Im dłużej pracuję w banku - to już 10 tygodni, uwierzycie? - tym bardziej tracę szacunek dla dużej części naszego narodu za granicą. Jakże mało jest przyjemnych i skromnych osób, które wstydza się jeśli nie znają języka. Ale nie, wielu jest bezczelnych, o stylu roszczeniowym - "bo mi się należy". Gówno wam się należy - mam ochotę wykrzyczeć, wynocha do szkoły języka się nauczyć buraku bezzębny (to dzisiejszy przypadek). Ale nie, podchodzi taki pacan do okienka i od razu po polsku, że chce wpłacić - to mówię "could you please speak English?" (czy mógłbyś mówić po angielsku?), a on, że co jeśli by nie umiał?!!!!! Nosz k*a mać ja pie%$^&ę. Powiedziałam, że "then you'd have a problem" (wtedy miałbyś problem), choć miałam ochotę dużo gorzej. Tak mnie wkurzył wieśniak jeden, że na samą myśl mnie trzęsie. Teraz mi pewnie jeszcze dupę będzie obrabiał, że jaka to wredna i nadęta Polka siedzi w okienku.
Tak se tylko chciałam ponarzekać.
A poza tym to jeszcze cały czas się stresuję w pracy. Jeszcze tylu rzeczy nie umiem :( Choć z tego co mówi mi moja managerka - do mnie i o mnie, to jest bardzo zadowolona. Ostatnio ustalałyśmy mój "plan rozwoju" na najbliższe 3 miesiące, od którego będzie zależał mój bonus. No ja jestem ciekawa, czy będę w stanie wypełnić te wymagania... A tymczasem dziś dwie "współkasjerki" się brechtały z mojego "szkockiego" akcentu. Ale nie tak złośliwie ;) Ponoś zabawnie wymawiam słowa "busy" i "shove". No, ale ja przynajmniej próbuję gadać jak tubylcy :P
Kartki z pamiętnika pewnej wiecznie niezadowolonej z życia emigrantki. I o tym jak to jest dzielić życie z obcokrajowcem, który jest tubylcem :)
Kilka słów o mnie....
Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
piątek, 22 marca 2013
poniedziałek, 4 marca 2013
Nie wiem czy kiedyś wspominałam o naszym sąsiedzie. Mieszkamy tu już pół roku, i od pół roku mam ochotę zaciukać frajera, który mieszka nad nami. Typowy bezrobotny beneficiarz alkoholik, który co raz wraca do domu narąbany i drze ryja już od klatki. "Bastard, bastard" (łajdak) na stałe zagościło w moim słowniku. Niestety też od progu czymś rzuca, kopie jakieś przedmioty, a my słyszymy wszystko. Zazwyczaj oczywiście jak tylko przyłożymy głowę do poduszki. Mieszka ze swoją matką, która ma ponoć 88 lat (mamy ciekawską sąsiadkę na dole, która czuła się w obowiązku nas poinformować). Podejrzewam, że nie raz dostała. Ale nie o tym... Staliśmy się więc zagorzałymi wielbicielami zatyczek do uszu. I próbuje wymyślić, jakby tu łajdakowi dać się we znaki ;P
To dopiero mój siódmy tydzień w banku, i już uczę się nie oceniać książki po okładce. To znaczy wiem, że to cnota uniwersalna, ale ciężko ją stosować w dzielnicy, w której pracuję, a gdzie królują emigranci, i różne inne tubylcze typy na benefitach. No dobra, zdarzają się też "normalni" ludzie ;P Parę razy zaliczyłam zdziwko, gdy okazało się, że jakiś niedomyty dziad ma na koncie 65 tysięcy. Podobny typ przyszedłby wyjąć z konta 93p. Tak, tacy też się zdarzają...
Dziś mieliśmy "akcję", która dodała smaczku nudnemu dniowi (tak się w ogóle mówi?). Wpadł koleś i zaczął robić zadymę, darł się i wskazywał palcami, a że ty to, a ty tamto. Nie wiem o co chodziło dokładnie, ale koleś był dość agresywny. Z perspektywy mojego krzesełka to było zabawne, choć nie dla tych, którzy byli w jego bezpośrednim zasięgu. Darł się pod bankiem nawet po zamknięciu, więc w końcu mój współpracownik miał dośc i zadzwonił po policję. W tym samym czasie słyszałam tego frajera dzwoniącego rónież na policję, mówiąc im, że to "emergency"!!! Niestety co było później dowiem się jutro, bo mnie i drugiej nowej udało się wymknąć. Biedna, ma dopiero 17 lat, i trochę się obsrała ;)
Mam też pierwszą śmieszną historię.
Podchodzi Polka do okienka i mówi "I want to tranfer money" (dla tych co nie wiedzą - chcę przelać/przesłać pieniądze, słowo używane do przelania kasy z jednego konta na drugie). W ręku trzyma kasę i swoją kartę debetową.
To pytam "who would you like to transfer money to?" (komu chcesz przesłać).
Na co ona, wielce, dodam, oburzona: "now" (teraz) :DDD
Co ciekawe, już kilka razy słyszałam rodaków mówiących "transfer" money zamiast "deposit", albo "pay in", czy nawet "put in". Ja chyba miałam lepszy słownik...
To dopiero mój siódmy tydzień w banku, i już uczę się nie oceniać książki po okładce. To znaczy wiem, że to cnota uniwersalna, ale ciężko ją stosować w dzielnicy, w której pracuję, a gdzie królują emigranci, i różne inne tubylcze typy na benefitach. No dobra, zdarzają się też "normalni" ludzie ;P Parę razy zaliczyłam zdziwko, gdy okazało się, że jakiś niedomyty dziad ma na koncie 65 tysięcy. Podobny typ przyszedłby wyjąć z konta 93p. Tak, tacy też się zdarzają...
Dziś mieliśmy "akcję", która dodała smaczku nudnemu dniowi (tak się w ogóle mówi?). Wpadł koleś i zaczął robić zadymę, darł się i wskazywał palcami, a że ty to, a ty tamto. Nie wiem o co chodziło dokładnie, ale koleś był dość agresywny. Z perspektywy mojego krzesełka to było zabawne, choć nie dla tych, którzy byli w jego bezpośrednim zasięgu. Darł się pod bankiem nawet po zamknięciu, więc w końcu mój współpracownik miał dośc i zadzwonił po policję. W tym samym czasie słyszałam tego frajera dzwoniącego rónież na policję, mówiąc im, że to "emergency"!!! Niestety co było później dowiem się jutro, bo mnie i drugiej nowej udało się wymknąć. Biedna, ma dopiero 17 lat, i trochę się obsrała ;)
Mam też pierwszą śmieszną historię.
Podchodzi Polka do okienka i mówi "I want to tranfer money" (dla tych co nie wiedzą - chcę przelać/przesłać pieniądze, słowo używane do przelania kasy z jednego konta na drugie). W ręku trzyma kasę i swoją kartę debetową.
To pytam "who would you like to transfer money to?" (komu chcesz przesłać).
Na co ona, wielce, dodam, oburzona: "now" (teraz) :DDD
Co ciekawe, już kilka razy słyszałam rodaków mówiących "transfer" money zamiast "deposit", albo "pay in", czy nawet "put in". Ja chyba miałam lepszy słownik...
piątek, 22 lutego 2013
Ale mi się blog zakurzył! Łuu-uu, aż wstyd. Ale jakoś nie mam czasu ani weny. Nawet do mamy nie dzwoniłam od 3 tygodni, no mówię że wstyd. Lista spraw do załatwienia mi się wydłuża, ale jakoś nigdy nie jest mi po drodze. Większość z nich to wykonanie telefonu do różnych firm, czego po tylu latach, ale nadal nie lubię. Muszę się zebrać w sobie, ale jakoś nie mogę. Dziś wieczorem miałam na przykład zacząć sprzątać chałupę, żeby jutro mieć mniej, ale zeżarliśmy z Pitolem chińskiego take-awaya i jak boga kocham nie mam siły się z kanapy ruszyć!
A ruszać się zacząć powinnam, bo siedzenie na tyłku dzień w dzień zaczęło mi się dawać we znaki. Już odczuwam potrzebę ruchu, ale potem zawsze jest jakaś wymówka - teraz jest na przykład w cholerę zimno na dworzu. A dupa rośnie (wszerz, bo od siedzenia się spłaszcza).
W pracy spoko, stresuję się jak cholera, bo tak mniej więcej od tygodnia obsługuję ludzi, ale już zabierają mi człowieka siedzacego za plecami coraz częsciej, i bywa że nie mam kogo pytać, co zrobić, wtedy mi się panika włącza. Rzygam też kawkami i herbatkami, bo ileż można ;) Są momenty , kiedy jest bardzo "bizi", a potem tylko siedzę i ładnie wyglądam przez pół godziny ;P
Dostałam też pierwszą wypłatę, całkiem przyzwoitą, ale głównie dlatego, że zapłacono mi za 6 tygodni. Pitol spytał "kiedy masz wypłatę?". Mówię, że dzisiaj. A on do mnie "you cheeky bastard, you never told me" ;DD Hahaha.
"Zaliczyłam" też już paru wrednych klientów, ale o tym teraz mi się nawet nie chce pisać. Pierwszy z klientów, którego obsługiwałam otrzymał telefon z pytaniami na mój temat. Dostałam 9 na 10 czyli spoko. A wiecie, że jeśli ktoś kiedyś do Was zadzwoni z banku i poprosi o ocenę kasjera, i dacie mu 8 na 10 to on ma przehukane? No może nie tak całkiem, ale jako pozytywne zaliczane jest tylko 9 lub 10/10. Taka ciekawostka.
Obsłużyłam też kilku Polaków ;) Zabawne, bo patrząc na mnie widzą żem Polka, ale jak zaczynam gadać to zbijam ich z tropu, bo ja typowo "polskiego" akcentu nie mam. No ale w ogóle to szok, bo i gadali po angielsku, i nawet rozumieli co się do nich mówi. Ale to pewnie do czasu ;P
Ogólnie to są ze mnie póki co w pracy zadowoleni. I szok, bo zatrudnili do nas kolejną dziewczynę, właśnie zaczęła w tym tygodniu, ale ja jej jeszcze nie widziałam, ponoć ma 17 lat hihi.
A poza tym, to praca i stresy z nią związane mocno wryły mi się w mózg - śniło mi się że robiłam balans kasy i wyszło mi, że brakuje mi... 30 tysięcy funtów ;P
A o tym, ile ludzie mają kasy i o naszym sąsiedzie już w kolejnym odcinku ;P
niedziela, 27 stycznia 2013
Przeżyłam pierwsze dwa tygodnie w nowej pracy. I dwa całe wolne łikendy :D
I żyję :)
Stresu było co niemiara, skutkował bólem głowy dzień w dzień, ale ogólnie wrażenia jak najbardziej pozytywne. Ludzie bardzo spoko, a bynajmniej jak na pierwszy rzut oka ;P Bo jak wiadomo szydło wyjdzie z worka. Jest kilka osób, które patrzą na mnie z rezerwą, ale w sumie im się nie dziwię.
Moja managerka jest bardzo spoko, cały czas mi pomaga i daje kolejne zadania, dzięki którym nie umieram z nudów. Na przykład dostałam kilka plików pieniędzy i miałam siedzieć i ćwiczyć liczenie, bo ponoć robię to nieudolnie ;P - no ale co tu się dziwić, wcześniej nawet nie widziałam na oczy tylu tysięcy funtów ;P
Ulgą dla mnie było jej stwierdzenie, że nie będę musiała obsługiwać klientów, dopóki nie poczuję się pewnie, i dopóki ona nie będzie miała pewności, że wiem co robię. Mam 3 miesiące żeby się wszystkiego nauczyć, i choć jest tego wszystkiego od groma, to raczej dam radę, obserwowałam dziewczynę, która pracuje od 5 miesięcy, i ona już śmiga :)
Na jedym ze szkoleń okazało się, że miałam dużego farta dostając ten oddział, bo inni mieli tylko powody do narzekań, bo np. zostali zostawieni sami sobie.
Mam za sobą dwa szkolenia, oba bezsensowne ;) Teraz uczę się obserwując innych zza ich pleców, choć to też jest wyzwanie, bo tak szybko klikają w klawiaturę, że nie nadążam. Mam też cały program szkoleń online.
W piatek po raz pierwszy usiadłam na "kasie", dostałam ileś tam depozytów i miałam sama je wklepać. Wcześniej tego nie robiłam, więc musiałam sama się domyślić, jaka to tranzakcja. W ten sposób moja managerka chciała sprawdzić, co do tej pory się nauczyłam. I udało się, tranzakcje były spoko, zrobiłam tylko kilka małych błędów i udało mi się zbalansować :) Na koniec dnia kierowniczka powiedziała, że jest bardzo zadowolona i że na pewno świetnie dam sobie radę i będę dobrym dodatkiem do grupy.
Z ciekawostek - myślałam, że zatrudniono mnie w tym,a nie innym dziale ze względu na moją narodowość. Tam bowiem mieszka od cholery Polaków, z których wielu nie mówi dobrze po angielsku. Ale bardzo się myliłam, bo okazało się, że nie wolno mi gadać po polsku przy okienku. Nie na złość niedouczonym Polakom, ale ze względow bezpieczeństwa. Mi tam wsio rawno, ale na pewno kochani Polacy będą mi jechać na różnych forach, że nosa zadzieram czy co tam.
Żeby sobie tutaj co poniektórzy nie myśleli, że jest cukierkowo - targety mamy ogromne, ale w przeciwieństwie do mojej poprzedniej firmy, tu wszyscy pracują razem dla wspólnego celu :) W ogóle to nie wierzę, jak szybko przyzwyczaiłam się do innego trybu życia, kończenia pracy później. Już mam wrażenie jakbym nigdzy nie pracowałą w mojej poprzedniej firmie... Nawet Pitol się trochę zaczął starać, i nawet parę razy "ugotował" obiad. Nawet zjadliwy :P
Miałam już (!) pogawędkę z managerem banku na temat mojego ewentualnego awansu w przyszłości, gdzie się widzę w banku w przyszłości itp.
Poza tym moja mama odwiedzi mnie w czerwcu, bo jeszcze nie widziala mojego mieszkania.
A ja niedługo muszę zacząć organizować wizę do Stanów, bo chcemy z Pitolem pojechać na urlop do Nowego Jorku w listopadzie. Szlag mnie trafia, że muszę się bujać do Londynu tylko po to, żeby jakiś pajac stwierdził czy jestem terrorystą i czy mogę wyjechać. I zapłacić za to kupę kasy. Ale hej ho! Czas pokaże co z tego wyjdzie.
piątek, 11 stycznia 2013
Zazdrość jest dziwna. Jest to uczucie, które łączy wielu ludzi, choć nie wszyscy się do tego przyznają. Bez sensu, bo prawie każdy zazdrości innemu tego, czego sam nie ma, a chciałby. Ktoś z prostymi włosami zazdrości temu z lokami. Brązowooki zazdrości niebieskookiemu. Można tak bez końca.
Zawsze uważałam się za zazdrośnicę. Jak byłam gruba chciałam być chuda. Zazdrościłam koleżance lalek barbie, dziewczęcego pokoju i jajek kinder.
Zazdrościłam innym pieniędzy, powodzenia, tego że są lubiani, a mnie cieżko o przyjaciół.
Nidgy nie przypuszczałam, że ktoś czegoś pozazdrości mnie. A ostatnio tak sie złożyło, że kilka osób przyznało, że zazdroszczą mi własnego mieszkania. A teraz - nowej pracy.
To zupełnie dla mnie nowa sytuacja, która zresztą, nigdy nie przypuszczałam, będzie miała miejsce.
I uważam, że zazdrość jest ok, jeśli jest jawna, w sensie np. koleś ze starej pracy powiedział mi, że mi zazdrości nowej, lepszej.
I jest też ok, jeśli motywuje do podjecia próby zmiany we własnym życiu.
Zabawna sytuacja dziś. Spotkałam się ze znajomą. Jest mniej więcej w moim wieku. Ona nie ma pracy wcale, szuka, ale nie może znaleźć. Więc zazddrości mi mojej. Ma za to półtoraroczną córcię, przez którą w pewnym sensie nie może tejże pracy znaleźć, bo ją limituje czasowo. A ja jej w pewnym sensie zazdroszczę właśnie tej córci, bo moja koleżanka ma ciążę, poród itp. za sobą.
Los jest dziwny, nie ma uznaje sprawiedliwości ani balansu.
PS. Z tą córcią też dziwna sprawa, bo choć chciałabym to już mieć za sobą, i tak jak niektórzy w moim wieku mieć 10-letnie dziecko, to jednak ogólnie rzecz biorąc dzieci nadal ochoty mieć nie mam. Nie wiem czy powyższe zdanie ma sens ;P
O co chodzi?
Coraz bliżej do 30-tki, a ja nadal nie chcę mieć dzieci. Myślałam, że im będę starsza tym bardziej będę chciała, ale nie. Jest odwrotnie.
Ale wiem, że będę je kiedyś miała (zakładając że wszystko ze mną w porządku), żeby kiedyś na starość nie załować, że ich nie miałam...
Tak tylko chciałam powiedzieć...
wtorek, 8 stycznia 2013
Co chcieliście robić w życiu jak byliście dziećmi bądź nastolatkami? Ja chciałam być pisarką albo tłumaczką. Zresztą marzenie o napisaniu i wydaniu książki nigdy we mnie nie zgasło, choćby miała to być jedna kopia do mojej szuflady :) Ale nie mam ani czasu ani pomysłu ;P
Ktoś spytał, coz zrobiłabym, jakbym wygrała na loterii. Oczywiście po szaleństwie wycieczek, urlopów, kupowania domów, samochodów itp ;) Ponoć wskaźnik samobójstw wśród osób, które wygrały na loterii, i które zrezygnowały w rezultacie z pracy, jest bardzo wysoki! Więc skoro trzebaby pracować, żeby nie zwariować, to ja otworzyłabym małą kawiarenkę i piekłabym ciasta, ciasteczka i muffinki ;P
Szkoda tylko, że żeby wygrać, trzeba grać ;)
Zostały mi dwa dni w starej pracy. Co za dziwne uczucie - przez to, że wiem od niej od dawna, to miałam czas sobie zdać sprawę, że będę tęsknić za kilkoma osobami. Kto by pomyślał.
A tymczasem w końcu wiem, w którym oddziale będę pracować - znajduje się tylko 2,5km od domu :) Tam też występuje wielkie "zagęszczenie" Polaków, więc spodziewam się ciekawych historii i zastanawiam, ile mi starczy cierpliwości.
Także szkolenie jednak nie będzie jednak w Newcastle, ale tutaj, więc przynajmniej podróżowanie w siną dal mi odpadnie :)
środa, 2 stycznia 2013
No i co? Końca swiata znowu nie było :P Czekamy na następny ;)
Święta przeżyłam. Dostałam tyle prezentów, że głowa mała... Ustaliliśmy z Pitolem limit ile wydamy. Ja przekroczyłam go tylko odrobinę, a on... wydał co najmniej 2 i pół raza tyle. Rozpakowując prezenty kopara mi opadała coraz niżej. Muszę przyznać, że mnie to wkurzyło, bo zazwyczaj lubię gdy ktoś odpakowuje moje prezenty, ale tym razem było jasno widać, kto wydał wiecej. Wiem, że nie o to chodzi, ale to nie było fajne uczucie.
W pracy dzieją się takie cuda wianki, że jeszcze bardziej się cieszę z nowej pracy, o ile to możliwe.
Aaa, no i Sylwester. Pierwsza impreza sylwestrowa od lat ;) Domówka, której bardzo się obawiałam, bo nie znałam nikogo. Ale okazało się, że - jak zawsze - alkohol łączy narody ;) Bawiłam się super, i upiłam się pierwszy raz od chyba dwóch lat. Myślałam, że pamiętałam większość zdarzeń, ale patrząc na coraz to nowe fotki okazuje się, że niekoniecznie ;)
Zawsze życzyłam sobie i wszytskim, aby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego. Tym razem nie będę - wiem, że będzie lepszy ;)
A jak nie to wpierdol :D
czwartek, 20 grudnia 2012
Jeszcze tylko (?) trzy zmiany w pracy i koniec największego stresu będzie za mną. I koniec, mam nadzieję, że nigdy więcej. Kto pracuje w supermarkecie, ten wie...
Skąd ludzie mają pomysły, żeby na jedzeniowe zakupy świąteczne zabierać całe rodziny, z babcią włącznie? A potem się wściekają, że przez sklep nie da się spokojnie przejść. Ludzie przekazują sobie "christmas cheer" w postaci wkurwionych spojrzeń, i wrednych komentarzy, poprzetykanych znienawidzonym "excuse me, where's your ..." (tu wstaw jakąś pierdołę, którą możesz sama znaleźć, jeśli tylko się postarasz, albo przeczytasz wielkie zielone napisy nad głową).
Ale za trzy dni znowu będzie pięknie, i znów będę mogła się cieszyć, że zaczynam niedługo nową pracę (zaczynam 14 stycznia w Newcastle).
Ilość prezentów pod choinką i w jej okolicy jest chora - muszę strzelić fotkę. Wszędzie walają się paczki.
A jutro jest koniec świata, więc idę kupić popcorn, a jutro usiądę na balkonie i będę czekać.
Żegnam więc.
PS. Kurna, nie mam balkonu ;)
czwartek, 13 grudnia 2012
Dziś będzie raczej chaotycznie.
Proces rekrutacyjny został zakończony, "przeszłam" już wszystkie warunki. Dzisiaj dostałam telefon, że zaczynam 14 stycznia. Szkolenie miało początkowo zacząć się w Dundee, ale ostatecznie będzie w Newcastle. Yipiee. A ponieważ Newcastle jest dalej niż Dundee, będą nam musieli zapewnić zakwaterowanie - to będzie tak jakby moja pierwsza w życiu delegacja ;) Hahaha, na mózg mi już padło, że z czegoś takiego się cieszę.
W pracy już (prawie) wszyscy wiedzą, że odchodzę. Zadziwiające były reakcje - bardzo łatwo było rozpoznać, komu jest przykro, kto się dla mnie cieszy, a komu żal dupę ścisnął. Wszystkie te reakcje sprawiły mi dużo satysfakcji. Przy okazji okazało się, że nas jakaś cała fala odchodzi, bo oprócz mnie jeszcze co najmniej 3 osoby, o których mi wiadomo. Czyli nie jest chyba aż tak źle na tym rynku pracy, jak to media insynuują. Dziś słyszałam w tv, ze bezrobocie jest na poziomie 7.7%, więc chyba nie tak tragicznie.
A tak poza tym. Zamówiłam nową pralkę w Argosie, wszystko ładnie, pięknie, panowie przyszli, podłączyli, zabrali starą. Kilka dni później stwierdziłam, że ją zarejestruję, żeby skorzystać przedłużonej gwarancji. No i tak patrzę na fotkę tej mojej pralki, i coś mi nie gra. To nie jest ta pralka, która jest u mnie w kuchni! Dawaj szybko sprawdzać, i okazało się, że Argos zamonotował mi pralkę owszem tej samej firmy, ale inny model. O prawie 100 funtów! Więc siedzę cicho i się nie odzywam :P Ciekawe tylko, jak to się będzie miało do gwarancji... Mam nadzieję, że nie będzie mi dane się przekonać.
Już od dawna rozważam zrobienie tatuażu. Tak tylko chciałam napisać. A zmiany w wyglądzie w związku z nową pracą zaczynam od zrobienia sobie paznokci - właśnie umówiłam się na styczeń, na pierwsze w życiu tipsy. Nie, nie porąbało mnie jeszcze doszczętnie - moje paznokcie są w straszliwym stanie, bo cały czas pcham je do buzi - nie obgryzam, ale są łamliwe, i porozdwajane. Więc postanowiłam sobie zafundować sobie frencha, z tym że dość krótkie pazurki, bo nie będę przecież z siebie wampa robić do pracy - chcę tylko żeby moje ręce wyglądały przywoicie.
Dostałam znów jakiś rachunek na nazwisko poprzedniej właścicielki - że ktoś tam nie otrzymał dwóch opłat za jakieś tam naprawy. Myślałam, że prawnik wymagał od niej potwierdzenia, że wszystko zostało uregulowane. Jestem tak napompowana, że jutro tam pójdę, to zrobię mu kurwa taki sajgon, że będzie musiał sie trzymać tego swojego biureczka.
PS. Nie wie ktoś do kogo można złożyć skargę na prawnika (w UK), który nie spełnił warumków umowy? Tak tylko pytam, bo jak mnie chuj strzeli, to nie wiem do czego będę zdolna.
Prezenty świąteczne kupione i zapakowane pod choinką, oprócz tych, które mają jeszcze przyjść pocztą. Pełne zorganizowanie w tym roku.
I tym oto optymistycznym akcentem zakończę mój dzisiejszy wywód. Pitol dopadł po raz pierwszy COD 2, więc mi nie pozostaje nic innego jak pomęczyć Pudelka, albo inny badziew.
sobota, 24 listopada 2012
No to ostatnimi czasy było tak strasznie słitaśnie i bajkowo, to dziś sobie ponarzekam. A co, chyba mogę, u siebie jestem :P
Faceci to bezużyteczny gatunek.
Pewnie nie wszyscy, ale nie chcę wiedzieć o tych, którzy nie są, bo nie chcę sobie wbijać gwoździa do trumny.
W związku z hipoteką wszystko załatwiłam ja. Wszystko.
Chałupę znalazłam ja, umówiłam nam jej oglądanie.
Ja odebrałam klucze.
Ja zdałam poprzednie mieszkanie.
Ja zadzwoniłam pokończyć wszystkie media/rachunki, ja otworzyłam wszystkie nowe.
Wszystkie!
Ja znalazłam, zamówiłam meble. Ja posprzątałam chatę, ja nas rozpakowałam.
Ja sprzątam. Ja robię pranie.
I ja sama sobie jestem sobie winna, ale to nie o tym.
Przecież, jakby nie było, to ja mieszkam w obcym kraju, a on u siebie. To jemu powinno być łatwiej złapać telefon, i coś załatwić. Pomyślałby kto...
I właśnie dlatego (między innymi) mnie odrzuca na myśl o dzieciach.
A dwa dni temu zjebała się pralka. Ja ją opróżniłam, wycisnęłam pościel ręcznie i zawiozłam do koleżanki do wyprania.
Ja zadzwoniłam do hydraulika i umówiłam na jutro jego przyjście, żeby sprawdził co się stało.
A Pitol (naoglądawszy się uprzednio Watchdoga - takiej tutejszej Usterki) mówi, że się wkurwi jak koleś będzie chciał nas wyruchać na kasę.
To mnie strzeliło.
Wydarłam na niego ryja, że nie obchodzi mnie ile to będzie kosztować. Że jak chce to niech sobie wozi hałdy swoich brudnych ubrań do mamusi co dwa dni, nawet dla mnie lepiej, bo będę mieć jeden obowiązek z głowy! I że jak ma jeszcze jakieś uwagi, to niech sam sobie następnym razem dzwoni i załatwia. I nie łaź mi w domu w butach, bo tu nie sprzątasz! (jeszcze bezczelnie odpyskował, że jego dom i może robić co chce).
Miałam rację?
Zresztą, nie potrzebuję odpowiedzi. Sama dobrze wiem.
MIAŁAM!
Nie proszę nikogo, żeby mnie głaskać po główce. Ani komentarzy, że powinnam go zostawić. Potrzebuję potwierdzenia, że nie tylko mój chłop ma dwie lewe ręce i jego nastawienie do życia śmierdzi na kilometr. Jak ta brudna woda, która nadal stoi w pralce i czeka aż nikt inny, tylko ja, ją opróżnię.
Teraz właśnie siedzi koło mnie i pyta co piszę - bosz, jak ja kocham to, że on "nie umi" po polsku :) Powiedziałam, że mu rypię dupsko, to się zamknął :)
W związku z powyższym zapowiedziałam, że niedługo będzie strajk. I się kurwa chłopak zdziwi.
Amen.
A z pozytywów.
Wszyscy w pracy myślą, że jestem w ciąży. Dziś nawet jedna babka pogłaskałą mnie po brzuchu!!!
Nie, nie przytyłam, ale wszystkim wydaje się podejrzane, że chodzę non stop uśmiechnięta. Ale co mam się nie uśmiechać, jak w mojej głowie brzmi "beat it suckaaaaz" ;)
Dostałam telefon z banku, z (oficjalną) warunkową ofertą pracy :) Warunkiem jest credit check (zdolność kredytowa, tak? czy jak to tam) i referencje.
Credit check już zrobiony :)
W poniedziałek oznajmię mojemu bossowi, że "z nami" koniec hihi :D
Nie mogę się doczekać!
Nadal jeszcze nie wiem, w którym oddziale będę pracować. Mam zaczynać 7 stycznia, jeśli referencje wrócą na czas. I spora część szkoleń ma być ponoć w Dundee, więc sobie (niestety) trochę popodróżuję.
No, to idę szukać nowych szpilek na necie :)
niedziela, 18 listopada 2012
No i stało się. Skończyłam 29 lat. No masakra jakaś ;)
Mama mi powiedziała, że to przedziwne uczucie mieć 57 lat, "bo tam w środku i w głowie jest tak samo, wieczne fiu bźdźiu (no, może nie cały czas), a potem patrzysz w lustro, i nie wierzysz co widzisz".
Dzień przed urodzinami poszliśmy do restauracji, bo była nasza 3 rocznica. Kiedy to zleciało?
A na urodziny dostałam pełno prezentów, nie spodziewałam się... Nie będę pisać co i ile, bo wyjdę na materialistkę jakąś :P
Wprawdzie w sprawie nowej pracy cisza (podejrzewam, że nie zacznę do stycznia), ale i tak chodzę i uśmiecham się do świata, tzn. może nie dziś bo okres mi się zbliża i mam ochotę zadźgać kogoś dzidą, a potem zjeść 3 tabliczki czekolady. Ale ogólnie nie mogę się doczekać jak już będę mogła powiedzieć ludziom w pracy, normalnie mam wizje jakie będą mieli miny :D
Myślałam, że świadomość, że już niedłogo stamtąd spadam spowoduje, że jakoś przyjemniej będzie mi się pracować, ale jest tak jak przed długo wyczekiwanym urlopem, czyli odwrotnie - wysiedzieć nie mogę :P Po prostu nie chcę tam być.
Tymczasem dostałam hopla na punkcie ciuchów i butów - wymieniam gaderobę, częściowo pod kątem nowej pracy. Kupuję buty na obcasach, tylko ciekawe czy faktycznie będę je nosić :P
I wyszło na to, że mimo że nieubłagalnie zbliżam się do trzydziestki, to stwierdzam, że życie zaczyna mieć ręce i nogi, i w końcu zaczęło mi to i owo wychodzić :) Więc prośba do Mikołaja - możesz mi nic nie dawać, ale nic nie popsuj :D
Zaczełam już też zakupy urodzinowo - świąteczne (Pitol ma urodziny 2 tyg przed świętami). No i nie wiem, trzeci rok z rzędu dostanie bluzę, skarpetki, bokserki, grę na ps3. I nie mam więcej oryginalnych pomysłów, a wolałabym to już mieć z głowy...
środa, 7 listopada 2012
Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaam! Dostałam pracę!!!!!!!!!!!!!! Łuuuuuuuuuuuuuuuu :DDDDDDD
(tu podskakuje, macha rękami i wydaje z siebie dzikie dźwięki).
No to teraz jestem Wam winna wyjasnienia. Niewiele wcześniej pisałam, bo nie chciałam zapeszać.
Wszystko zaczęło się jeszcze w sierpniu, kiedy wraz z Pitolem poszliśmy do mojego banku, żeby założyć wspólne konto. Siedzieliśmy w poczekalni czekając na naszą kolej, a przez uchylone drzwi było słychać jak jakiś Polaczek się produkuje, gorzej niż łamaną angielszczyzną. Kali być, kali mieć, kali założyć konto biznesowe. Babka mu mówi, że żeby założyć konto biznesowe ona mu musi zadać wiele pytań, więc lepiej żeby wrócił jutro z kimś, kto może tłumaczyć. On że ok. Ale to Kali nie założyć dzisiaj konto biznesowe? Dzisiaj nie, jutro - z kolegą. Dobrze, jutro. Ale Kali nie mieć kolegi.
Ja nie wiem czemu mnie stresują takie sytuacje, skoro to nie ja powinnam się wstydzić, ale mam jakieś takie dziwne poczucie przynależności narodowej, które czasem każe mi się wstydzić za innych Polaków. Więc weszłam do gabinetu lekko szara na twarzy, i już w drzwiach wypaliłam do babki że ma anielską cierpliwość, i aż dziw, że go szybciej nie wywaliła za drzwi. Ona tylko zaśmiała się mówiąc, że ten wcale nie był najgorszy i że już się przyzwyczaiła. No to ja jej na to, żartem, czy nie zatrudniają tłumaczy, bo ja chętnie zmienię pracę. Ona że tłumaczy nie, ale jak chcę to mogę jej przynieść cv-ałkę. Potem przeszliśmy do sedna rzeczy, ale gadało nam się z tą babką super - z około 30 minutowej wizyty zrobiło się ponad godzinę, ale byłam naprawdę pod wrażeniem. Pogadaliśmy też o dupie marynie, powiedziała że jestem najbardziej szkocko brzmiącą Polką jaką w życiu widziała, i że jeśli chcę, to serio mogę jej przynieść cv.
Pomyślałam - tiaaa, a na cv złożonej do banku praca jako sprzątaczka albo pani na kasie na pewno zrobi wrażenie.
Ale mimo to następnego dnia zaniosłam, i dostałam ochrzan, że ta cv-ałka wcale mnie nie sprzedaje. Kazała mi iść, i przynieść poprawioną. Tak też zrobiłam. Wróciłam z poprawioną. Powiedziała, że lepiej, i że dziś ma być jakiś tam jej boss, to ona mu poda, z tym że zastrzegła, że ona nic oprócz tego nie może zrobić, i że "mam nie wstrzymywać oddechu".
I tu historia się zakończyła.
Wyjechałam sobie na urlop w Chorwacji, i zapomniałam o całej sprawie.
Po powrocie na początku września zadzwonił telefon. Że z banku i przepraszam, że to tak długo zajęło (!), i czy chcę przyjść na selekcję grupową.
No to poszłam. Miało nas być 12 osób, ale 3 nawet nie raczyły się pojawić :). Dostaliśmy jakieś zadania i trzeba było sobie poradzić w grupie. Dowiedzieliśmy się też, że nawet nie ma jeszcze żadnych wakatów, ale mają być za jakiś czas, dlatego oni już wolą mieć ludzi gotowych wskoczyć na wolne miejsce.
I znowu cisza, minął tydzień, więc napisałam do nich maila z pytaniem jak mi poszło. Odpowiedziano, że mi powiedzą na rozmowie kwalifikacyjnej.
Ta rozmowa była dwa tygodnie temu, w środę. Powiedziano mi, że odezwą się w piątek, jednak jak wróciłam do domu, zadzwonił telefon.
No i tu historię znają ci, którzy przeczytali poprzedniego posta. Że gratulujemy, i że masz pracę, tylko jeszcze te teściki. Które już kiedyś uwaliłam.
No to siedziałam parę dni, i tłukłam co tylko znalazłam w necie.
Zabrałam się do nich w niedzielę, jak pozbyłam się Pitola z domu, żeby mi nie łaził, i nie przeszkadzał. Serce myślałam, że mi wyskoczy z piersi, a ulga po ich zakończeniu była niewyobrażalna.
W ten poniedziałek zadzwonił telefon, że testy poszły mi bardzo dobrze, i że teraz to już ich piłka ruszyć to do przodu, bo muszą mnie sprawdzić pod kątem jakichś przestępstw, dostać referencje itp. W zależności od tego ile czasu to zajmie, zacznę pracę na początku grudnia, lub stycznia. Jeszcze nie wiem w którym oddziale.
Szczęśliwa jestem nie z tej ziemi. W końcu praca, z której będę mogła być dumna. W końcu praca od poniedziałku do piątku, no, może będą soboty do południa, ale mi to nie przeszkadza. Wolne weekendy, święta i bank holideje :)
Koniec wstawania w środku nocy. Koniec marznięcia w pracy (u nas w kanciapie jak siedzę rano przy kompie nie ma ogrzewania!). A najbardziej nie mogę się doczekać, kiedy im wszystkim powiem - kilka szczęk opadnie na glebę - parę w szoku, parę z zazdrości, parę z radości, że mi się udało.
Bosz, co za radocha :D
I tak, tak, wiem, że i tak prędzej czy później znienawidzę tę pracę, jak każdą inną, ale teraz to nie ma znaczenia. Teraz będę jeden stopień wyżej na drabinie.
I Pitol musi porzucić nadzieję na bobo na kolejne... nie wiem, dwa lata? Się zobaczy.
-----------------------------------------------------------------
Na prośbę Magdy - opisuję co następuje :)
Wczoraj w końcu wykorzystałam swój prezent z zeszłorocznych świąt bożego narodzenia. czyli pojechaliśmy na występ Michaela McIntyre. Było naprawdę super, myślałam że się posikam ze śmiechu. Miałam tylko jednę chusteczkę w torebce, więc zostały z niej strzepki od ocierania łez. Michael wyglądał i zachowywał się tak samo jak w tv, plus trochę poprzeklinał, czego w tv się nie uraczy. I sporo też improwizował, co uważam za wyczyn godny podziwu. Jeśli ktoś ma okazję go zobaczyć - bardzo polecam!
(tu podskakuje, macha rękami i wydaje z siebie dzikie dźwięki).
No to teraz jestem Wam winna wyjasnienia. Niewiele wcześniej pisałam, bo nie chciałam zapeszać.
Wszystko zaczęło się jeszcze w sierpniu, kiedy wraz z Pitolem poszliśmy do mojego banku, żeby założyć wspólne konto. Siedzieliśmy w poczekalni czekając na naszą kolej, a przez uchylone drzwi było słychać jak jakiś Polaczek się produkuje, gorzej niż łamaną angielszczyzną. Kali być, kali mieć, kali założyć konto biznesowe. Babka mu mówi, że żeby założyć konto biznesowe ona mu musi zadać wiele pytań, więc lepiej żeby wrócił jutro z kimś, kto może tłumaczyć. On że ok. Ale to Kali nie założyć dzisiaj konto biznesowe? Dzisiaj nie, jutro - z kolegą. Dobrze, jutro. Ale Kali nie mieć kolegi.
Ja nie wiem czemu mnie stresują takie sytuacje, skoro to nie ja powinnam się wstydzić, ale mam jakieś takie dziwne poczucie przynależności narodowej, które czasem każe mi się wstydzić za innych Polaków. Więc weszłam do gabinetu lekko szara na twarzy, i już w drzwiach wypaliłam do babki że ma anielską cierpliwość, i aż dziw, że go szybciej nie wywaliła za drzwi. Ona tylko zaśmiała się mówiąc, że ten wcale nie był najgorszy i że już się przyzwyczaiła. No to ja jej na to, żartem, czy nie zatrudniają tłumaczy, bo ja chętnie zmienię pracę. Ona że tłumaczy nie, ale jak chcę to mogę jej przynieść cv-ałkę. Potem przeszliśmy do sedna rzeczy, ale gadało nam się z tą babką super - z około 30 minutowej wizyty zrobiło się ponad godzinę, ale byłam naprawdę pod wrażeniem. Pogadaliśmy też o dupie marynie, powiedziała że jestem najbardziej szkocko brzmiącą Polką jaką w życiu widziała, i że jeśli chcę, to serio mogę jej przynieść cv.
Pomyślałam - tiaaa, a na cv złożonej do banku praca jako sprzątaczka albo pani na kasie na pewno zrobi wrażenie.
Ale mimo to następnego dnia zaniosłam, i dostałam ochrzan, że ta cv-ałka wcale mnie nie sprzedaje. Kazała mi iść, i przynieść poprawioną. Tak też zrobiłam. Wróciłam z poprawioną. Powiedziała, że lepiej, i że dziś ma być jakiś tam jej boss, to ona mu poda, z tym że zastrzegła, że ona nic oprócz tego nie może zrobić, i że "mam nie wstrzymywać oddechu".
I tu historia się zakończyła.
Wyjechałam sobie na urlop w Chorwacji, i zapomniałam o całej sprawie.
Po powrocie na początku września zadzwonił telefon. Że z banku i przepraszam, że to tak długo zajęło (!), i czy chcę przyjść na selekcję grupową.
No to poszłam. Miało nas być 12 osób, ale 3 nawet nie raczyły się pojawić :). Dostaliśmy jakieś zadania i trzeba było sobie poradzić w grupie. Dowiedzieliśmy się też, że nawet nie ma jeszcze żadnych wakatów, ale mają być za jakiś czas, dlatego oni już wolą mieć ludzi gotowych wskoczyć na wolne miejsce.
I znowu cisza, minął tydzień, więc napisałam do nich maila z pytaniem jak mi poszło. Odpowiedziano, że mi powiedzą na rozmowie kwalifikacyjnej.
Ta rozmowa była dwa tygodnie temu, w środę. Powiedziano mi, że odezwą się w piątek, jednak jak wróciłam do domu, zadzwonił telefon.
No i tu historię znają ci, którzy przeczytali poprzedniego posta. Że gratulujemy, i że masz pracę, tylko jeszcze te teściki. Które już kiedyś uwaliłam.
No to siedziałam parę dni, i tłukłam co tylko znalazłam w necie.
Zabrałam się do nich w niedzielę, jak pozbyłam się Pitola z domu, żeby mi nie łaził, i nie przeszkadzał. Serce myślałam, że mi wyskoczy z piersi, a ulga po ich zakończeniu była niewyobrażalna.
W ten poniedziałek zadzwonił telefon, że testy poszły mi bardzo dobrze, i że teraz to już ich piłka ruszyć to do przodu, bo muszą mnie sprawdzić pod kątem jakichś przestępstw, dostać referencje itp. W zależności od tego ile czasu to zajmie, zacznę pracę na początku grudnia, lub stycznia. Jeszcze nie wiem w którym oddziale.
Szczęśliwa jestem nie z tej ziemi. W końcu praca, z której będę mogła być dumna. W końcu praca od poniedziałku do piątku, no, może będą soboty do południa, ale mi to nie przeszkadza. Wolne weekendy, święta i bank holideje :)
Koniec wstawania w środku nocy. Koniec marznięcia w pracy (u nas w kanciapie jak siedzę rano przy kompie nie ma ogrzewania!). A najbardziej nie mogę się doczekać, kiedy im wszystkim powiem - kilka szczęk opadnie na glebę - parę w szoku, parę z zazdrości, parę z radości, że mi się udało.
Bosz, co za radocha :D
I tak, tak, wiem, że i tak prędzej czy później znienawidzę tę pracę, jak każdą inną, ale teraz to nie ma znaczenia. Teraz będę jeden stopień wyżej na drabinie.
I Pitol musi porzucić nadzieję na bobo na kolejne... nie wiem, dwa lata? Się zobaczy.
-----------------------------------------------------------------
Na prośbę Magdy - opisuję co następuje :)
Wczoraj w końcu wykorzystałam swój prezent z zeszłorocznych świąt bożego narodzenia. czyli pojechaliśmy na występ Michaela McIntyre. Było naprawdę super, myślałam że się posikam ze śmiechu. Miałam tylko jednę chusteczkę w torebce, więc zostały z niej strzepki od ocierania łez. Michael wyglądał i zachowywał się tak samo jak w tv, plus trochę poprzeklinał, czego w tv się nie uraczy. I sporo też improwizował, co uważam za wyczyn godny podziwu. Jeśli ktoś ma okazję go zobaczyć - bardzo polecam!
wtorek, 30 października 2012
POMOCY!!!
Jest masakra po prostu. Nie wiem czy też tak macie, że nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo czegoś chcecie do momentu, kiedy to coś wam śmignie przed nosem, pomacha łapką i poleci w swoją stronę?
Dożyłam środy. Cała się trzęsąc pogalopowałam na rozmowę kwalifikacyjną. Szczegółów nie będę pisać, bo jak wspominałam w poprzednim poście, nie chcę pisać szczegółów, dopóki tej pracy nie dostanę.
Byłam dość zaskoczona, że udało mi się zrelaksować, i nie zrobić z siebie barana. Koleś mnie chwalił za selekcję grupową i w ogóle. Powiedziano mi, że zadzwonią w piątek powiedzieć jak mi poszło.
Ledwo dotarłam do domu a tu telefon: "nie chcieliśmy czekać do piątku, chcemy ci zaproponować tę pozycję". Hurra!!???
A nie...
Zaraz po tym doszło "ale w sumie to zrobiliśmy tę rekrutację trochę nie tak, nie po kolei, jeszcze musisz napisać taki teścik online".
Ja już kiedyś aplikowałam o tę pracę na necie, więc pamiętam mniej więcej co to za teścik. Nie zdałam go. I jak aplikowałam do innej pracy - też nie. To się nazywa "verbal/numerical/logical reasoning test".
Ja naprawdę nie jestem w ciemię bita (choć mogłoby się wydawać), ale jak tylko zaczynam taki test, to ogarnia mnie dzika panika, i nie jestem w stanie nic zrobić :( Ja wiem, że między innymi o to chodzi - sprawdzić czy umiesz pracwać pod presją, ale w moim wypadku mózg po prostu odmawia posłuszeństwa. Teraz siedzę i trzaskam wszystkie testy jakie mogę znaleźć na necie, ale mój wynik rzadko przekracza 40%, czyli za mało.
A ja muszę mieć tę pracę... Wcześniej myślałam, że najbardziej chcę mieć swoje własne mieszkanie, ale to co czuję teraz wiedząc, że tego testu nie zdam, i stracę jedyną w swoim rodzaju szansę powoduje, że jest mi niedobrze. Fizycznie niedobrze. Boli mnie całe ciało, i wszystko w nim wrzeszczy "aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa".
Ludzie pytają w pracy co ze mną jest, a ja nie mogę przestać mieć doła.
Bosz, jak ja chcę tą pracę.
Tak sobie myślałam, że ten test nie może być aż taki ważny, skoro nie muszę go pisać u nich w biurze, tylko online, ale z pewnością będzie podstawą do wycofania oferty, zwłaszcza że babka mi powiedziała, żebym jeszcze nie dawała wypowiedzenia z pracy.
Nie wiem co ze sobą zrobić. Nie chce ktoś tego testu trzasnąć za mnie? Trzeba umieć szybko liczyć itp.
Nie no, żartuję.
A może nie?
Pomocy!!!
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa :(
wtorek, 16 października 2012
Od ostatniego wpisu minęły 3 tygodnie. Siedzę sobie na kanapie opatulona w szalfrok...
I jest mi dobrze :) To znaczy pić mi się chce strasznie, znaczy przymrozi znowu, ale kto by się tam przejmował... ;P
Klucze dostaliśmy w poniedziałek zamiast w piątek. Nasz prawnik dowiedział się, że przyczyną opóźnienia było to, że bank zaczął nas, i jego ponoć też, sprawdzać pod kątem oszustwa. Podobno halifax robi to około 10% swoich klientów, trafiło na nas - nie mam nic przeciwko, tylko czemu do cholery zaczęli nas sprawdzać w piątek rano, choć wstępną zgodę na kredyt hipoteczny dostaliśmy ponad 7 tygodni temu?
Ale już nieważne, jak się dowiem czyja to wina, to nogi z dupy powyrywam...
Paznokcie miałam czarne przez tydzień od szorowania wszystkiego.
Większość chałupy wygląda już - powiedzmy - przyzwoicie - pomalowana, "potapetowana", teraz jeszcze tylko trochę pierdół zostało do załatwienia, np. musimy kupić nową szklaną "kurtynę" prysznicową do wanny (bosz, nawet nie wiem jak to się nazywa...).
Musimy wymienić drzwi wejściowe, ale póki co rozważamy różne opcje finansowe, bo drzwi możemy mieć od około 300 funtów do prawie 2 tysięcy. A że kasą nie śmierdzimy, to się zobaczy :P
A zdecydowanie największą inwestycją będzie kuchnia - jak dla mnie jest cała do wypieprzenia, od sufitu po podłogę. I ze względu na powyższe "kasą nie śmierdzenie", to sobie poczeka, pewnie i kilka lat... Albo aż wygram w totka.
Poza tym jeszcze sporo pierdół typu dywan do salonu, jakieś szafki, półki itp, bo na razie to mamy tylko to, co najpotrzebniejsze.
I jest fajnie - fajne uczucie wracać do domu - znaczenie słowa "dom" zupełnie się zmieniło :)
No i ze względu na dodatkową sypialnię nasiliły się naciski na bambino, z różnych stron - od Pitola, jego taty, ludzi z pracy. Ale mnie się nigdzie nie spieszy... daliby pomieszkać :)
Tak przy okazji to tylko potwierdziło się stwierdzenie, że faceci są do niczego. Ja wszystko załatwiałam, i załatwiam, Telefony do dostawców mediów, elektryczności, prawnika itp... A książę, tylko leży na kanapie. Takiemu to dobrze. Ma szczęscie, że nadrabia innymi wartościami, bo bym go z własnego domu wykopała :P
Kilka fotek z przed i po.
Przedpokój.
Sypialnia.
Salon.

Fotki jak widać pod tytułem - jak wyremontować mieszkanie za kilkaset funtów.... ;) Zrobiliśmy tyle, na ile nas było stać ;)
We wtorek tamten miałam selekcję grupową, jako wstępny etap rekrutacji do pracy w miejscu, w którym bardzo chciałabym pracować. Poszło mi, myślałam, tak sobie. Ale może jednak nie tak źle, skoro w środę 24ego mam rozmowę jeden na jeden. Sram się jak nie powiem, bo straszliwie mi zależy. W ogóle z aplikowaniem o tą pracę, to były jaja jak balony, ale nie będę pisać szczegółów, dopóki nie dostanę tej pracy. A jak nie dostanę, to przynajmniej nie będę się musiała tłumaczyć ze straconej szansy...
Ale nie pogniewam się, jeśli bedziecie trzymać kciuki :)
I jest mi dobrze :) To znaczy pić mi się chce strasznie, znaczy przymrozi znowu, ale kto by się tam przejmował... ;P
Klucze dostaliśmy w poniedziałek zamiast w piątek. Nasz prawnik dowiedział się, że przyczyną opóźnienia było to, że bank zaczął nas, i jego ponoć też, sprawdzać pod kątem oszustwa. Podobno halifax robi to około 10% swoich klientów, trafiło na nas - nie mam nic przeciwko, tylko czemu do cholery zaczęli nas sprawdzać w piątek rano, choć wstępną zgodę na kredyt hipoteczny dostaliśmy ponad 7 tygodni temu?
Ale już nieważne, jak się dowiem czyja to wina, to nogi z dupy powyrywam...
Paznokcie miałam czarne przez tydzień od szorowania wszystkiego.
Większość chałupy wygląda już - powiedzmy - przyzwoicie - pomalowana, "potapetowana", teraz jeszcze tylko trochę pierdół zostało do załatwienia, np. musimy kupić nową szklaną "kurtynę" prysznicową do wanny (bosz, nawet nie wiem jak to się nazywa...).
Musimy wymienić drzwi wejściowe, ale póki co rozważamy różne opcje finansowe, bo drzwi możemy mieć od około 300 funtów do prawie 2 tysięcy. A że kasą nie śmierdzimy, to się zobaczy :P
A zdecydowanie największą inwestycją będzie kuchnia - jak dla mnie jest cała do wypieprzenia, od sufitu po podłogę. I ze względu na powyższe "kasą nie śmierdzenie", to sobie poczeka, pewnie i kilka lat... Albo aż wygram w totka.
Poza tym jeszcze sporo pierdół typu dywan do salonu, jakieś szafki, półki itp, bo na razie to mamy tylko to, co najpotrzebniejsze.
I jest fajnie - fajne uczucie wracać do domu - znaczenie słowa "dom" zupełnie się zmieniło :)
No i ze względu na dodatkową sypialnię nasiliły się naciski na bambino, z różnych stron - od Pitola, jego taty, ludzi z pracy. Ale mnie się nigdzie nie spieszy... daliby pomieszkać :)
Tak przy okazji to tylko potwierdziło się stwierdzenie, że faceci są do niczego. Ja wszystko załatwiałam, i załatwiam, Telefony do dostawców mediów, elektryczności, prawnika itp... A książę, tylko leży na kanapie. Takiemu to dobrze. Ma szczęscie, że nadrabia innymi wartościami, bo bym go z własnego domu wykopała :P
Kilka fotek z przed i po.
Przedpokój.
Sypialnia.
Salon.

Fotki jak widać pod tytułem - jak wyremontować mieszkanie za kilkaset funtów.... ;) Zrobiliśmy tyle, na ile nas było stać ;)
We wtorek tamten miałam selekcję grupową, jako wstępny etap rekrutacji do pracy w miejscu, w którym bardzo chciałabym pracować. Poszło mi, myślałam, tak sobie. Ale może jednak nie tak źle, skoro w środę 24ego mam rozmowę jeden na jeden. Sram się jak nie powiem, bo straszliwie mi zależy. W ogóle z aplikowaniem o tą pracę, to były jaja jak balony, ale nie będę pisać szczegółów, dopóki nie dostanę tej pracy. A jak nie dostanę, to przynajmniej nie będę się musiała tłumaczyć ze straconej szansy...
Ale nie pogniewam się, jeśli bedziecie trzymać kciuki :)
niedziela, 23 września 2012
To tylko ja mam takie szczęście.
Wszystkie plany poszły się je**ć.
Jest niedziela. Siedzimy w "starym" mieszkaniu, w którym prawie nic nie ma, bo wywieźliśmy większość klamociarni do rodziców Pitola. Zrobiłam obiad z gotowych produktów, gdy okazało się, że mamy tylko jeden nóź w domu, reszta spakowana...
Do meritum.
Nie dostaliśmy kluczy od mieszkania. Piątek z potencjalnie najbardziej ekscytującego dnia mojego dotychczasowego życia, przerodził się w koszmar. Siedzieliśmy jak na szpilkach gdy okazało się, że prawnik nie dostał jeszcze przelewu z halifaxu. Czekaliśmy do 3.30, potem już było za późno.
Nie wiemy co i dlaczego. Dlaczego bank zaczął tak późno przetwarzać dane i nie wpłacił pieniędzy na czas. Najlepsze jest to, że MY będziemy teraz płacić karne odsetki za każdy dzień opóźnienia. Muszę się teraz dowiedzieć kto zawinił, żeby ewentualnie odzyskać te karę. Niechno ja się ku*wa dowiem...
Cały weekend mieliśmy spędzić przeprowadzając się, dekorując chałupę. Specjalnie po to prosiłam inne osoby, żeby pokryły moje zmiany w pracy.
Teraz P nie będzie miał wolnego przez najbliższe dwa tygodnie, więc nie będzie miał kiedy bawić się w remont. Nawet znaleźć cza na wożnie klamotów będzie ciężko.
Zamówiłam łóżko, miało być dostarczone w sobotę. Na ostatnią chwilę dzwoniłam do nich błagając, żeby dostarczyli je do rodziców Pitola. Łóżko (rama) doszło, materaca ni widu, ni słychu... Niczego też się nie dowiem do poniedziałku.
Do tego zadzwonili też, że moje kanapy są gotowe, i że mogą być dowiezione, ale ja nie wiem na kiedy bukować, bo co jak nie dostaniemy kluczy w poniedziałek?
Jeszcze do tego mam ważną sprawę do załatwienia we wtorek, a nawet nie mam jak się z tym ogarnąć. Kto wie gdzie jest moje żelazko?
Pecha mam nie z tej ziemi, więc teraz się zastanawiam jaki jest sens mojej wtorkowej sprawy, skoro już wiem, że nic się nie uda.. Dół i koniec.
Jestem wykończona nerwowo.
No to kochani trzymamy kciuki za jutro i wtorek... :)
PS.1. Pitol póki co zachowuje spokój - szok, myślałam że, jak to on, dostanie szału, ale nie ;)
PS.2. Pitol ma swoje pomysły na wykorzystanie drugiej sypialni - pierwszy to "siłownia", drugi to "memorabilia room" czyli po moim trupie. Trzeci był najsensowniejszy - bawialnia dla dzidzi. Czyjej? Nie wiem ;P
piątek, 21 września 2012
Już prawie wszystko spakowane, masakra na kółkach.
Kanapy wyszły od producenta, czekamy na telefon od dostawcy.
Łóżko i materac przyjadą jutro (£50 kosztuje przyjemność dostawy w sobotę).
Farby i tapety w bagażniku.
A my siedzimy na dupie... I nic. Czekamy w starej chacie. Na przelew na konto prawnika od naszego pożyczkodawcy. Nie wiem czy tak jest zawsze, ale zaczynam się denerwować.
wtorek, 18 września 2012
Dwa dni do "dnia zero". Jestem w stanie pogłębiającej się paniki. Przeprowadzka to będzie masakra, zważając na fakt, że uznaliśmy, że skoro nie mamy żadnych mebli, to przeprowadzimy się autami osobowymi. Nie no, jasne, da się to zrobić, ale po spakowaniu mniej więcej połowy chaty, trochę mnie to przeraża. A przecież naprawdę nie mamy tak dużo klamotów, bo to mieszkanie jest tak małe, że musiałam je porządkować dość często.
I panikuję jeszcze, bo jako nowicjusz na rynku hipotek nie wiem czego się spodziewać. Na przykład powiedziano nam wiele tygodni temu, że piniądze będziemy przelewać 3-4 dni przed "wprowadzką", a tu zostały 2 dni, a ja nawet nie wiem na jakie konto muszą wpłynąć. I nic jeszcze nie podpisaliśmy! Choć tu uspokaja mnie kilkoro znajomych mówiąc, że wszystko jest zawsze finalizowane na ostatnią chwilę. Bosz, wykończę się psychicznie.
Do tego dodam, że dzis był mój 17 pod rząd dzień w pracy, i jeszcze dwa przede mną. Nie, nie jestem w obozie pracy :P, po prostu musiałam trochę nadrobić za część bezpłatnego urlopu, a potem w dwa dni wolne robiłam za babki, które za mnie zrobią weekend, zebym mogła się przeprowadzić.
Jak to bywa, wszystko dzieje się naraz. Oprócz przeprowadzki, dzieje się coś jeszcze - jak zawsze w najmniej właściwym czasie. Nie chcę wdawać się w szczegóły dopóki coś się nie wyklaruje, by nie zapeszyć. Ale wiem na pewno, że potrzebuję, żebyście trzymali za mnie kciuki, np. w przyszły wtorek, który może być poczatkiem początku, albo początkiem końca nadziei. Będziecie trzymać? Proszę!!!
Żeby nie było wątpliwości, nie oczekuję dzidziusia ani nic z tych rzeczy. Choć już dwie propozycje "rozmnożenia" się od mojego połówka dostałam. Ale wychodzi z tego całkiem śmieszna sytuacja, bo ja chciałabym najpierw wziąść ślub, a Pitol najpierw dzidzię. A że Pitolowi aktualnie śluby nie w głowie, dzidzi też nie będzie ha-ha-ha (tu słychać rubaszny śmiech). Poza tym spieramy się co do ewentualnych imion dla dzieci, bo mój cudny mężczyzna wydaje się nie być ok z faktem, że ja używałam polskiego odpowiednika imienia zwracając się do mojego dziecka, np. jeśli nazywałoby się Micheal, to ja mówiłabym do jego Michaś. Problem mojego mówienia do ewentualnego dziecka po polsku też już przerobiliśmy, też się Pitol burzył, ale mu powiedziałam, że chyba jest chory, że moje dziecko nie będzie mówić po polsku. A on się po prostu boi, że swojej dzidzi nie będzie rozumiał :P
Głupek ;DDDD
I panikuję jeszcze, bo jako nowicjusz na rynku hipotek nie wiem czego się spodziewać. Na przykład powiedziano nam wiele tygodni temu, że piniądze będziemy przelewać 3-4 dni przed "wprowadzką", a tu zostały 2 dni, a ja nawet nie wiem na jakie konto muszą wpłynąć. I nic jeszcze nie podpisaliśmy! Choć tu uspokaja mnie kilkoro znajomych mówiąc, że wszystko jest zawsze finalizowane na ostatnią chwilę. Bosz, wykończę się psychicznie.
Do tego dodam, że dzis był mój 17 pod rząd dzień w pracy, i jeszcze dwa przede mną. Nie, nie jestem w obozie pracy :P, po prostu musiałam trochę nadrobić za część bezpłatnego urlopu, a potem w dwa dni wolne robiłam za babki, które za mnie zrobią weekend, zebym mogła się przeprowadzić.
Jak to bywa, wszystko dzieje się naraz. Oprócz przeprowadzki, dzieje się coś jeszcze - jak zawsze w najmniej właściwym czasie. Nie chcę wdawać się w szczegóły dopóki coś się nie wyklaruje, by nie zapeszyć. Ale wiem na pewno, że potrzebuję, żebyście trzymali za mnie kciuki, np. w przyszły wtorek, który może być poczatkiem początku, albo początkiem końca nadziei. Będziecie trzymać? Proszę!!!
Żeby nie było wątpliwości, nie oczekuję dzidziusia ani nic z tych rzeczy. Choć już dwie propozycje "rozmnożenia" się od mojego połówka dostałam. Ale wychodzi z tego całkiem śmieszna sytuacja, bo ja chciałabym najpierw wziąść ślub, a Pitol najpierw dzidzię. A że Pitolowi aktualnie śluby nie w głowie, dzidzi też nie będzie ha-ha-ha (tu słychać rubaszny śmiech). Poza tym spieramy się co do ewentualnych imion dla dzieci, bo mój cudny mężczyzna wydaje się nie być ok z faktem, że ja używałam polskiego odpowiednika imienia zwracając się do mojego dziecka, np. jeśli nazywałoby się Micheal, to ja mówiłabym do jego Michaś. Problem mojego mówienia do ewentualnego dziecka po polsku też już przerobiliśmy, też się Pitol burzył, ale mu powiedziałam, że chyba jest chory, że moje dziecko nie będzie mówić po polsku. A on się po prostu boi, że swojej dzidzi nie będzie rozumiał :P
Głupek ;DDDD
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























