym po raz kolejny przekonałam się, że poznańscy taksówkarze to bezczelni oszukańcy i złotówy. Nigdzie indziej na świecie nie miałam okazji na tyle wycieczek "krajoznawczych".
Wylot do Dubrownika był dość dziwny, bo z międzylądowaniem w Krakowie. Ale przynajmniej przekonałam się, że wylatując poza Unię można zakupić litr wódki za... 17 złotych! :)
Podróż z Dubrownika na docelową wysepkę była bardzo długa, i emocjonująca. Widoki z autokaru przepiękne. Nasza opiekunka wysiadła w połowie drogi, i zapewniła, że na miejscu przeprawy na wyspę ktoś będzie n nas czekał. Było już ciemno, gdy kierowca autokaru wysadził nas, i palcem pokazał nam gdzie mamy iść. Doszliśmy do "granicy" z morzem, a tam... nikogo! A nas z 70 osób z walizami, ciemno, nie wiemy gdzie jesteśmy, więc można sobie tylko wyobrazić, co się zaczeło dziać. Panika na maksa, ze mną włącznie. Podpłynęła jakaś podejrzana łajba, i jej "kierowca" powiedział, że ma miejsce dla 6 osób. No to się zaczęła walka ;D O mały włos ludzie nie zaczęli wskakiwać na dach tej łajby. W końcu okazało się, że po resztę po prostu przypłynie kolejna. Myśleliśmy, że może źle zrozumieliśmy, i rezydentka będzie na nas czekać po drugiej stronie, już na wyspie. Ale nie, tam czekały tylko autokary, i dalej w drogę. Także podróż, która zaczęła się o godz. 11ej w Poznaniu, zakończyła się dojazdem do hotelu około godz.22.30.
Reszta urlopu już przebiegła bez podobnych atrakcji. Rezydentka, która raczyła się zjawić dnia następnego, dostała zjeby na maksa, ale nawet nie powiedziała co się stało. Wręcz mieliśmy wrażenie, że od początku nie było w planie, aby ktokolwiek na nas czekał.
Wszystkie dni wyglądały bardzo podobnie, całe dnie spędzone na leżaku albo na plaży. Woda w Adriatyku jest niesamowita, jest nieskazitelnie czysta, cudnie błękitna (w sensie takie wywołuje złudzenie optyczne) i straszliwie słona (po wyjściu z wody ma się osad z soli na ciele). Nie ma piaszczystych plaż, więc trzeba nosić pastikowe obuwie do wody, również po to, żeby nie wdepnąć w jeżowca, którego ukłucie może wywołać (za Wikipedią) oprócz bólu trudności oddechowe, drgawki i utratę przytomności, a w skrajnych przypadkach śmierć przez uduszenie! Także ja w morzu za dużo się nie pluskałam, bo dziwnie czułam się widząc jak przepływające ryby łypią na mnie swymi oczyma ;)
Pogoda była totalnie niesamowita, słońce, upał dzień w dzień. Tylko jednego dnia po południu pojawiło się kilka chmurek, na które wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, i nawet kilka minut pokropiło! A normalnego deszczu tam nie widziano ponoć od marca. Pewnie dlatego, że cały ten deszcz my mamy w Szkocji...
Jedzenie w naszym hotelu było bardzo smaczne, choć byli i tacy, co narzekali. Rzadko zdarzało się, by potrawy się powtarzały, a jeśli tak, to były te najbardziej smaczne i popularne. Przytyłam więc chyba z 3-4 kilo w ciągu prawie 3 tygodni urlopu, a teraz nie chce mi się ruszyć tyłka, by to zgubić :P
Przez to, że wydostanie się z wyspy, było tak upierdliwe, nie chciało nam się nigdzie daleko wypuszczać, więc pojechałyśmy tylko na jedną wycieczkę - do parku narodowego zobaczyć wodospad Krka.
Ogólnie urlop zaliczam do bardzo udanych, może poza faktem, że Polacy za granicą (a być może i inne nacje też) często zachowują się totalnie skandalicznie. Było sporo par z małymi dziećmi, upijali się na umór a dzieci biegały samopas, także w pubie. I także te, które załapały ospę wietrzną.
Podczas posiłków w stołówce nalewali sobie wino do plastikowych butli, choć wyraźnie było powiedziane, że nie wolno, jednym słowem wieś tańczy i śpiewa (w tym przypadku z Warszawy). Niektórzy nakładali sobie na talerze takie porcje, że z mamą nie mogłyśmy się napatrzeć, jacy ludzie dorwali się jak świnie do koryta.
No i jeden obleśny tłusty kutas skakał do basenu, pół basenu wychlapywało się dookoła. Jak zalało mi pół książki i grzecznie poprosiłam pana by skakał z drugiej strony basenu, to dowiedziałam się, że on jest na wakacjach a tu nie jest pierdolona biblioteka.
No i jeszcze parka, która bzyknęła się basenie, myśląc że ich nie widzę... W środku dnia, w baseniku dla dzieci, z którego jak wiadomo dzieci na pewno niechcący połykają wodę.
Po powrocie weszłam na stronę biura podróży chcąc napisać opinię, ale ten hotel nie jest już w ich ofercie. Ciekawa jestem czy to nie przypadkiem obsługa hotelowa nie miała dość (min.90%) polskich gości.
POLSKA
A w Polsce okazało się, że mój starszy siostrzeniec jest w szpitalu. Tak, ten sam który kilka lat temu miał wypadek na rowerze, z którego cudem uszedł z życiem, ale płaci za to padaczką i brakiem dużej części kości czaszki. Ci, którzy czytali mojego poprzedniego bloga być może pamiętają.
Okazało się, że... znów miał wypadek na rowerze! Ma krwiaki na nerkach od upadku na plecy. Pytanie - jak z roweru spaść na plecy? On twierdzi, że po prostu upadł, ale jak się spada z roweru to na ręce, twarz a nie na plecy, no chyba że się np. próbuje jeździć na jednym kole. Rower to moja siostra chyba na złom odda ze złości.
Spędził tydzień w szpitalu, płacząc mojej siostrze co chwila do telefonu, że chce wyjść, i wyszedł - pod warunkiem, że w domu będzie leżał. No to siostra użera się z nim teraz w domu, bo jakby sięgnął to wskoczyłby na lampę i z niej dyndał. No i prawdopodobnie ominie go pierwsze dwa tygodnie czwartej klasy. Nie wiem na pewno, bo moja siostra, jak zawsze, nie odbiera telefonu.
A babciuni nie poszłam nawet odwiedzić przez te 3 dni spędzone w domu. Bo była na tyle bezczelna, żeby dzwonić do siostrzeńca do szpitala co pół godziny, żeby się dowiedzieć, czy jeszcze tam jesteśmy. Szpieg pieprzony.
SZKOCJA
W międzyczasie uświadomiłam sobie, że to już 6 lat jak jestem w Szkocji, i 5 lat w mojej pracy.
A w pracy dowiedziałam się, że nie jestem już Polką. Mój ulubiony jajcarz stwierdził, że mieszkam tu za długo, żeby jeszcze być Polką. Na pytanie kim więc jestem stwierdził "unknown" :D
A teraz moja ekscytacja dotycząca własnego mieszkania zaczęła się przeradzać w totalny stres i panikę. Ale to chyba nic nowego. Jeszcze dwa tygodnie do dnia "zero" :D
A fotki muszę przejrzeć i przebrać, więć będą w następnym poście.
wtorek, 4 września 2012
środa, 1 sierpnia 2012
U mnie jest tak, że bardzo dobre wiadomości są równoważone w dość krótkim czasie bardzo złymi. Dwa lata temu kupiłam swoje pierwsze tylko swoje auto, z czego byłam bardzo dumna i szczęśliwa, a dwa dni później umarł mój ojciec. Wiem, że ranga obu wydarzeń jest niezbyt porównywalna, ale tak jakoś mi się skojarzyło.
No i właśnie znów wydarzyło się coś, co wprawiło mnie w nastrój totalnej ekscytacji. Do tego stopnia, że parkując auto przypieprzyłam w... słup! Cały tył mam obdrapany ;) Taka rozkojarzona jestem.
A teraz czekam aż coś gdzieś pierdolnie.
Ale po kolei, a zasadzie to od dupy strony...
Zadzwoniłam ostatnio do mamy, aby jej przekazać super wiadomość, ale zanim zaczęłyśmy o tym gadać, powiedziała mi, że aktualnie przebywa u niej moja babcia, a jej mama. Bardzo mnie to zdziwiło, bo moja mama ma bardzo duże poczucie przestrzeni osobistej, i ludzi tam nie lubi wpuszczać. Swojej mamy zwłaszcza (to ta od mojej kołdry), szanownej pani hrabianki, która jak na swoje lata nieźle dyga, ale cały czas twierdzi, że nikt nie chce się nią opiekować - wyrodna rodzinka. Więc babcia była w szpitalu (wysokie ciśnienie, coś z nogą), i ktoś po wypisie musiał się nią zająć, a że reszta rodziny się porozjeżdżała, padło na moją mamę.
No i tak patrzę na tym Skajpie na tą moją babciunię, i to zupełnie inna kobieta, niż ta którą widziałam trzy tygodnie temu. Błędny wzrok, cieniuśki głosik - jakby miała zaraz umrzeć. I coś mi tu zaczęło śmierdzieć. Ale nic nie mówię, bo przecież słucha. Na moją super wiadomość nie zareagowała (oprócz jakiegoś jęknięcia), choć normalnie to pierwsza zainteresowana plociuchami.
Na szczęście mama się ucieszyła. A ponieważ jednej sprawy nie mogłam poruszyć przy babciuni, zadzwoniłam do mamy następnego dnia, tym razem na komórkę. To pytam "czy ona sobie jaja robi?", a mama, że tak. No i mnie zatkało. Hrabianka babciunia posunęła się do podstępu, żeby ktoś się w końcu nią zaopiekował. Aż mnie zatelepało. A mama opowiada, że coś jej trzasnęło w plecach jak podnosiła babciunię z łóżka! Dodam tylko, że moja mama ma 57 lat, więc dla niej to ciężko, zwłaszcza po złamaniu nogi rok temu. Nie wiem, może dupsko też jej musiała podcierać. To pytam skąd wie, że babciunia ją robi w konia.
W piątek mama poszła spać bardzo późno. Przebudziło ją szuranie - babciunia poszła do łazienki. I nie spuściła wody, jakby nie chciała mojej mamy obudzić. Godzinę później to samo. W końcu mama zerwała się z łóżka koło 10.30 rano, co w ogóle do niej nie podobne, bo zawsze wstaje wcześnie, i zdała sobie sprawę, że nie dała babciuni leków. Poleciała do kuchni, ale okazało się, że babciunia wzięła je sama. Ani razu podczas swoich wojaży nie użyła kul, bez których ponoć nie potrafi chodzić!
Mama mówi, że nie może uwierzyć, że własna matka ją tak robi w bambuko, i wykorzystuje sytuacje dla zaspokojenia swojej chorej potrzeby przebywania z ludźmi non stop... :(
Pomyślałam, że jak zrobiła mojej mamie taki numer raz, i dostała czego chciała, to zrobi to znowu, tylko kwestia czasu. Poradziłam mamie, żeby jej od razu zapowiedziała, że następnym razem odda ją do domu opieki, bo jej za ciężko. Nie wiem czy to zrobi, choć własnej matki ścierpieć nie może...
A teraz do sedna. Jaka była dobra wiadomość?
Spełniło się moje dotychczasowe największe (spełnialne) marzenie - wraz z Pitolem kupiliśmy mieszkanie! Łuuuuuuuuu huuuuuuu! :D
Tzn. dopiero złożyliśmy ofertę, a ta została przyjęta, większość formalności jeszcze przed nami. Teraz oszczędzamy ile się da kasy, żeby zapłacić depozyt, opłaty, i zrobić mały remoncik. Mieszkanie ma około 58m kwadratowych, jest na pierwszym piętrze, ma dwie sypialnie i salon (czyli jak na polskie liczenie 3 pokoje), i co najważniejsze - mamy mały prywatny ogródek :D. Dojazd do pracy skróci mi się o połowę.
Nie mamy kasy na meble, ale coś się wymyśli :P
Ogólnie jest w stanie gotowym do przeprowadzki, z tym że oczywiście będziemy chcieli porobić wszystko po swojemu, i mam nadzieję, że się przy tym nie pozabijamy o kolor farby...
Klucze odbieramy 21 września :) Taki prezencik na miesiąc po 6 rocznicy przyjazdu do Szkocji ;)
A teraz pracuję dzień w dzień ile wlezie, a po pracy siedzę na necie szukając inspiracji jak urządzić salon i tanim kosztem odrestaurować szafki w kuchni, bo są zniszczone, a na nowe jeszcze długo nie będzie mnie stać.
Wstawiłabym fotki, ale pomyślałam, że może najpierw przerobimy je "na swoje" i dopiero wtedy...
Bosz, jak ja się cieszę :D
Teraz muszę sobie wymyślić nowe marzenie do spełnienia, i już chyba mam pomysł. Ale to dopiero po przeprowadzce :)
niedziela, 15 lipca 2012
Wróciłam tydzień temu. Nie mogę się przyzwyczaić z powrotem do kieratu i wstawania o "stupid o'clock". Nie mogę się też przywyczaić do badziewiastej pogody - kto to widział, żeby w środku lipca temperatura ledwo dochodziła do 14 stopni, i to w "ciepły" dzień! Dziś na chwilę wyszło słońce, i myślałam że oślepnę, tak odzwyczajona jestem ;P
Ale wracając do wyjazdu.
Pogoda mi się dla odmiany udała, na początku było pochmurno, choć ciepło, a potem to już afrykańskie upały. Któregoś dnia pot lał mi się po tyłku, sprawdziłam temperaturę - było 37 stopni w cieniu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Długo nie myśląc wskoczyłam do jeziora - bosz, nie było mi dane pływać od kilku lat - zawsze przywoziłam ze sobą kijową pogodę. Ogólnie to czas mijał na siedzeniu na dworze, opiece nad siostrzeńcami (zaczęły się wakacje a moje siostra jak zawsze obudziła się z ręką w nocniku i bez opiekunki do dzieci), gotowaniem obiadków, obżeraniem się truskawkami i czereśniami. Siostrzeńców mam super - szkoda że nie mam możliwości ich częściej widywać :(
Żeby nie było, że tylko siedziałam na wiosce - bujnęłam się też do miasta na łikend. I dziwny to był wyjazd. Zdzwiwłam się ile osób wystawiło mnie do wiatru w taki lub inny sposób - ale nie ma tego złego - płynie z tego nauka na przyszłość - więcej nie będę się nikomu anonsować, ani prosić o spotkanie, ogłoszę co najwyżej wszem i wobec, że będę, żeby nie było, że w ostatniej chwili ktoś mówi, że się ze mną nie spotka, bo będzie odsypiać kaca, albo jednak mnie nie przenocuje, bo coś tam... Nie to nie, ja się prosić (już) nie będę. Łaski nikt mi nie będzie wiecej robił. Bardzo chwaliłam sobie drugą noc pobytu, w hotelu - i bez poczucia, że komuś przeszkadzam, choć sami zapraszali. Hotel za cenę jaką swego czasu zapłaciłam za nocleg w Newcastle, ale jakość pobytu nieporównywalnie lepsza!
Miałam okazję zobaczyć wielki kontrast jak to ludziom się w Polandzie teraz żyje - jednego wieczora pewna koleżanka prawie płakała spinając kupkę niezapłaconych rachunków i mówiąc, że jej mama ma prawdopodobnie raka, drugiego wieczora bardzo przyjemny wieczorek z kuzynem, który jest najmłodszym w Polsce (albo jednym z najmłodszych) trzecim oficerem na statku, którego miesięczne zarobki przyprawiły mnie o rumieniec i małe ukłucie zazdrości - ale nic to, zasłużył sobie. Także dwie skrajności, i taka jest chyba dzisiejsza Polska.
Bardzo też zaciekawiła mnie ilość nowych projektów w mieście, co krok coś się buduje, albo otwiera nowego - galerie handlowe dużo lepsze niż u mnie, trochę nowszych lokali, jak na przkład Seta i Galareta :P
Poza tym nażarłam się niewyobrażalną ilość kebabów i obkupiłam dość konkretnie - ceny w Polsce takie, że ja nie wiem jak ludzie tam żyją :P
Ogólnie wrażenia pozytywne.
Jedną osobą, która jak zawsze mnie nie zawiodła, była moja A. Też ma nie za ciekawie, ale znalazła czas, żeby ze mną usiąść i pogadać, jak za starych dobrych czasów.
Miałam też dwie wizyty u notariusza - w końcu pozbyliśmy się kłopotu jakim były długi i chałupa po ojcu, wujku i babci (więc i pare groszy mi wpadło do kieszeni), no i musiałam siostrze dać kolejne pełnomocnictwo, bo znowu komuś w dalszej rodzinie się zmarło (nawet nie wiedziałam o istnieniu tej cioci-babci), i będzie znowu jakaś sprawa spadkowa.
Jak zawsze pobyt częściowo zapaskudziła babciunia moja, swoją upierdliwością jak zawsze doprowadzała mnie i moją rodzinkę do szewskiej pasji - to tak w ramach równowagi, żeby za słitaśnie nie było. Między innymi pytała, kiedy będzie oficjalne przywitanie (to ja już muszę się we własnym domu "oficjalnie" witać i żegnać), chciała mi kupić pamiątkę (a co ja tam sakrament pierwszej komunii przyjmowałam, czy co? ile można tłumaczyć, że biżuterii nie noszę i nie znoszę?!). No i kupiła mi... kołdrę (!!!) i pytała kiedy ją zabiorę - nie przetłumaczysz babsku, że mogę jedną sztukę bagażu limitowanego wagowo, a kołdrę mam, a jak bym nie miała to bym sobie kupiła. Mogłam jej powiedzieć, żeby mi pocztą wysłała :P
A po powrocie czekała mnie miła niespodzianka - nie dość, że Rajaner się postarał i mój samolot doleciał wręcz przed czasem, to jeszcze na lotnisku czekał na mnie stęskniony Pitol z bukietem kwiatów w rękach. Dom też w jednym kawałku, nawet ogarnięty jako tako, a mój samochód nie został sprzedany ;P
A teraz powrót do szarej rzeczywistości i odliczanie do kolejnego wyjazdu - już tylko 4 tygodnie! Jupi!
Ale wracając do wyjazdu.
Pogoda mi się dla odmiany udała, na początku było pochmurno, choć ciepło, a potem to już afrykańskie upały. Któregoś dnia pot lał mi się po tyłku, sprawdziłam temperaturę - było 37 stopni w cieniu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Długo nie myśląc wskoczyłam do jeziora - bosz, nie było mi dane pływać od kilku lat - zawsze przywoziłam ze sobą kijową pogodę. Ogólnie to czas mijał na siedzeniu na dworze, opiece nad siostrzeńcami (zaczęły się wakacje a moje siostra jak zawsze obudziła się z ręką w nocniku i bez opiekunki do dzieci), gotowaniem obiadków, obżeraniem się truskawkami i czereśniami. Siostrzeńców mam super - szkoda że nie mam możliwości ich częściej widywać :(
Żeby nie było, że tylko siedziałam na wiosce - bujnęłam się też do miasta na łikend. I dziwny to był wyjazd. Zdzwiwłam się ile osób wystawiło mnie do wiatru w taki lub inny sposób - ale nie ma tego złego - płynie z tego nauka na przyszłość - więcej nie będę się nikomu anonsować, ani prosić o spotkanie, ogłoszę co najwyżej wszem i wobec, że będę, żeby nie było, że w ostatniej chwili ktoś mówi, że się ze mną nie spotka, bo będzie odsypiać kaca, albo jednak mnie nie przenocuje, bo coś tam... Nie to nie, ja się prosić (już) nie będę. Łaski nikt mi nie będzie wiecej robił. Bardzo chwaliłam sobie drugą noc pobytu, w hotelu - i bez poczucia, że komuś przeszkadzam, choć sami zapraszali. Hotel za cenę jaką swego czasu zapłaciłam za nocleg w Newcastle, ale jakość pobytu nieporównywalnie lepsza!
Miałam okazję zobaczyć wielki kontrast jak to ludziom się w Polandzie teraz żyje - jednego wieczora pewna koleżanka prawie płakała spinając kupkę niezapłaconych rachunków i mówiąc, że jej mama ma prawdopodobnie raka, drugiego wieczora bardzo przyjemny wieczorek z kuzynem, który jest najmłodszym w Polsce (albo jednym z najmłodszych) trzecim oficerem na statku, którego miesięczne zarobki przyprawiły mnie o rumieniec i małe ukłucie zazdrości - ale nic to, zasłużył sobie. Także dwie skrajności, i taka jest chyba dzisiejsza Polska.
Bardzo też zaciekawiła mnie ilość nowych projektów w mieście, co krok coś się buduje, albo otwiera nowego - galerie handlowe dużo lepsze niż u mnie, trochę nowszych lokali, jak na przkład Seta i Galareta :P
Poza tym nażarłam się niewyobrażalną ilość kebabów i obkupiłam dość konkretnie - ceny w Polsce takie, że ja nie wiem jak ludzie tam żyją :P
Ogólnie wrażenia pozytywne.
Jedną osobą, która jak zawsze mnie nie zawiodła, była moja A. Też ma nie za ciekawie, ale znalazła czas, żeby ze mną usiąść i pogadać, jak za starych dobrych czasów.
Miałam też dwie wizyty u notariusza - w końcu pozbyliśmy się kłopotu jakim były długi i chałupa po ojcu, wujku i babci (więc i pare groszy mi wpadło do kieszeni), no i musiałam siostrze dać kolejne pełnomocnictwo, bo znowu komuś w dalszej rodzinie się zmarło (nawet nie wiedziałam o istnieniu tej cioci-babci), i będzie znowu jakaś sprawa spadkowa.
Jak zawsze pobyt częściowo zapaskudziła babciunia moja, swoją upierdliwością jak zawsze doprowadzała mnie i moją rodzinkę do szewskiej pasji - to tak w ramach równowagi, żeby za słitaśnie nie było. Między innymi pytała, kiedy będzie oficjalne przywitanie (to ja już muszę się we własnym domu "oficjalnie" witać i żegnać), chciała mi kupić pamiątkę (a co ja tam sakrament pierwszej komunii przyjmowałam, czy co? ile można tłumaczyć, że biżuterii nie noszę i nie znoszę?!). No i kupiła mi... kołdrę (!!!) i pytała kiedy ją zabiorę - nie przetłumaczysz babsku, że mogę jedną sztukę bagażu limitowanego wagowo, a kołdrę mam, a jak bym nie miała to bym sobie kupiła. Mogłam jej powiedzieć, żeby mi pocztą wysłała :P
A po powrocie czekała mnie miła niespodzianka - nie dość, że Rajaner się postarał i mój samolot doleciał wręcz przed czasem, to jeszcze na lotnisku czekał na mnie stęskniony Pitol z bukietem kwiatów w rękach. Dom też w jednym kawałku, nawet ogarnięty jako tako, a mój samochód nie został sprzedany ;P
A teraz powrót do szarej rzeczywistości i odliczanie do kolejnego wyjazdu - już tylko 4 tygodnie! Jupi!
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Chyba nienajgorzej się ostatnio dzieje z panem P.
Ale od początku.
Pojechaliśmy jakieś dwa tygodnie temu na grilla z okazji 30 urodzin mojej koleżanki. Tak to jest - ci nieżonaci, niedzieciaci w 30 urodziny balują; dzieciaci i żonaci - urządzają grille.
Tak więc impreza pełna była dobrego żarcia, i biegających dookoła dzieci.
Nie, nie żeby w tym było coś złego - muszę przyznać, że dzieci zachowywały się wzorowo. No i chyba Pitol też był pod wrażeniem, bo wracając do domu powiedział, że mam przestać brać tabletki :D
Nie żebym miała zamiar to zrobić, ale zrobiło mi się bardzo miło....
A tymczasem walizka spakowana - wypełniona głównie ciuchami dla moich siostrzeńców, słodyczami dla moich siostrzeńców, książkami pożyczonymi od mojej mamy, które muszę jej oddać.
Jutro lecę do Polski.
Sama. Pitol nie chciał, a mnie to było w pewnym sensie na rękę. To znaczy nie chciał jak kupowałam bilety kilka miesięcy temu, teraz może i by chciał... Jak pytałam to mówił, że nie, ale znam trochę te jego minki...
Dopiero kilka dni temu chyba do niego dotarło, że wyjeżdżam na 10 dni - spojrzał w moją stronę i rzekł: "i co ja teraz będę jadł?" :D
Niedługo potem stwierdził, że jeśli przygrucham sobie - uwaga - polskiego (!), nowego chłopaka, i nie wrócę do Szkocji, to sprzeda mój samochód :D "Bo wiesz, będę musiał sam zapłacić za mieszkanie" :D
Bosz, skąd on bierze takie pomysły ;) Bo już nie wspomnę, że to z mojego konta schodzi czynsz :P
To będzie nasza pierwsza rozłąka na tyle dni od prawie 3 lat. Ciekawe jak to będzie...
Ale od początku.
Pojechaliśmy jakieś dwa tygodnie temu na grilla z okazji 30 urodzin mojej koleżanki. Tak to jest - ci nieżonaci, niedzieciaci w 30 urodziny balują; dzieciaci i żonaci - urządzają grille.
Tak więc impreza pełna była dobrego żarcia, i biegających dookoła dzieci.
Nie, nie żeby w tym było coś złego - muszę przyznać, że dzieci zachowywały się wzorowo. No i chyba Pitol też był pod wrażeniem, bo wracając do domu powiedział, że mam przestać brać tabletki :D
Nie żebym miała zamiar to zrobić, ale zrobiło mi się bardzo miło....
A tymczasem walizka spakowana - wypełniona głównie ciuchami dla moich siostrzeńców, słodyczami dla moich siostrzeńców, książkami pożyczonymi od mojej mamy, które muszę jej oddać.
Jutro lecę do Polski.
Sama. Pitol nie chciał, a mnie to było w pewnym sensie na rękę. To znaczy nie chciał jak kupowałam bilety kilka miesięcy temu, teraz może i by chciał... Jak pytałam to mówił, że nie, ale znam trochę te jego minki...
Dopiero kilka dni temu chyba do niego dotarło, że wyjeżdżam na 10 dni - spojrzał w moją stronę i rzekł: "i co ja teraz będę jadł?" :D
Niedługo potem stwierdził, że jeśli przygrucham sobie - uwaga - polskiego (!), nowego chłopaka, i nie wrócę do Szkocji, to sprzeda mój samochód :D "Bo wiesz, będę musiał sam zapłacić za mieszkanie" :D
Bosz, skąd on bierze takie pomysły ;) Bo już nie wspomnę, że to z mojego konta schodzi czynsz :P
To będzie nasza pierwsza rozłąka na tyle dni od prawie 3 lat. Ciekawe jak to będzie...
środa, 6 czerwca 2012
Wizyta mamy się udała. Moim zdaniem przynajmniej, jej jeszcze nie miałam okazji spytać. Oczywiście pogoda mogłaby być lepsza - przez 3 dni padało, ale nie ma tego złego... - robiłyśmy zakupy. Tzn. mama robiła, a ja towarzyszyłam - wydała jakieś chore ilości pieniędzy na ubrania, buty, żarcie na miescie i ... na mnie ;P No ale to się często nie zdarza, więc pozwoliłam się trochę rozpuścić.
Wspominałam kiedyś o szukaniu znajomych na necie. Otóż właśnie osobiście poznałam dziewczynę, z którą wymieniałyśmy się mailami od jakiegoś czasu. Spotkanie trwało trochę ponad 3 godziny (tylko - bo Pitol mnie zamęczał smsami, że jest głodny, a ja obiecałam go nakarmić ;P) i miałam wrażenie, że nie mogłyśmy się nagadać, całkiem jak przyjaciółki, które się nie widziały od lat. Nie mówię, że tak w istocie będzie, ale jestem dobrej myśli. Mam nadzieję, że mnie polubiła. Pytała, co robię w łikend, więc chyba tak ;P
Kolega z pracy - Polak (nasz rodzynek) - ogłosił na fejsbuku, że się zaręczył. Spytany kiedy się żeni powiedział, że nieprędko - po prostu chcięli się zaręczyć. To było z jakieś dwa miesiące temu. We wtorek powiedział mi, że się żeni... w lipcu! Pytam, czy zaciążyli, a on na to, że nie, po prostu chcą wziąć ślub. Tylko cywilny, tutaj, a potem kościelny kiedyś tam w Polsce.
No i mnie ukłuło. Ja nie wiem co ja ostatnio mam z tymi ślubami, ale zazdroszczę ludziom. Durne to, bo sama pochodzę z "rozwiedzionej" rodziny, wokół mnie pełno innych rozbitych. Albo nieszczęśliwych. I mimo to bycie żoną mnie kręci. Mam nierówno pod sufitem, bo znając życie, to tylko wszystko popsuje, gdyż chłop od dawna mi się rozleniwia, i nie chce mu się dbać o nasz związek, dużo czasu spędza poza domem itp. A ja i tak chcę.
No i kolegi zaręczyny sprowokowały rozmowę. Opowiedziałam mu o koledze, i pytam Pitola czy widzi nas w przyszłości jako męża i żonę. On, że tak. Ale że nie chce wielkiego wesela, z wielką pompą. Ja na to, że też. Że mi wystarczy cywilny, tutaj, z najbliższą rodziną. I nawet obiadem zamiast wesela. No i się zdziwiłam, że się w tym wszystkim zgadzamy. A co będzie, jeśli będzie, to czas pokaże.
A tak z innej beczki, będę musiała chyba zrobić jakiś risercz, jak w naturalny sposób "wyrównać" skoki nastrojów. Kilka dni temu spędziłam dwie bezsenne noce pod rząd, bo obsesyjnie o czymś myślałam, nie mogłam się uspokoić, i miałam doła jak stąd do Zakopanego. A dziś jestem szczęśliwa, i spokojna. Wykańcza mnie to.
Czy to może być depresja. albo jakaś jej pochodna?
A teraz odliczam do urlopu w Polsce za 3 tygodnie i Chorwacji w sierpniu.
Wspominałam kiedyś o szukaniu znajomych na necie. Otóż właśnie osobiście poznałam dziewczynę, z którą wymieniałyśmy się mailami od jakiegoś czasu. Spotkanie trwało trochę ponad 3 godziny (tylko - bo Pitol mnie zamęczał smsami, że jest głodny, a ja obiecałam go nakarmić ;P) i miałam wrażenie, że nie mogłyśmy się nagadać, całkiem jak przyjaciółki, które się nie widziały od lat. Nie mówię, że tak w istocie będzie, ale jestem dobrej myśli. Mam nadzieję, że mnie polubiła. Pytała, co robię w łikend, więc chyba tak ;P
Kolega z pracy - Polak (nasz rodzynek) - ogłosił na fejsbuku, że się zaręczył. Spytany kiedy się żeni powiedział, że nieprędko - po prostu chcięli się zaręczyć. To było z jakieś dwa miesiące temu. We wtorek powiedział mi, że się żeni... w lipcu! Pytam, czy zaciążyli, a on na to, że nie, po prostu chcą wziąć ślub. Tylko cywilny, tutaj, a potem kościelny kiedyś tam w Polsce.
No i mnie ukłuło. Ja nie wiem co ja ostatnio mam z tymi ślubami, ale zazdroszczę ludziom. Durne to, bo sama pochodzę z "rozwiedzionej" rodziny, wokół mnie pełno innych rozbitych. Albo nieszczęśliwych. I mimo to bycie żoną mnie kręci. Mam nierówno pod sufitem, bo znając życie, to tylko wszystko popsuje, gdyż chłop od dawna mi się rozleniwia, i nie chce mu się dbać o nasz związek, dużo czasu spędza poza domem itp. A ja i tak chcę.
No i kolegi zaręczyny sprowokowały rozmowę. Opowiedziałam mu o koledze, i pytam Pitola czy widzi nas w przyszłości jako męża i żonę. On, że tak. Ale że nie chce wielkiego wesela, z wielką pompą. Ja na to, że też. Że mi wystarczy cywilny, tutaj, z najbliższą rodziną. I nawet obiadem zamiast wesela. No i się zdziwiłam, że się w tym wszystkim zgadzamy. A co będzie, jeśli będzie, to czas pokaże.
A tak z innej beczki, będę musiała chyba zrobić jakiś risercz, jak w naturalny sposób "wyrównać" skoki nastrojów. Kilka dni temu spędziłam dwie bezsenne noce pod rząd, bo obsesyjnie o czymś myślałam, nie mogłam się uspokoić, i miałam doła jak stąd do Zakopanego. A dziś jestem szczęśliwa, i spokojna. Wykańcza mnie to.
Czy to może być depresja. albo jakaś jej pochodna?
A teraz odliczam do urlopu w Polsce za 3 tygodnie i Chorwacji w sierpniu.
wtorek, 15 maja 2012
Bloggerowi coś się stało odkąd to byłam ostatnio, jakiś dziwny jest.
Nie chce mi się pisać. Wena mnie opuściła. Coś przychodzi mi do głowy, stwierdzam, że warto by o tym napisać, a potem... zapominam.
Więc w skrócie.
Pitol i rodzina Pitola sieje panikę, że wrócę do Polski na stałe. Bo zdarzyło mi się walnąć, że w Polsce (w czasie gdy to mówiłam) temperatury dochodzą do 35st.C, i że wolałabym być tam a nie tu - gdzie w nocy jest około 5 stopni, a w dzień szalone 10. A może dlatego, że musiałam powiedzieć coś, że jak pojadę do Polski na urlop to już nie wrócę :P
Ot, durna baba. Chciałam tylko, żeby P powiedział coś w stylu "och, kochanie, nie rób tego" ;P
Efekt - jak zawsze - odwrotny.
Pitol powiedział, że jego ojciec ostatnio pytał, czy ja faktycznie zamierzam tak zrobić, i co by było w takim razie jakbyśmy mieli dziecko.
Matko boska...
Chyba naprawdę muszę zacząć uważać na to, co mówię.
Poza tym bez zmian. Życie z dnia na dzień. Raz lepiej, raz gorzej.
Na mamę czekam, jeszcze tylko 10 dni :) Tylko jak się cholera pogoda nie poprawi, to ja nie wiem co ja tu z nią zrobię. Bo przecież ona nawet nie zrozumie, co w telewizorze...
Nie chce mi się pisać. Wena mnie opuściła. Coś przychodzi mi do głowy, stwierdzam, że warto by o tym napisać, a potem... zapominam.
Więc w skrócie.
Pitol i rodzina Pitola sieje panikę, że wrócę do Polski na stałe. Bo zdarzyło mi się walnąć, że w Polsce (w czasie gdy to mówiłam) temperatury dochodzą do 35st.C, i że wolałabym być tam a nie tu - gdzie w nocy jest około 5 stopni, a w dzień szalone 10. A może dlatego, że musiałam powiedzieć coś, że jak pojadę do Polski na urlop to już nie wrócę :P
Ot, durna baba. Chciałam tylko, żeby P powiedział coś w stylu "och, kochanie, nie rób tego" ;P
Efekt - jak zawsze - odwrotny.
Pitol powiedział, że jego ojciec ostatnio pytał, czy ja faktycznie zamierzam tak zrobić, i co by było w takim razie jakbyśmy mieli dziecko.
Matko boska...
Chyba naprawdę muszę zacząć uważać na to, co mówię.
Poza tym bez zmian. Życie z dnia na dzień. Raz lepiej, raz gorzej.
Na mamę czekam, jeszcze tylko 10 dni :) Tylko jak się cholera pogoda nie poprawi, to ja nie wiem co ja tu z nią zrobię. Bo przecież ona nawet nie zrozumie, co w telewizorze...
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Tylko chciałam napisać, że nie wiem co mi i Pitolowi się stało. Właśnie czytałam jakieś pierdoły na necie, i sobie uświadomiłam, że dawno się nie kłóciliśmy. Nie żebym narzekała, ale jest to dość niespotykane. I fajne...
Czyżbyśmy - w końcu - się dotarli? Nawet jak szukam ognia zapalnego (mówi się tak w ogóle?), to on już wie, jak mnie ułagodzić. Bo nie oszukujmy się, to ja jestem kłótnica, nie on.
Wydaje mi się, że dużą różnicę zrobiła przerwa świąteczna w jego szkole, czyli mało stresu. Wczoraj pojechał na mecz do Glasgow, do domu wrócił tylko żeby się przebrać, i nie wrócił do domu zanim położyłam się spać - próbowałam się pokłocić przez smsy, ale się nie dał :) Tzn. nie "próbowałam" się kłóćić celowo, dla samego kłócenia się, ale coś mnie wkurzyło, i chciałam to wyjaśnić.
Wygląda tak słodko jak mówi do mnie "buzi!". Nawet nie słychać wtedy, że nie jest Polakiem :D
Choć ten temat też ostatnio wrócił. Otóż ktoś mnie zapytał czy jestem w ciąży. I moja pani doktor też powiedziała, że mały teścik nie zaszkodzi, to zrobiłam - i tak jak mówiłam - nie jestem. Ale Pitol ma wątpliwość, jak to niby miałoby się odbyć. Bo ja już kiedyś zapowiedziałam, że do swojego dziecka będę mówić po polsku. A on się boi, że własnego dziecka dziecka nie będzie rozumiał, dopóki ono nie będzie umiało rozróżnić, który język jest który. Moim zdaniem, to będzie mógł się uczyć razem z nim. I nawet jego rodzice się na te watpliwości postukali w czółko mówiąc "większych problemów nie masz?" :P
Bosz, jakie my mamy problemy :P
A dziecka przecież i tak nie ma, i raczej nieprędko będzie.
Żeby nie było, że coś.
Czyżbyśmy - w końcu - się dotarli? Nawet jak szukam ognia zapalnego (mówi się tak w ogóle?), to on już wie, jak mnie ułagodzić. Bo nie oszukujmy się, to ja jestem kłótnica, nie on.
Wydaje mi się, że dużą różnicę zrobiła przerwa świąteczna w jego szkole, czyli mało stresu. Wczoraj pojechał na mecz do Glasgow, do domu wrócił tylko żeby się przebrać, i nie wrócił do domu zanim położyłam się spać - próbowałam się pokłocić przez smsy, ale się nie dał :) Tzn. nie "próbowałam" się kłóćić celowo, dla samego kłócenia się, ale coś mnie wkurzyło, i chciałam to wyjaśnić.
Wygląda tak słodko jak mówi do mnie "buzi!". Nawet nie słychać wtedy, że nie jest Polakiem :D
Choć ten temat też ostatnio wrócił. Otóż ktoś mnie zapytał czy jestem w ciąży. I moja pani doktor też powiedziała, że mały teścik nie zaszkodzi, to zrobiłam - i tak jak mówiłam - nie jestem. Ale Pitol ma wątpliwość, jak to niby miałoby się odbyć. Bo ja już kiedyś zapowiedziałam, że do swojego dziecka będę mówić po polsku. A on się boi, że własnego dziecka dziecka nie będzie rozumiał, dopóki ono nie będzie umiało rozróżnić, który język jest który. Moim zdaniem, to będzie mógł się uczyć razem z nim. I nawet jego rodzice się na te watpliwości postukali w czółko mówiąc "większych problemów nie masz?" :P
Bosz, jakie my mamy problemy :P
A dziecka przecież i tak nie ma, i raczej nieprędko będzie.
Żeby nie było, że coś.
środa, 11 kwietnia 2012
Nieszczęścia chodzą parami.
To czemu zawsze odliczamy do trzech razy sztuka?
Najpierw P oznajmił, że jego babcia ma raka. I to już powinno liczyć się za trzy.
Koniec, kropka.
Wykryto go we wczesnym stadium, lekarze są dobrej myśli.
Potem popsuł mi się samochód.
A potem na mnie rzuciło się choróbsko.
Wiem, że te dwa ostatnie "niepowodzenia" to nic przy pierwszym, ale tylko potwierdziły regułę.
A z autem to było tak. Był strasznie zimny dzień, skończyłam pracę, wsiadłam do auta, a te ani dychu. Pitol przyjechał mnie uratować, połączył nasze silniki kablami, i moje auto odpaliło. W drodze powrotnej mało nie spowodowałam wypadku, bo ja gaz do dechy, a auto ledwo do przodu. Pojechaliśmy prosto do warsztatu. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że to łańcuch rozrządu (czy jak to tam się po polsku nazywa, jeśli nie jest paskiem rozrządu). I że będzie mnie to kosztować 500 funów. Zabrałam stamtąd auto, i złapałam się za głowę. A może raczej za portfel.
Aktualnie auto jest w innym warsztacie, właśnie dostałam informację, że to wcale nie łańcuch rozrządu, ale coś zupełnie innego. Czyli wyszło na to, że w pierwszym warsztacie próbowali mnie wycyckać i wymienić część, która jest w porzadku.
Ale koszt naprawy niestety będzie niewiele mniejszy.
Do dupy, bo to była kasa, którą odkładałam sobie, żeby zwrócić mamie większość kosztów naszej wycieczki... A tak muszę jakieś nadgodziny pokombinować, żeby trochę nadrobić.
A poza tym kilka dni temu rozchorowałam się dość mocno, łeb mi pękał i z nosa leciało, jak z kranu. Niestety nie było mi dane poleżakować w domu, bo mając nad głową widno rachunku od mechanika, nie mogłam iść na chorobowe. W zasadzie to pierwsza choroba od wycięcia migdałków, i muszę przyznać, że jak na tylko paracetamol, to przeszło dość szybko, bo w 3 dni. Jedno, co mnie uratowało, to sulfarinol (dość obrzydliwe krople do nosa), który mam jeszcze z Polski - bez niego, nie przespałabym kilku nocy...
A tak z innej beczki, to siostra Pitola powiedziała mi, że po okolicznych chałupach łazi jakiś Polak, i próbuje od ludzi wyciągać ich numery konta, że niby na cele charytatywne.
Aż duma rozpiera z pomysłowości rodaków.
Polak potrafi!
Masakra.
To czemu zawsze odliczamy do trzech razy sztuka?
Najpierw P oznajmił, że jego babcia ma raka. I to już powinno liczyć się za trzy.
Koniec, kropka.
Wykryto go we wczesnym stadium, lekarze są dobrej myśli.
Potem popsuł mi się samochód.
A potem na mnie rzuciło się choróbsko.
Wiem, że te dwa ostatnie "niepowodzenia" to nic przy pierwszym, ale tylko potwierdziły regułę.
A z autem to było tak. Był strasznie zimny dzień, skończyłam pracę, wsiadłam do auta, a te ani dychu. Pitol przyjechał mnie uratować, połączył nasze silniki kablami, i moje auto odpaliło. W drodze powrotnej mało nie spowodowałam wypadku, bo ja gaz do dechy, a auto ledwo do przodu. Pojechaliśmy prosto do warsztatu. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że to łańcuch rozrządu (czy jak to tam się po polsku nazywa, jeśli nie jest paskiem rozrządu). I że będzie mnie to kosztować 500 funów. Zabrałam stamtąd auto, i złapałam się za głowę. A może raczej za portfel.
Aktualnie auto jest w innym warsztacie, właśnie dostałam informację, że to wcale nie łańcuch rozrządu, ale coś zupełnie innego. Czyli wyszło na to, że w pierwszym warsztacie próbowali mnie wycyckać i wymienić część, która jest w porzadku.
Ale koszt naprawy niestety będzie niewiele mniejszy.
Do dupy, bo to była kasa, którą odkładałam sobie, żeby zwrócić mamie większość kosztów naszej wycieczki... A tak muszę jakieś nadgodziny pokombinować, żeby trochę nadrobić.
A poza tym kilka dni temu rozchorowałam się dość mocno, łeb mi pękał i z nosa leciało, jak z kranu. Niestety nie było mi dane poleżakować w domu, bo mając nad głową widno rachunku od mechanika, nie mogłam iść na chorobowe. W zasadzie to pierwsza choroba od wycięcia migdałków, i muszę przyznać, że jak na tylko paracetamol, to przeszło dość szybko, bo w 3 dni. Jedno, co mnie uratowało, to sulfarinol (dość obrzydliwe krople do nosa), który mam jeszcze z Polski - bez niego, nie przespałabym kilku nocy...
A tak z innej beczki, to siostra Pitola powiedziała mi, że po okolicznych chałupach łazi jakiś Polak, i próbuje od ludzi wyciągać ich numery konta, że niby na cele charytatywne.
Aż duma rozpiera z pomysłowości rodaków.
Polak potrafi!
Masakra.
środa, 4 kwietnia 2012
Gnida.
Gnida wlezie w Twoje życie z butami.
Będzie jej się wydawać, że Cię dobrze zna tylko dlatego, że coś tam o sobie napisałaś.
Będzie jej się wydawać, że Cię rozgryzła, i zna Twoje życie lepiej niż Ty sama.
Będzie jej się wydawać, że może oceniać Ciebie nie znając Cię osobiście.
Że może wyciągać wnioski na temat Twojego życia i złowróżyć tylko dlatego, że lubisz marudzić i pisać więcej o tym co Cię boli, niż tym co Cię cieszy (w końcu po to masz tego bloga).
Gnida powie Ci, jaką to porażkę życiową poniosłaś.
Gnida powie Ci, że masz beznadziejną pracę, chociaż sama pracuje w podrzędnym sklepie ze szmatami, co ciekawe - za stawkę niższą niż Ty (wiesz, bo widziałaśile tam płacą w ogłoszeniu o pracy).
Gnida powie Ci, Twój facet ma Cię w dupie, i najlepiej to już teraz zakończyć tę farsę.
Bo napisałaś, że ma swoje za skórą.
Bo nie jest ideałem.
Tak jak i Ty.
A przede wszystkim jak gnida.
Gnida powie Ci, że Twoje życie z Twoim facetem to porażka, bo ona jest zamężna, a Ty nie. Bo ją mąż przytula, a Twój facet nie jest misiek-przytulasek, co nie głaszcze Cię po rączce i nie całuje publicznie w dupkę.
No i nie siedzi Ci pod pantoflem. I nigdy pod nim nie będzie siedział, bo jest facetem z jajami, który ma osobowość, swoje życie i nie włazi Ci w dupę. I jego postępowanie nie zawsze Ci się podoba - dlatego też Wasze pożycie razem nie ma sensu, bo przecież i tak nic z tego nie będzie.
Życie gnidy powinno przecież dla wszystkich stanowić przykład, i jeśli ktoś jest inny albo chce żyć inaczej niż gnida, to już jest be, i trzeba go skreślić, i mu dojebać.
Gnida to wie, dlatego Ci mówi. Żebyś wiedziała.
Żebyś nie zapominała, że jak się położysz, albo upadniesz, to gnida Cię kopnie.
A co ma sobie żałować? Przecież i tak jesteś nieudacznikiem.
Gnida twierdzi że ma tak fantastyczne życie, karierę, męża, pewnie jakieś bachory, więc przez to cały swój życiowy (i jakże polski) jad wylewa na Ciebie. A może i wystarcza go dla innych.
Bo gnida to wyrocznia. Bo przecież może. Bo przecież sobie pozwoliła.
A co najważniejsze, gnida jest przewidywalna - gnida wie, że jest gnidą, i jak ten wpis przeczyta, to uśmiechnie się sama do siebie z satysfakcją, i SOBIE NIE ODMÓWI TEJ NIEWĄTPLIWEJ PRZYJEMNOŚCI - napisze do tego odpowiedź. A będzie to odpowiedź godna gnidy. Postara się zatruć Ci życie jeszcze bardziej i będzie miała dużą satysfakcję, że Cię ruszyła.
Bo jest gnidą, i cieszy się, jak Tobie coś się nie uda, jak Tobie zdarzy się coś złego.
A ja ten jad wypierdolę od razu tam - gdzie jego miejsce, i miejsce gnidy - do kosza. Nawet nie przeczytam gnidy gnidolenia, bo moje życie ma wystarczająco dużo jadu od ludzi, których spotykam na żywo.
Więc gnido, oszczędź swój jakże cenny czas, i spierdalaj stąd, i to szybciutko.
Zabawne, że wiem, że sobie nie odmówisz...
Bo twoją przyjemnością jest cudze niepowodzenie, bo ten wpis sprawi ci przyjemność, bo udało ci się wbić komuś nóż w plecy.
Nie przewidziałaś jednak gnido, że moje plecy przyzwyczajone są do takich ostrzy. I możesz sobie go wbijać do woli. Na zdrowie!
Gnida wlezie w Twoje życie z butami.
Będzie jej się wydawać, że Cię dobrze zna tylko dlatego, że coś tam o sobie napisałaś.
Będzie jej się wydawać, że Cię rozgryzła, i zna Twoje życie lepiej niż Ty sama.
Będzie jej się wydawać, że może oceniać Ciebie nie znając Cię osobiście.
Że może wyciągać wnioski na temat Twojego życia i złowróżyć tylko dlatego, że lubisz marudzić i pisać więcej o tym co Cię boli, niż tym co Cię cieszy (w końcu po to masz tego bloga).
Gnida powie Ci, jaką to porażkę życiową poniosłaś.
Gnida powie Ci, że masz beznadziejną pracę, chociaż sama pracuje w podrzędnym sklepie ze szmatami, co ciekawe - za stawkę niższą niż Ty (wiesz, bo widziałaśile tam płacą w ogłoszeniu o pracy).
Gnida powie Ci, Twój facet ma Cię w dupie, i najlepiej to już teraz zakończyć tę farsę.
Bo napisałaś, że ma swoje za skórą.
Bo nie jest ideałem.
Tak jak i Ty.
A przede wszystkim jak gnida.
Gnida powie Ci, że Twoje życie z Twoim facetem to porażka, bo ona jest zamężna, a Ty nie. Bo ją mąż przytula, a Twój facet nie jest misiek-przytulasek, co nie głaszcze Cię po rączce i nie całuje publicznie w dupkę.
No i nie siedzi Ci pod pantoflem. I nigdy pod nim nie będzie siedział, bo jest facetem z jajami, który ma osobowość, swoje życie i nie włazi Ci w dupę. I jego postępowanie nie zawsze Ci się podoba - dlatego też Wasze pożycie razem nie ma sensu, bo przecież i tak nic z tego nie będzie.
Życie gnidy powinno przecież dla wszystkich stanowić przykład, i jeśli ktoś jest inny albo chce żyć inaczej niż gnida, to już jest be, i trzeba go skreślić, i mu dojebać.
Gnida to wie, dlatego Ci mówi. Żebyś wiedziała.
Żebyś nie zapominała, że jak się położysz, albo upadniesz, to gnida Cię kopnie.
A co ma sobie żałować? Przecież i tak jesteś nieudacznikiem.
Gnida twierdzi że ma tak fantastyczne życie, karierę, męża, pewnie jakieś bachory, więc przez to cały swój życiowy (i jakże polski) jad wylewa na Ciebie. A może i wystarcza go dla innych.
Bo gnida to wyrocznia. Bo przecież może. Bo przecież sobie pozwoliła.
A co najważniejsze, gnida jest przewidywalna - gnida wie, że jest gnidą, i jak ten wpis przeczyta, to uśmiechnie się sama do siebie z satysfakcją, i SOBIE NIE ODMÓWI TEJ NIEWĄTPLIWEJ PRZYJEMNOŚCI - napisze do tego odpowiedź. A będzie to odpowiedź godna gnidy. Postara się zatruć Ci życie jeszcze bardziej i będzie miała dużą satysfakcję, że Cię ruszyła.
Bo jest gnidą, i cieszy się, jak Tobie coś się nie uda, jak Tobie zdarzy się coś złego.
A ja ten jad wypierdolę od razu tam - gdzie jego miejsce, i miejsce gnidy - do kosza. Nawet nie przeczytam gnidy gnidolenia, bo moje życie ma wystarczająco dużo jadu od ludzi, których spotykam na żywo.
Więc gnido, oszczędź swój jakże cenny czas, i spierdalaj stąd, i to szybciutko.
Zabawne, że wiem, że sobie nie odmówisz...
Bo twoją przyjemnością jest cudze niepowodzenie, bo ten wpis sprawi ci przyjemność, bo udało ci się wbić komuś nóż w plecy.
Nie przewidziałaś jednak gnido, że moje plecy przyzwyczajone są do takich ostrzy. I możesz sobie go wbijać do woli. Na zdrowie!
niedziela, 25 marca 2012
niedziela, 18 marca 2012
Nie raz tutaj wspominałam, że brakuje mi ludzi, że jestem samotna, choć otoczona ludźmi. Że brakuje mi przyjaciółki, z którą możnaby pójść na kawę, na zakupy, albo ot tak, zadzwonić i powiedzieć, że mam chujowy dzień i wszystko jest do dupy.
Wczoraj zrobiłam coś, co komuś może wydawać się aktem desperacji.
Odpowiedziałam na ogłoszenie na pewnym portalu internetowym, na którym dwie dziewczyny (osobno) szukają koleżanki.
I obie odpisały! I wbrew moim obawom nie wydają się psychopatkami, tylko podobnie jak ja - są samotne na obczyźnie. Jedna w moim wieku, druga młodsza. Obie z mojego miasta, jedna z drugiego końca, druga mieszka na ulicy, którą codziennie wracam z pracy.
Czy poznam je na żywo? To się jeszcze okaże.
Może i jestem desperatką, ale jestem z siebie dumna, że w końcu zaczęłam coś w temacie samotności robić.
PS. Kupiłam za pieniądze od mamy 2 pary szpilek - uwaga - zamierzam się trochę odchamić modowo, nawet już zaczęlam je nosić. Choć i tak moje bluzy z kapturem na zawsze będą moimi ulubionymi!
PS2. Dziś przeprowadziłam małą rozmowę z moim przyszłym/niedoszłym teściem na temat zachowania mego Pitola. Otóż wkurzył mnie dziś, bo robiliśmy zdjęcia w ogródku, na ławeczce, a ten baran nawet mnie ramieniem nie chciał objąć. To było gorsze niż policzek, poczułam się jak gówno na chodniku, o ile owe może jakoś się czuć. No i wracając do teścia - zapytał mnie "a czy ty kiedyś widziałaś, żebym ja obejmował swoją żonę?". Good point. A wydają się być szczęśliwi, choć ponad 25 lat po ślubie. Nie wiem, mnie to drrażni tylko dlatego, że kiedyś taki nie był, rąk ode mnie nie mógł oderwać, a teraz to się muszę prosić o byle pacnięcie w ramię. Jakby był taki od początku, to spoko, ale nie...
Takie tam moje paranoje...
Wczoraj zrobiłam coś, co komuś może wydawać się aktem desperacji.
Odpowiedziałam na ogłoszenie na pewnym portalu internetowym, na którym dwie dziewczyny (osobno) szukają koleżanki.
I obie odpisały! I wbrew moim obawom nie wydają się psychopatkami, tylko podobnie jak ja - są samotne na obczyźnie. Jedna w moim wieku, druga młodsza. Obie z mojego miasta, jedna z drugiego końca, druga mieszka na ulicy, którą codziennie wracam z pracy.
Czy poznam je na żywo? To się jeszcze okaże.
Może i jestem desperatką, ale jestem z siebie dumna, że w końcu zaczęłam coś w temacie samotności robić.
PS. Kupiłam za pieniądze od mamy 2 pary szpilek - uwaga - zamierzam się trochę odchamić modowo, nawet już zaczęlam je nosić. Choć i tak moje bluzy z kapturem na zawsze będą moimi ulubionymi!
PS2. Dziś przeprowadziłam małą rozmowę z moim przyszłym/niedoszłym teściem na temat zachowania mego Pitola. Otóż wkurzył mnie dziś, bo robiliśmy zdjęcia w ogródku, na ławeczce, a ten baran nawet mnie ramieniem nie chciał objąć. To było gorsze niż policzek, poczułam się jak gówno na chodniku, o ile owe może jakoś się czuć. No i wracając do teścia - zapytał mnie "a czy ty kiedyś widziałaś, żebym ja obejmował swoją żonę?". Good point. A wydają się być szczęśliwi, choć ponad 25 lat po ślubie. Nie wiem, mnie to drrażni tylko dlatego, że kiedyś taki nie był, rąk ode mnie nie mógł oderwać, a teraz to się muszę prosić o byle pacnięcie w ramię. Jakby był taki od początku, to spoko, ale nie...
Takie tam moje paranoje...
poniedziałek, 12 marca 2012
Moja mama to wariatka ;)
Kilka dni temu wysłała mi maila o treści "wysłałam na Twoje konto odprysk z mojej złamanej kości". Nie od razu domysliłam się o co chodzi. Ale coś mnie tknęło, i sprawdziłam swoje polskie konto bankowe.
Mama przelała mi 1000zł!
Ale co za "odprysk"?
Zaskoczyłam.
W zeszłym roku mama złamała nogę na wycieczce w Turcji, a teraz dostała jakieś tam ubezpieczenie/zadośćuczynienie i postanowiła się ze mną i moją siostrą podzielić.
Najpierw ją więc opierniczyłam, bo swojej kasy mi wystarcza. Potem podziękowałam, bo nowe spodnie, buty i aparat mi się przydadzą. Mama stwierdziła, że bardzo się z moją siostrą różnimy, bo ona kasę wzięła i nawet nie spytała, z jakiej okazji... Ale to odrębny temat.
Więc nie dosyć, że mamita sponsoruje większą część naszej wycieczki do Chorwacji, to jeszcze mi wysyła pieniądze.
Swoją drogą odkryłam, że wolno mi mije polskie konto bankowe połączyć z moim tutejszym numerem telefonu, na który wysyłane są hasła do operacji bankowych :)
I tak na marginesie. Miałam nadmiar białek w domu, więc popełniłam - z przepisu słynnej już Doroty - kawowy torcik bezowy (http://mojewypieki.blox.pl/2009/07/Tort-bezowo-kawowy.html). Coś się popsuło na bloggerze, i jakoś dziwnie się linki wkleja :(



Pychota! Nie dziwię się, że mama mówi, że dobrze wyglądam - patrz: przytyłam... :P
Kilka dni temu wysłała mi maila o treści "wysłałam na Twoje konto odprysk z mojej złamanej kości". Nie od razu domysliłam się o co chodzi. Ale coś mnie tknęło, i sprawdziłam swoje polskie konto bankowe.
Mama przelała mi 1000zł!
Ale co za "odprysk"?
Zaskoczyłam.
W zeszłym roku mama złamała nogę na wycieczce w Turcji, a teraz dostała jakieś tam ubezpieczenie/zadośćuczynienie i postanowiła się ze mną i moją siostrą podzielić.
Najpierw ją więc opierniczyłam, bo swojej kasy mi wystarcza. Potem podziękowałam, bo nowe spodnie, buty i aparat mi się przydadzą. Mama stwierdziła, że bardzo się z moją siostrą różnimy, bo ona kasę wzięła i nawet nie spytała, z jakiej okazji... Ale to odrębny temat.
Więc nie dosyć, że mamita sponsoruje większą część naszej wycieczki do Chorwacji, to jeszcze mi wysyła pieniądze.
Swoją drogą odkryłam, że wolno mi mije polskie konto bankowe połączyć z moim tutejszym numerem telefonu, na który wysyłane są hasła do operacji bankowych :)
I tak na marginesie. Miałam nadmiar białek w domu, więc popełniłam - z przepisu słynnej już Doroty - kawowy torcik bezowy (http://mojewypieki.blox.pl/2009/07/Tort-bezowo-kawowy.html). Coś się popsuło na bloggerze, i jakoś dziwnie się linki wkleja :(



Pychota! Nie dziwię się, że mama mówi, że dobrze wyglądam - patrz: przytyłam... :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















