Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

czwartek, 5 sierpnia 2010

to tak...

wprowadzam w Szkocji nowy zwyczaj - imieniny :) bo moje były 26ego lipca. bardzo mi się podobało, że Piter zabrał mnie do restauracji i dał pieniążki na kurtkę, którą sobie wypatrzyłam na ebayu :) ale nie mogłam znaleźć kiedy jest Piotra :P tzn. znalazłam, ale nie wiedziałam, która to z wielu dat. wychodzi chyba na to, że 29. czerwca, więc po ptokach :P

za 11 dni urlop!! nasz pierwszy wspólny wyjazd do Polski. chyba jestem bardziej podekscytowana niż zdenerwowana, więc pozytywnie. grunt, żeby pogoda była ładna, to nie będziemy się u mie na wsi nudzić :)

za to zdenerwowana jestem innym faktem. otóż wracamy 26ego, a 27ego odbieramy klucze od naszego pierwszego wspólnego (niestety wynajmowanego) mieszkania. poszukiwania były żmudne i długo bezowocne - a bo to cena nie taka, to lokalizacja do bani, a to ogrzewanie nie takie, a to parkingu nie ma a dwa auta trzeba gdzieś zmieścić...
mieszkanko jest malutkie, ale po wpakowaniu w nie trochę miłości pod tytułem "pół ikei" będzie fajne. i ma wannę :) mała rzecz a cieszy po miesiącach pod prysznicem:). kuchnia jest razem z livingiem ("pokojem dziennym") i jadalnią, więc fajnie, bo w końcu nie będę odizolowana przy garach :P i fajnie mi się zrobiło, jak Piter powiedział, że za każdym razem jak tamtędy przejeżdża to ma ochotę wjechać na naszą uliczkę :)
no ale oprócz radości są też stresy... bo po pierwsze wyprowadza się z domu rodzinnego, więc jest przyzwyczajony, że mamusia pierze, prasuje, gotuje i... daje piątaka na lunch(!!!).
boję się o kasę, bo ja spłacam pożyczkę, on spłaca auto, więc może być cienko, tzn. ja jestem przyzwyczajona, ale on nie bardzo, i nie chcę, żeby potem odreagowywał na mnie brak kasy na zbytki i przyjemności. także jak zawsze medal ma dwie strony... nic, zobaczymy jak to będzie...

a, no i chwała Piterowi, że namówił mnie, żebym kupiła auto wcześniej niż musiałam, bo dość pokrętną drogą, ale wydedukowałam, że mój były nie płaci ubezpieczenia za poprzednie auto. no szlag normalnie może człowieka trafić! a co jakbym się rozpieprzyła?! bosz, co za debil...
[mały updejt: właśnie przyszedł zobaczyć auto, bo nie odpaliło mi ostatnio, więc potwierdził moją tezę, że to akumulator, oddałam mu kluczyki - jeszcze niech tylko odda mi resztę kasy i paszoł won! i się uśmiałam, bo powiedział "i nie chudnij już wiecej" - no tak, odkąd mnie poznał ja schudłam jakieś 30kg, ale on za to wygląda jak pączuś w maśle]

no, to idę szperać w ikea.com :P

sobota, 17 lipca 2010

ja w ogóle to jakaś dziwna jestem. Piter pracuje w centrum handlowym, w restauracji, a że ma przerąbane godziny pracy, i ja zresztą też, to się mijamy kompletnie i nie widzimy po kilka dni. no i dzisiaj pojechałam do tego centrum na zakupy, dostałam smsa, że akurat miał przerwę.
no i się sfoszyłam, że nie powiedział, żebym przyszła na chwilę. jak już odjechałam napisał "czemu nie przyszłaś?" - "bo mi nie powiedziałeś ( w domyśle "k**wa") że masz ochotę mnie widzieć".
no i mam doła na własne życzenie - idiotka, jak sama "siebie" czytam to mi się k**wa żal robi. a odpierdzieliłam się do tego centrum jak na gościnne występy, szpilki i w ogóle, chciałam żeby był dumny, a tu ch**j! tylko tyle, że sobie ego podbudowałam - paru obślinionych facetów, w tym jeden prowadzący swoją malutką córeczkę za rękę! (faceci to sk**wysyny swoją drogą).

więc to oficjalne, jestem nienormalna! i moje durne fochy, zazdrość i cholera wie co jeszcze do niczego dobrego nie doprowadzą... jemu już należy się medal, że ze mną wytrzymuje! amen.

a może to hormony??

wtorek, 6 lipca 2010

Dziwne to życie. Moje przynajmniej. Totalna sinusoida. Góra, dół. Góra, dół.

Pomimo smutnych wydarzeń ostatnich miesięcy tak mi jakoś od kilku dni... dobrze. Wyjaśniliśmy sobie trochę rzeczy z Pete'm, bo ostatnio to już kiepsko z nami było. Jakieś bezsensowne kłótnie i nieporozumienia jedno za drugim. Do tego stopnia, że w pewnym momencie dostałam od niego wiadomość "wiem, że mnie zostawisz". Ale wręcz przeciwnie, wszystko się uspokoiło, i oby tak już zostało. W przyszłym tygodniu mamy prawdopodobnie zacząć szukać mieszkania razem. Nawet znalazłam jedno idealne (na zdjęciach hehe), jak nie zniknie do tej pory, to pójdziemy obejrzeć.

Aaa, i kupiłam sobie auto :) Czarną Corsę sxi+ :D Cudne moje maleństwo śmiga jak trzeba :)
Ale co jest zabawne - oczywiście zajęło mi kilka dni przyzwyczajenie się, i teraz jak po dwóch tygodniach chciałam przeparkować Audi, nie chciało nawet drgnąć hehe. Już się odzwyczaiłam od jego pedałów :)

Ale żeby była równowaga w przyrodzie - nienawidzę swojej pracy, szukam nowej - na razie bezskutecznie.
I chyba mam hemoroidy... :(

Ech, życie...

wtorek, 22 czerwca 2010

kilkanaście tygodni temu umarła mi babcia - mama taty.
zaraz po niej umarł jej syn a brat mojego taty - H.

wczoraj umarł mój tata.

miał 55 lat. nie wiemy co i jak i kiedy i dlaczego.
i nie będziemy wiedzieć, bo nie będzie sekcji. życia mu to i tak nie przywróci. nie jadę na pogrzeb, jest jutro. siostra zamówiła wieniec w moim imieniu.
popłakałam wczoraj troszkę, dziś już jest normalnie. tata, albo raczej ojciec - jak go zawsze nazywam, nigdy nie był mi bliski. pijaczyna, który zrujnował życie mojej mamy a po części moje i mojej siostry. żal mi, że nie powiedziałam mu i już nie powiem kilku rzeczy, które zawsze chciałam mu powiedzieć. nie - nie, że go kocham - że jestem na niego zła! że jak mógł! że mnie spaczył do końca życia...
nie będę już mówić o nim źle, bo o zmarłych źle się nie mówi.
jest mi trochę przykro.
i jestem wściekła, bo okazało się, że moja "fantastyczna" babcia, i swoją śmiercią ojciec zostawili mi i mojej siostrze w spadku... dług 40 tyś. zł.! dziękuję Wam kochani! piękne ostatnie pożegnanie... w zasadzie nic lepszego się po nich nie spodziewałam.


sobota, 19 czerwca 2010

rozmawiałam wczoraj z Peterem o emigracji, że nie ma pojęcia jak to jest, i że wszystkim Brytolom to się wydaje, że to tak hop siup, przyjechalim, zabralim im pracę i szczęśliwi. tłumaczyłam mu, że ja już jestem napiętnowana. że już nigdzie nie będę tak naprawdę w 100% szczęśliwa. bo jak jestem tu, to tęsknię za mamą, za rodziną, przyjaciółmi, Polską, kebebem z Qrnika. jak jestem tam to tęsknię za Pitolem, moim autem i kawą ze Starbucksa... i tak w koło macieju. i jak zaczęłam coś mówić o moich przyjaciółkach z Polski, to mi się gardło ścisnęło, i łza zabłysła w mym oku...
nie wiem czy zrozumiał...

STRASZNIE ZA WAMI TĘSKNIĘ DZIEWCZYNY, WSZYSTKIM RAZEM I KAŻDĄ Z OSOBNA! NIKT Mi WAS TU NIE ZASTĄPI(Ł).

środa, 16 czerwca 2010

"Anka, tam w górach, była prezentem od Losu. Do dzisiaj mam wrażenie, że bez przerwy otrzymuję od niego prezenty. Czasem ich sens widzę dopiero po jakimś czasie, szczególnie jeśli ktoś lub coś odchodzi i w pierwszym momencie wydaje mi się, że świat oszalał, że to niemożliwe, zbyt bolesne, niesprawiedliwe. Potem okazuje się, że otwierają się jakieś nowe, nieprawdopodobne przestrzenie, niezwykłe możliwości, że to, co uważałam za stratę, jest darem, to, co było smutkiem, zamienia się w radość, to wszystko są prezenty od Przeznaczenia."

"(...) Obiecałam sobie nigdy, ale to nigdy nie oceniać ludzi. Bo nigdy nie wiemy, co się kryje pod pozorami ludzkich motywacji i zachowań. Nie wiemy po prostu nic o drugim człowieku, z wyjątkiem tego, że na jego półce w lodówce leży wyłącznie arbuz. (...)"

" A kim ja jestem> Wiem, jak się nazywam, wiem czego nie chcę, wiem, co powinnam. Ale kim jestem? Co robię? Dlaczego prowokuję los? Czego o sobie nie wiem? Co mam zrobić, żeby moja córka była szczęśliwa?
Dopiero później dowiedziałam się, że aby dziecko było szczęśliwe, szczęśliwa musi być matka."

"Piszę o psie, którego kochałam, bo tak jest łatwiej. Nie piszę o chorobach i śmierciach moich bliskich, a przecież moje życie również składa się z takich dramatów. Ale to życie, a nie książka. I niech tak zostanie.
Dzisiaj jest piękne.
Mądrzy ludzie mówią, że przeszłością nie można się zajmować, bo jej już nie ma, przyszłością nie warto, bo jej jeszcze nie ma. Ważna jest tylko teraźniejszość. Tego próbuję się trzymać. Dopóki żyjemy, na nic nie jest za późno. Nie jest za późno na radość, nadzieję, miłość, bez względu na to, ale ma się lat, i bez względu na to, co się zdarzyło niegdyś."

Katarzyna Grochola "Zielone drzwi"

piątek, 11 czerwca 2010

Z Peterem to tak - chyba zrobiłam wiele hałasu o nic. Mam jakąś straszną tendencję do przesadzania ostatnio, a jak jestem "hormonalna" to już całkiem... Nie będę się wdawać w szczegóły, bo zaczęłam czytać fajną książkę a mama przywiozła mi ją i kilka innych z naszej biblioteki, wiec muszę je zdążyć przeczytać i odwieźć w sierpniu :)
Ogólnie to pożarliśmy się jeszcze trochę i w końcu doszliśmy do porozumienia. Wyszło na to, że strasznie stresuje się szkołą, stąd łatwość w oddawaniu się emocjom. Już jest wszystko w porządku, obiecałam że zluzuję i w ogóle. A jak każda baba z kolesiami i piłką nożną szans nie mam żadnych, więc po co walić głową w mur? Swoją drogą zaczęły się mistrzostwa świata, Peter za dwa tygodnie będzie zmieniał pracę, wiec tymczasowo mogę zapomnieć, że chłopa mam. Jedyne co starałam się na nim wymusić to to, że jak jest problem to trzeba obgadać, bo on zawsze mówi "dobra, zostaw to", a tak problemów się nie rozwiązuje, wręcz przeciwnie, narastają tylko. A dzisiaj na przykład widziałam go z pół godzinki - łał! :) - i był taki kochany Pituś przytulas :)

No ale przecież nie może być za pięknie. Rozwiążesz jeden kłopot - w łeb jebnie Cię drugi. "Kolega" z pracy - Mark gej - przyszedł dziś do pracy pijany (nie pierwszy raz zresztą) i nazwał mnie szmatą/dziwką (niepotrzebne skreślić) a potem zapytał, kiedy mi się wiza kończy. Uprzejmie go poinformowałam, że wizy nie potrzebuję, na co on, że "mamy nowego premiera i on Cię niedługo deportuje"!! Ja mu na to "w czym masz problem?" - "Ty jesteś moim problemem". A wszystko przez naszego wspólnego kolegę, który zaczął się od Marka izolować od kilku dni a tym samym więcej gadać ze mną, o co Mark jest ewidentnie zazdrosny i zachowuje się jak porzucony kochanek. Ani chwili się nie zastanawiałam, poszłam do kierownictwa i powiedziałam o całej sprawie. Mark zniknął, nigdzie pijaczyny nie można było znaleźć - prawdopodobnie poszedł do domu - ale za to cały sklep zaszumiał i podzielił się na grupki - tych, co uważają, że dobrze zrobiłam i tych, co nazywają mnie teraz "podpierdalaczką". Do tych ostatnich należy przede wszystkim Niki, która nota bene w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że jestem z Peterem, a która od jakiegoś czasu mnie ignoruje nie odpowiadając nawet na głupie cześć. Jedna z babek, która jest po mojej stronie, gdy dowiedziała się jak mi po tym obrabiają dupę, poszła do kierownictwa potwierdzić, to co ja im powiedziałam wcześniej. Skończyło się póki co na tym, że jedna z manadżerek zorganizowała nam spotkanko, powiedziała, że sprawa jest bardzo poważna i zabroniła rozmawiać o całej sytuacji między sobą. Teraz jestem wściekła, nawet nie na Marka, bo to pajac, i pewnie jak tylko wytrzeźwieje będzie mnie przepraszał na kolanach. Szlag mnie trafia na myśl o Niki. Bałam się, że powie jakieś bzdury Peterowi i będzie to miało na niego jakiś wpływ, bo przecież oni się znają o wiele dłużej. Na szczęście nic takiego się nie stało. Teraz czekam na dalszy ciąg wydarzeń, jutro postaram się w sobie zebrać i powiem Niki co o niej myślę, w miarę możliwości bez emocji.
Teraz zazdroszczę Peterowi, że za dwa tygodnie zaczyna nową pracę...
Chyba czas kopnąć się w dupę i ruszyć na poszukiwanie "nowej kariery". Tylko jak się za to zabrać... ech...

poniedziałek, 7 czerwca 2010

no to tak. będzie niewesoło.
jestem samotna wśród ludzi... strasznie, brakuje mi przyjaciół, mogę powiedzieć szczerze, że nie mam tu ani jednego, a jak tylko ktoś zaczyna do tego miana aplikować, zaraz zwija walizki i wyjeżdża. a może przesadzam? może w Polsce byłoby to samo, bo przecież każdy prędzej czy później zaczyna zajmować się swoim życiem... nie wiem, doły ostatnio łapię non stop.

i z Peterem też się jakoś pieprzy ostatnio, koniec miesiąca miodowego... boję się o to czy przetrwamy, a jak tak to czy będziemy się nadal mocno kochać?

zaczęło się jakoś czas temu kiedy powiedział, mi coś w stylu że "za dużo go całuję". kopara mi opadła... czy to grzech lubić czułość i okazywanie uczuć? wytłumaczyłam jak mi się zdawało krowie na rowie, skąd ta moja nieodparta potrzeba, że w domu mnie nikt nigdy nie przytulał, okazywał miłości itp chyba nie dotarło, ale strasznie wpłynęło na moją psychę, bo od tamtej pory za każdym razem jak się chcę do niego przytulić, to się zastanawiam, czy nie za dużo?? i zrobiłam się przez to bardziej nerwowa, co znowu najlepiej nie wpłynęło na wydarzenia "potem". przecież widziały gały co brały, ja się nie zmieniłam, nigdy nie byłam optymistką i chyba nigdy nie będę, bo tego nie można się nauczyć?? a on do mnie non stop z ryjem, że mam przestać patrzeć na wszystko negatywnie! no ale jak - się pytam, jak własny chłop nie pozwala mi okazywać czułości? nie mogę sobie popłakać (a czasem lubię), bo zaraz dostaję zjeby, że jestem niemądra. ostatnio tak na mnie huknął jak prowadziłam auto (nieważne czy miał rację czy nie), że znowu zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć, czego niestety czego świadkiem była moja mama, która najpierw przez to załapała doła, a potem się popłakała! a co Peter na to? stwierdził, że już w taki razie wie, po kim jestem taka uczuciowa...
potem znowu zaatakowała mnie wścieklizna, bo wiedziałam, że przez najbliższy tydzień nie będę miała wolnego, a jedyny dzień i noc w takim razie, które może u mnie spędzić jest sobota. a on co? pojechał z kolesiami na gokarty, potem oglądał z nimi boks w środku nocy i przez to nawet nie przyjechał się ze mną zobaczyć o umówionym czasie - nie przyjechałby pewnie wcale przed wieczorem, gdybym go niechcący nie obudziła smsem w niedzielę rano. no i znowu dwie racje, bo on mówi, że nie ma kiedy się widzieć z kolegami, bo praca, szkoła i że czasem trzeba. no i ja to rozumiem, ale o ile prościej byłoby gdyby się spytał, czy nie mam nic przeciwko, a nie wyjeżdżał do mnie, że przecież widzieliśmy się codziennie przez ostatnie 4 dni i noce. a co ja ku**a, limit wyczerpałam? jak ja mam wierzyć, że on mnie kocha i chce ze mną zamieszkać, jak 4 dni to za dużo?
potem znowu była jazda, bo stwierdził, że za mocno po nim jadę a propos szkoły - no fakt, może zamiast pytać co chwila, kiedy będzie się uczył, powinnam była trochę zluzować, ale nie mógł mi tego powiedzieć mi tego od razu - słuchaj, będę się uczył jak mam czas, nie ciśnij mnie, bo mam wystarczającego stresa? i jeszcze mi zarzucił, że go o to cisnę dla własnych celów, bo im szybciej to zrobi, tym szybciej zacznie pracować, i zarabiać wystarczająco, żebyśmy zamieszkali razem, bo wie, że ja już bym chciała. ogólnie to nie powiedział tego, ale zrobił ze mnie parszywą egoistkę, którą oczywiście jestem - jak każdy człowiek - do pewnego stopnia...
a jak chciałam o tym wszystkim pogadać, to on mówi "dobra, zostaw to już". dla mnie to wygląda jakby nie chciał rozmawiając rozwiązywać problemów - chciałabym mu to powiedzieć, ale się boję, że znowu powie "jesteś niemądra, zostaw to już". dzisiaj wybrał się do szkoły godzinę wcześniej, więc się spytałam czemu, a on, że o co mi chodzi i w ogóle. łzy mi stanęły w oczach i na chwilę zaniemówiłam, a on na to "nie mów nawet, że płaczesz". to powiedziałam, że nie i przełknęłam gulę... mam wrażenie, że w ogóle już nie mogę być sobą, bo wszystko jest be! a na początku jakoś nie wydawało się to sprawiać większego problemu... nawet teraz jak przejrzałam zdjęcia z pobytu mamy, to na wszystkich on ma na krzyż założone ręce, a ja go obejmuję. on idzie, a ja go przytulam albo obejmuję w pasie... pozycja zamknięta...

czy to już paranoja?? wytwór mojej wyobraźni?? koniec bajki?? a może faktycznie jestem niemądra... może za bardzo dramatyzuję...
spróbuję trochę zluzować, i zobaczymy, jak będzie...

środa, 26 maja 2010

właśnie zauważyłam, że mój były wykasował nasze wspólne zdjęcia z popularnego portalu społecznościowego. ja to zrobiłam prawie rok temu. w końcu!! może się nareszcie oczepi!!

a poza tym to mam już małą sraczkę, bo za 3 godziny odbieram mamę z lotniska. trudno uwierzyć, że sprzątanie jednego pokoju zajęło mi prawie 2 godz.!! nie że mama z sanepidu, ale tak jakoś zapuściłam trochę a dziś miałam nadmiar czasu, co ostatnio bardzo rzadko mi się zdarza...
no, będą jaja jak berety...

aaa, poza tym chyba nie wspominałam, że u mnie w pracy właśnie zwolnili jednego kolesia za zatajenie informacji, że ma sprawę w sądzie najwyższym za to, że złapali go za posiadanie... kilograma heroiny!! zawsze mnie dziwiło, że koleś pracujący jako kierowca w supermarkecie jeździ nową beemą, ale żeby aż tak?? kurdę, szok normalnie! posiedzi koło 10tki - a taki miły i sympatyczny - ja na jego miejscu to bym się powiesiła. już teraz wiem, że ufać, to można tylko sobie, ale to i też niekoniecznie...

czwartek, 20 maja 2010

ku**a, ale jestem napompowana!! szlag mnie zaraz trafi! nie można być idealnie szczęśliwym, zawsze ku**a coś!! Ex jest idiotą i nieodpowiedzialnym dupkiem na maxa! boże, co ja w nim widziałam?? wisi mi jeszcze ponad 500 funtów, które ode mnie pożyczył - a może powinnam napisać - byłam głupia i mu pożyczyłam (nigdy więcej!! nikomu!! a na pewno nie tyle!!) i on mi teraz jakimiś zj**anymi tekstami wyjeżdża jak się o kasę ku**a co miesiąc muszę upominać, że to np. nie wiem co się u niego dzieje - a co mnie to k**wa obchodzi? jak pożyczył to ma oddać!! jakby on co najmniej wiedział, co się się u mnie dzieje! baran jeden! - jakby mi oddał pieniądze to miałabym na przykład na samolot na pogrzeb wujka albo babci! pajac ku**a! bo on ma tyle rachunków do zapłacenia... a ja to ku**a nie mam?? moja wina, że dalej nie wylewa za kołnierz?? znajomi mówili, że nadal chodzi do pracy napie**olony jak szpadel. normalnie aż mnie trzęsie! już się nie nie mogę doczekać aż odda mi kasę, ja mu oddam auto, wyniosę się stąd (patrz: zmienię adres) i wymażę tego dupka z pamięci!!!! aaa, i jeszcze bezczelny pyta czy zapłacę za ubezp. auta w tym mies. (on płaci) - no chyba śmieszny jest! jemu po tym wszystkim zostanie całkiem nieźle działające auto, a mnie ku**a zdjęcie, jak se zrobię! i jeszcze do mnie, że auto działa, bo on płacił za naprawy itp. no nienormalny jest ku**a - może i tak, ale ja płaciłam bez własnej woli i wiedzy za jego drineczki w pracy, po i przed! a i jeszcze mi wyjechał, że zostawiłam go z niczym oprócz smoothie makera! w łeb sobie strzelę, przysięgam - może powinnam mu oddać w takim razie te kilka plastikowych pojemników i obtłuczony garnek?? ja pie**olę ku**a mać!
sorry musiałam to komuś napisać, a nie chcę memu kochanemu dupy zawracać, bo by go też szlag trafił i zrobił by jeszcze coś głupiego, bo jak słyszy o Exie (nazywa go "fu**in bimbo" - ładnie nie? ;p ) to go telepie, co mnie nie dziwi zresztą...
no, lepiej mi trochę, przepraszam ;) musiałam gdzieś się wyładować.

a teraz już czekam na mamę... jeszcze tylko kilka dni. apel do wulkanu - nawet się nie waż!!

niedziela, 25 kwietnia 2010

nie wiem czy ja zawsze byłam taka głupia czy to jakiś nowy nabytek. ja przysięgam, że to spieprzę... nie umiem odpuścić małych rzeczy, jakiś totalnych bzdur. 3 cytryny... jak ktoś oglądał film "Sztuka zrywania" ("The break up"), to wie o co chodzi... :/ skąd mi się to bierze?? potrafię awanturę zrobić o jakieś niedorzeczne pierdoły, wczoraj np. nie odzywałam się do niego, bo mnie zignorował w kantynie na śniadaniu, tzn. usiadł przy innym stoliku, przeszedł koło mnie bez słowa i wyszedł też bez słowa... czy może to ja miałam rację a nie on, gdy powiedział, że to dlatego, że byłam zajęta rozmową z współtowarzyszami śniadania? wściekłam się do tego stopnia, że w drodze do domu o mały włos nie rozpieprzyłam się razem z autem dwa razy, i raz o mały włos nie dostałam w mordę (dosłownie - wysiadł z auta!) od strażaka, którego strąbiłam, bo wymusił na mnie pierwszeństwo ch** jeden! a Peter w tym samym czasie dostał na meczu żółtą kartkę za agresję ...
doszłam do wniosku, że ta moja wścieklizna spowodowana jest tym, jak traktował mnie mój pierwszy "poważny" chłopak, tzn. też często mnie ignorował, też uważał że za dużo się przytulam i takie tam, no i mówił mi, że mnie kocha, choć potem okazało się to wierutną bzdurą. to moje tłumaczenie nie dotarło za bardzo do Petera.
i zawsze potem żałuję i obiecuję sama sobie, że już nigdy więcej! do następnego razu... :(
dobrze, że chociaż rzucanie palenia mi poszło lepiej, to już prawie 6 tygodni.
i kupiłam sobie rower. piękny! fioletowy! :) i odkąd go mam pada prawie codziennie, a dupa nadal boli od siodełka :D
a tymczasem Peter jutro zaczyna kurs w szkole, 7 tygodni, potem egzamin i jak zda, ma zagwarantowaną pracę i duuużo lepsze zarobki... no i może wtedy w końcu zamieszkamy razem i zobaczymy, czy się nie pozabijamy...

niedziela, 18 kwietnia 2010

uwielbiam budzić się opleciona jego ramionami, nawet jeśli wszystko mam z tego powodu zdrętwiałe... uwielbiam przytulać, całować... całego go uwielbiam - naczy nie, że fizycznie, po prostu, jako człowieka. i boję się tego. że znowu prędzej czy później dostanę kopa w dupę!!! można kochać za mocno??

sobota, 10 kwietnia 2010

katastrofa lotnicza samolotu prezydenckiego wstrząsnęła Polską, może i Europą, nawet BBC ciągle tylko o tym.
szkoda, że tylu ludzi zginęło zupełnie niepotrzebnie! ktoś zapytał, czemu nie płaczesz? odpowiedź jest prosta - a czy prezydent płakał jak musiałam wyjechać z kraju za chlebem???
wiecie co?? pozwolę sobie na ignoranctwo bezczelne - prezydent nie żyje?? szkoda, ale ja mam to głęboko, bo mi umarł dzisiaj wujek i nikt się tym nie podnieca, nie robi żałoby narodowej i nikt o tym w wiadomościach nie mówi!!!

wtorek, 30 marca 2010

po pierwsze primo, to pogoda sobie jakieś jaja robi!! :/ po kilkunastu dniach wiosny mamy jesień. zionie wiatrem, deszczem i szarością...

po drugie primo w końcu zatrzymałam się koło plastrów nikotynowych... nie palę już dwa tygodnie. dziwnie jest, przyzwyczajam się do nowej sytuacji, nudno jak na kogoś czekam, szlag mnie trafia po jedzeniu i jak ktoś mnie wkurzy (ostatnio na porządku dziennym), ale mam też momenty, że nie myślę wcale. koś mi powiedział, że z fajkami jest tak samo jak z alkoholizmem, można nie palić, ale palaczem jest się do końca życia... :? zobaczymy ile mi silnej woli wystarczy... na razie próbuję trzymać się dzielnie i nie utyć! póki co się udaje. aha, i zapachy mnie dobijają! mam wrażenie, że powonienie mi się polepszyło, choć wiele osób mówiło, że głównie polepsza się smak...

po trzecie primo ślubu nie będzie! (choć nawet zaręczeni nie jesteśmy) bo ja chcę w Polsce, on chce tutaj. o kompromis ciężko. zostaje opcja wyjazdu "w cholerę", wzięcia ślubu tam, i tym samym wkurzenia obu rodzin, a nie tylko jednej... tylko jak się takie rzeczy załatwia formalnie??
aaa, no i On chce dziecko przed ślubem, a ja po. On mówi, że to dla mojego zdrowia psychicznego, bo ja mam jakieś jazdy na punkcie wieku, w którym będę miała pierwsze dziecko. i bądź tu mądry....

po czwarte primo to się zastanawiam, czy każdy brytol jest oszczędny w okazywaniu uczuć?? bo ja mam wrażenie, że ja Petera dopiero łamię z przytulaniem, mizianiem itp. "no przecież ci powiedziałem, że cię kocham" powiedział ostatnio na moje zarzuty "dotykowe"!! a może to ja jestem jakaś dziwna, że lubię "fizycznie" czuć czyjąś miłość, obecność... no i chyba go przekonuję, bo coraz częściej mu się zdarza spontanicznie się przytulić, i już się nie złości, że go znowu miziam po brzuchu :)

po piąte primo to jeszcze po bzykaniu mógłby wydusić z siebie coś więcej niż "you ok?", że np. niby jak to było zajebiście hehe, ale to chyba będzie cięższa przeprawa... :D

środa, 3 marca 2010

no tak. trochę mnie tu nie było, ale spoko, widzę, że nikt nie zauważył... tzn. zauważył Peter, spytał czy nadal to piszę i mi się przypomniało hehe...

ogólnie to nuda jest panie. naczy nie żeby nie było emocji, bo są. żremy się przykładnie o różne pierdoły, ale ja bym to raczej nazwała docieraniem się i wyznaczaniem granic...? ;) zawsze i tak chodzi o pierdoły, on jest zazdrosny o wszelkich kolesi, a ja jestem zaborcza, zwłaszcza czasowo, a on ma generalnie bardzo napięty grafik życiowy.
gadki na temat naszej wspólnej przyszłości nieco zeszły na drugi plan, bo chłopczę moje stwierdziło, że nie wykona następnego ruchu, dopóki nie spłaci auta. a to jeszcze z dobre dwa lata, no chyba że weźmie dupę w troki i zacznie odkładać, co przy jego nieograniczonej miłości do zakupów graniczy z cudem. jeszcze jest druga szansa, bo ojciec go wkręca w biznes, w którym siedzi, a który może mieć piękne profity, jeśli tylko Peter ruszy dupsko (i głowę) i się za to weźmie. nie będę pisać szczegółów, żeby nie zapeszyć.
za to ogłosił swoim rodzicom, że szuka różnych opcji jakby tu ze mną zamieszkać, i się zdziwili, że tak szybko... a na co tu czekać się pytam? hehe. grunt, żeby pozostali w przekonaniu -prawdziwym zresztą, że to pomysł Petera, bo tak chyba dla mnie będzie lepiej...

były sobie też w międzyczasie Walentynki, bez większych ekscesów, pizza w kształcie serca i tym podobne miłosne żenady :) rozpieprzył mnie za to ex, który był na tyle bezczelny by w ten oto jakże radosny dzień wysłać mi smsa, że mnie kocha... słodko po prostu.

została mi jeszcze jedna ostatnia rzecz, która mnie z exem łączy, a mianowicie auto, które mu oddam jak odzyska prawko. zbieram więc namiętnie na moje własne cztery kółka, i choć mam jeszcze kilka miesięcy, godzinami siedzę na necie i przeglądam co i za ile. niestety nie kupię sobie nic tak dużego jak mam teraz, bo nieekonomiczne, ani nic co mi się podoba, bo mnie nie stać, a nie chcę brać pożyczki, tylko kupić za gotówkę. i kupa z tym wszystkim śmiechu, bo Pete powiedział, żebym kupiła rodzinne auto, żeby się z tylu małe juniory zmieściły ahahaha :) taaa, jeszcze czego :P

ponieważ Peter jest moim pierwszym (i oby tym ostatnim) zagramanicznym chłopcem zaczynam mieć problemy z ojczystym językiem, co uważam za żenadę i myślałam, że jak się gdzieś żyło dwadzieścia parę lat i wychowało używając pewnego języka, to się nie zapomina... owszem, może i nie, ale przez to, że teraz więcej używam angielskiego niż polskiego, łapię się na tym, że sprawdzam w słowniku angielskie słowo, bo nie pamiętam jak to jest po polsku!! o snach i myślach po angielsku nawet nie będę wspominać...

przeszłam wczoraj w supermarkecie koło plastrów antynikotynowych i się zawahałam. nie - jeszcze nie, dostaję ataków paniki na samą myśl, ale wiem, że przyjdzie kryska na matyska...

koleżanka urodziła miesiąc temu córeczkę. a ja stwierdziłam, że to pierdzielę, że się boję i że mnie siłą będzie musiał :P i że nie jestem gotowa choć to już 26 rok leci... a z drugiej strony się boję, że może już jestem za stara na pierwsze?? faza jak cholera...

mały apdejt z postępów Pete'a w języku polskim - mało zmian - nauczyłam go mówić "miło mi cię poznać". ale najlepiej jest jak palnie "o boże, co ty robisz?". pękam wtedy ze śmiechu :)
a tak a propos, tak się zastanawiałam, czy dziewczyny, które podzielają mój los ;), tzn. mają brytyjskich partnerów, też uczą swoich polskiego choć trochę?? pytanie retoryczne zapewne, bo mam wrażenie, że gdzieś mnie się widownia zapodziała...

czwartek, 4 lutego 2010

no, nie wiem jak Peterowi, ale mi dupa rośnie na pewno, i to w zastraszającym tempie, jakieś 2,5kg w 3 dni?? ja pierdzielę, nie wiem czy to jakiś taki czas w moim hormonalnym kalendarzu, czy to że próbuję ograniczyć palenie i pewnie nieświadomie cały czas coś pcham do buzi, czy może promocje w stylu "two for tuesday" w dominosie... pewnie wszystko na raz. jest mi niedobrze, ciężko i w ogóle ble...

wszystko co dobre szybko się kończy, współlokatorzy wrócili, Peter oddał klucze i skończyło się słodkie "honey i'm home". oczywiście nie wszystkie noce spał u mnie, i doszłam do wniosku, że chyba jeszcze daleko mu do dorosłości, i nie jest gotowy opuścić mamusię... ale było fajnie, mnie się podobało. zresztą jak już zabrał swoje rzeczy i pojechał do domu napisał mi smsa, że tęskni za moim łóżkiem :) w domyśle chyba za mną, bo moje łóżko jest najNIEwygodniejsze na świecie!!!

poza tym to piłujemy usilnie język polski. z nowości słońce moje mówi
podaj mi (kawa, piwo)
daj mi (buzi, rękę)
zrób mi
tęskniłem za tobą
strasznie/ja też cię kocham

i nawet nie wiem kiedy podłapał:
zamknij się, zamknij ryja
chuj ci w dupę
do dupy
ja pierdolę
i inne tego typu klasyki... tego uczy się oczywiście najszybciej. nawet gdy ja nie chcę...

aha, takie pytanie, bo ja zaczęłam się zastanawiać czy to może jednak ze mną jest coś nie tak - zmieniacie ręcznik na nowy po JEDNYM jego użyciu?? bo ja nie, co jest dla mnie logiczne, bo przecież wycieram w niego czyste ciało! a moje chłopczę najwyraźniej tak! nie wiem, czy on myśli, że mam wytwórnię ręczników w moim wynajmowanym pokoju?? już mu zapowiedziałam, że jak końcu zamieszkamy razem, to będzie miał okazję przekonać się jak się ma jego mama wisząc non stop nad pralką pełną ręczników... bo ja nie będę prać kilkunastu ręczników na tydzień! trochę zdrowego rozsądku...
a może to jednak ze mną jest coś nie tak??

sobota, 23 stycznia 2010

"wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni... "
współlokatorzy pojechali do Polski na urlop. no i czym się tu ekscytować?? otóż Peter przywiózł większość swoich ubrań do mnie, bo szczoteczkę do zębów już tu ma, dostał klucze od domu... i tak sobie oto pomieszkamy razem przez kilka dni, taki okres próbny hehe...

chłopczyk mój to typ sportowca, non stop aktywny, tu piłka, tu kickboxing i takie tam, wiec nadwaga mu nie grozi. ugotowałam dzisiaj na obiad placki po węgiersku, więc stwierdził że jak mu będę takie rzeczy gotować, to chyba jednak będzie gruby... i poszedł sobie nałożyć drugi talerz ;)

klamka zapadła, bilety do PL kupione na 16 sierpnia :) oby tylko pogoda dopisała, bo jak nie to umrzemy z nudów... o, a przed tym mama przyjeżdża mnie odwiedzić :) w Dzień Mamy :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

tak jakoś wychodzi, że cały czas gadamy o jakichś takich dziwnych rzeczach jak dom, małżeństwo, dzieci itp. no ale chyba się rozpędziłam, bo chyba aż tak strasznie mu nie odwaliło. co mam na myśli?? po kilku różnych tekstach Pitera w pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może wpaść na pomysł, żeby się oświadczyć w Walentynki... ale chyba mnie jednak poniosło. dziwne to takie, bo z jednej strony to bym chciała już, teraz, natychmiast, ale z drugiej to co przeżywamy teraz jest takie niepowtarzalne, dalekie od rutyny i nudy...

ale żeby nie było, jutro albo pojutrze kupujemy bilety lotnicze na urlop w Polsce!! zabieram mojego Szkocika do domu na kilka dni w sierpniu. a co, niech zobaczy, że w Polsce ludzie nie mieszkają na drzewach hehe.

a z ciekawostek, na tę samą siłownię, na którą chodzi Piter chodzi też koleś, którego poznałam jeszcze za czasów Exa. bo to jego kumpel. no i jak się okazało Piotr (też :)) bardzo lubi mojego Pitera... ale mało nie spadłam z krzesła, jak się dowiedziałam, że Ex jakoś się dowiedział, że dwa Piotry się znają i chodzą na tą samą siłownię, i był na tyle bezczelny żeby do Piotrka zadzwonić i o tym pogadać! nie wiem dokładnie co i jak, ale brzmi dziecinnie, prostacko i cholera wie jeszcze jak! chyba zagmatwałam to trochę, no ale cóż...

czas na szluga i lulu... a jutro, po pracy będzie fajny dzień :) mam obiecane :)

czwartek, 7 stycznia 2010

you have made my life worth living now. you are the love of my life...

napisał mi :)

środa, 6 stycznia 2010

długo mnie nie było, bona nic nie mam czasu, praca a po pracy cały mój czas absorbuje Peter... więc w skrócie co się działo...

pogoda można rzec jak z bajki, biało i mroźno, czegoś takiego świat nie widział od lat... wszystko fajnie, tylko strach jeździć autem, no i w domu kicha, bo ogrzewania jako takiego nie ma, więc trzeba walczyć z jakimiś śmiesznymi farelkami... ja już chcę lato!!

a więc święta były po szkocku... w wigilię ryba z frytkami i takie tam hehe. prezentów tyle co w tym roku, to chyba w całym swoim życiu łącznie nie dostałam... Petera trochę poniosło i jak sobie przeliczyłam ile wydał, to złapałam się za głowę. wariat!! dostałam m.in. dżinsy G-Stara, bluzę Diesela, koszulkę SuperDry, dwanaście róż i kupę innych rzeczy... ale najfajniejszy prezent to była płyta, którą Peter dla mnie nagrał. są na niej wszystkie piosenki, które mają dla nas jako pary jakieś znaczenie, które coś nam przypominają :)
ogólnie było przesympatycznie i minęło jak z bicza strzelił...
no i najważniejsze... pierwszego dnia świąt Peter w końcu wydusił z siebie, że mnie kocha!! myślałam, że nigdy mi tego nie powie!! :)

sylwester bardzo spokojny, poszliśmy na Princess Street oglądać fajerwerki. zmarzliśmy kosmicznie, w końcu to zima stulecia ;) i niedługo po fajerwerkach pojechaliśmy do jego domu, opatuliliśmy się kołdrą i gadaliśmy prawie do 5ej rano popijając drinki...

ostatnie dwa dni i noce spędziliśmy non stop razem, jak zwykle zresztą kiedy oboje mamy wolne. dziś pojechaliśmy na zakupy, i jakież było moje zdziwienie, kiedy moje chłopczę zaciągnęło mnie do... jubilera! ja nie noszę biżuterii wcale, żadnej, więc postanowił, że pójdziemy zmierzyć mi palec teraz, żeby za jakiś czas mógł mnie zaskoczyć pierścionkiem zaręczynowym... przysięgam, ręka trzęsła mi się masakrycznie! takich emocji się nie spodziewałam... matko, to już? hehe. może i szybko, ale na to wykładam! bo wiem, że to on! że to na niego czekałam :) a mama się cieszy, wiec chyba wszystko w normie! :D