Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

niedziela, 25 września 2011

minęły trzy tygodnie, a ja jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
w domu mnie nie ma całymi dniami, jak już jestem, to jestem zmęczona i sfrustrowana, bo w domu nawet palcem nietknięte.
skończyły się domowe obiadki i pieczenie ciast. na nic nie mam czasu, ani siły.
i zastanawiam się, po co mi to było?
stresuję się strasznie, choć nie ma o co. praca śni mi się noc w noc.
Pitola widuję po 15 minut dziennie... bo tak nam się grafiki układają. nie wiem, czy to da się przetrwać.
nie, jeszcze nie zrezygnuję, poczekam, może się przyzwyczaję.
albo spróbuję wytrzymać kilka miesięcy i poszukam pracy jako superwajzor.
aż strach się bać, co będzie w święta. pewnie 250godz. w miesiącu :(

a z pozytywów.
P dzisiaj wypalił ni z tego ni z owego: "co mi kupisz na naszą rocznicę?".
no to spojrzałam jak na debila, bo nasza druga rocznica będzie za jakieś 7... tygodni!
nie wiem czy będę miała czas na cokolwiek w zasadzie, bo do sklepów nie mam kiedy łazić.
i za chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć, co sprezentowaliśmy sobie rok temu...
głupki :)

sobota, 10 września 2011

mam jakiś dupny dzień. łzy mam w oczach co chwila. jeszcze mnie Pitol wkurza do tego.
a zaczeło się od tego, że w pracy miałam zapierdol jak cholera, bo ktoś tam jest na urlopie, więc jego robota była ledwo ruszona, a ja potem musiałam zapieprzać jak idiotka przez 9 godzin.

wracając z pracy do domu jakaś debilka wymusiła na mnie pierwszeństwo i o mały włos - dosłownie - nie rozpieprzyłam się spektakularnie.

a w domu ciemno - bo po jaką cholerę odsłonić rolety, skoro prosiłam o to milion razy.
bo po cholerę, domyślić się, że najwyższa pora sciągnać ciuchy z suszarki, skoro jakoś magicznie lądują w szufladzie.
bo po cholerę wstawić pranie, skoro ciuchy same dostają nóg i lezą do pralki.
bo po co poodkurzać, skoro poprosiłam o to dwa dni temu.
no i w końcu, po cholerę pisać tego bloga? (chyba mu nie pasuje, że nie może go przeczytać, a myśli że mu tylko dupsko non stop obsmarowuję)
no i na koniec, po cholerę mnie przytulić, jak już się rozryczałam i wyjawiłam wszystkie swoje gorzkie żale...
kogo to obchodzi, że ja zapierdalam 50 godzin w tygodniu za marne grosze.
bo po co mi pomagać w domu, skoro jest się tak strasznie zmęczonym pracą 20 godzin w tygodniu...
no i czemu by nie jebnąć durnego tekstu, że jak jestem taka nieszczęśliwa, to może powinnam pomyśleć o odejściu.
bo czemu by nie wyjść do pubu ze znajomymi z pracy po raz bóg wie który beze mnie... bo przecież nikt nie pzychodzi z parą. to nic, że takie imprezy są co chwila, a ja siedzę jak ta idiotka sama w domu. no bo kogo to obchodzi? przecież nie kogoś. kto mnie kocha.

nawet wczoraj kupno nowej kurtki, torebki i perfumy poprawiło mi humor tylko na chwilę.

środa, 31 sierpnia 2011


to tak.
interwju było. stresu co niemiara. ale się udało. "awans" jest, ale jakby to... połowiczny. bo wracam na lodówy... znowu będzie mnie telepać non stop, ale mam nadzieję, że nie będę marznąć na marne. mam "pod sobą" bardzo mały dział, i dobrze - mniej stresu i łatwiej się wykazać. co to z tego będzie to się dopiero okaże. dzię był mój pierwszy dzień jako sekszyn lider i pierwszy dzień po urlopie. gęba myślałam, że mi się połamie od ziewania. jeszcze nie mam grafiku, ale godziny mam mieć tragiczne i bardzo długie. od 8-17.30 albo 13-22. w sumie to chyba nie powinnam narzekać, bo wczesniej wstawałam do pracy o 3 w nocy! a teraz będzie mi ciężko się przyzwyczaić, bo miałam całe dnie dla siebie, a tu dupa. skończyło się babci sranie. no i z Pitolem będę się częściej mijać, bo on zaczyna najczęściej pracę o 17ej :(
ale ogólnie jestem nastawiona pozytywnie. wszyscy byli dziś dla mnie bardzo mili.
o dziwo :P

a urlop... był cudny, gorąco, pięknie, nawet nie tak drogo. przez to, że w knajpach można dostać "turystyczne" menu i za dychę zjeść 3 dania i się napić, przytyłam 3kg w 10 dni! idź pan w cholerę z taką robotą... :P
kupa śmiechu, bo przez Pitola tatuaże (jak sądzę) , spacerując główną ulicą przechodziły koło nas podejrzane cichociemne typy szepcząc "haszisz?" :D
P także nie wierzył, jak mu powiedziałam, że "Polaków jak psów..." i żeby się nie zdziwił. nie uwierzył, do momentu, jak leżąć na plaży "sąsiedzi" z obu stron byli mojej narodowości :P
miałam radochę, bo udało mi się przeczytać 3 książki, nawet P przeczytał jakieś 240 stron czegoś tam - to chyba jego rekord życiowy :D
było wprawdzie parę zgrzytów, kilka razy myślałam, że go piznę z podobiznę, ale to nic nadzwyczajnego...
fantastyczna pogoda, nawet jak dla mnie gorąc nie z tej ziemi. plaże miejscami nawet pustawe - nie wiem, czy przez to, że łatwiej się poparzyć, gdy owiewa cię lekka bryza od oceanu, czy po prostu ludziom się nie chciało dupy ruszać znad basenu.
i te pyszne pomarańcze... choć nie w sezonie i pewnie z chłodni, ale i tak sto razy smaczniejsze niż te tutaj.
myślałam, że się popłaczę wyjeżdżając. a na miejscu 10 stopni i deszcz. nic tylko się pochlastać.
TU trochę fotek jakby ktoś miał ochotę popatrzeć.

moja mam też wróciła z wycieczki - była w Turcji. moja walnięta 55latka wróciła do Polski z nogą w gipsie. tak się rozglądała dookoła na jakimś statku, że nie zauważyła różnicy w poziomach pokładu... i stłukła sobie kość, czy coś w tym stylu, tym samym przedłużyła sobie urlop o kilka tygodni.

minęło 5 lat odkąd jestem w Szkocji.
minął rok odkąd mieszkamy razem z Pitolem, i tylko cudem się żeśmy jeszcze nie pozabijali.
wróciłam dziś z pracy do domu, a tam czekał na mnie piękny bukiet kwiatów i dvd z filmem, który bardzo lubię :)

sobota, 13 sierpnia 2011


przyznać się, kto nie trzymał, albo trzymał słabo??

piątek, 12 sierpnia 2011

mam jutro interwju na sekszyn lidera.

ze strachu kupa w majtach.

trzymać kciuki!

ołwer.

sobota, 6 sierpnia 2011

dostaliśmy zaproszenie na otwarcie nowego klubu w Edim.
tzn. nie zupełnie nowego, ale wyremontowanego i o zmienionej nazwie, której tutaj nie podam - jak ktoś jest z okolic albo bardzo dociekliwy, to sam znajdzie :)
zaproszenie jako VIP, bo to lokal taty dziewczyny najlepszego kumpla Pitola, która przy okazji chyba bardzo mnie - z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny - lubi.
całkiem zabawne, bo ona w ogóle myślała, że my do wczoraj nie wiedzieliśmy, że to lokal jej taty, i wsciekła się na swojego faceta, że nam powiedział, a on był biedny niewinny, bo to Pitol dowiedział się wieeeeki temu od jednego zbyt gadatliwego pracownika lokalu.
piękne skórzane kanapy, banda ludzi - bardzo "posh", największa butelka szampana jaką w życiu widziałam, trzech wielkich ochroniarzy na wstępie do strefy VIP i zazdrosne spojrzenia "zwykłych" ludzi przez szybkę oddzielającą od parkietu. taki tylko posmaczek jak to jest być pięknym, młodym i bogatym :P
Pitol zapytał, czy nie jestem zazdrosna o to wszystko, co nasza koleżanka ma, i zadziwiłam samą siebie odpowiedzią bez zastanowienia - "nie".
kurdę, naprawdę nie. po przemyśleniu - może trochę, ale może nie tyle kasy, co ułatwień, bo ma dostęp do wielu rzeczy, miejsc, ludzi, o które my musimy "walczyć".
ale wiem, że ona np. też mi zazdrości, np. figury.
ja sama wprawdzie swojej figury nie lubię i uważam, że za dużo we mnie chłopca i nigdy nie można być zbyt szczupłym, a ona jest duuuuża, w sensie wysoka, z wielkim cycem, tyłkiem i czym tam jeszcze.
i tu się kółko zamyka. nie można mieć wszystkiego. ona ma własne mieszkanie, o którym ja marzę, ona marzy o mojej figurze.. życie jest okrutne :P

oczywiście wyjście na tą imprezę nie obyło się bez mecyji. bo Pitol musiał oczywiście skomentować mój strój, najpierw powiedział "o, ubierzesz się jak księżniczka", a potem złośliwie dodał "że będę się prosić o kłopoty, jak na tej reklamie z krótką spódniczką" (klik klik). potem cały czas marudził, że nie zostanie długo i w ogóle zmarnował mi wieczór, bo choć został ze mną do 2ej nad ranem, i wypiłam tylko dwa drinki (wciąż na lekach), to mnie jakoś ogólnie drażnił. bo się zachowuje jak taki pies ogrodnika - sam miłego słowa nie powie, ale innych odstrasza :P
nie no, nie jest aż taki zły, ale ja bym chciała, żeby zwyczajnie był dumny, że jestem jego dziewczyną, zamiast się zachowywać jak zazdrosny dupek.

no, a tak poza tym, to inna koleżanka naszej koleżanki, która niespodziewanie zapragnęła pogawędki, wyraziła zdziwienie - "ale ty dobrze mówisz po angielsku".
no i tu powstaje pytanie, jak długo jeszcze będzie coś w tym dziwnego? żyję tu, mieszkam, nigdzie się nie wybieram, mam faceta Szkota, uczyłam się angielskiego latami, to troszkę tam rozumiem :P

a tymczasem wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego zamieszkania w Szkocji. spędze ją w Portugalii :)

siłownia nadal na topie, po przerwie pooperacyjnej dziś był 4 dzień z rzędu wylewania siódmych potów, cudnie bolą mnie uda.

i zamówiłam sobie w polskiej księgarni 4 książki, właśnie dziś przyszły.
na razie leżą na stole i cieszą oko.

środa, 3 sierpnia 2011

Znowu wzięłam się za pieczenie, zwłaszcza, że z racji chorobowego mam dużo czasu, no i że kupiliśmy z P food processor. Tylko moja waga mnie martwi, tak dużo nie ważyłam od około 5 lat, a tu urlop na plaży tuż tuż. Kicha będzie :/






A na zdjęciach

#chleb zwykły, który nie urósł i był wielkości dużej bułki (coś nie mam ręki do pieczywa)

#dzisiejsze muffiny - niskokaloryczne z malinami i odrobiną mlecznej czekolady, których jeszcze nie spróbowałam, bo są gorące :P

#chlebek bananowo-orzechowy.

sobota, 30 lipca 2011

ja myślałam, że prawie że prosto ze szpitala polecę sobie na siłkę i wszystko będzie cacy...
ale od początku.

nie będę wdawać się w szczegóły poprzedzające operację. najbardziej z tego wszystkiego bałam się wybudzania z narkozy, bo wszyscy jak jeden mąż mówili mi, że jest po niej niedobrze, i chce sie wymiotować. więc się bałam, bo wymiotowanie świeżo ciętym gardłem by mnie raczej zabiło.
ale ku mojej "radości" nie było mi niedobrze. choć wszyscy inni dookoła na sali pooperacyjnej wydawali z siebie dziwne dźwięki...

a więc środa i czwartek przebiegły w bólu, choć znośnym. w środę nawet mogłam mówić dość przyzwoicie. co ciekawe - od operacji do wypisu ze szpitala nikt nawet raz nie zajrzał mi w gardło! zresztą i tak byłoby to niełatwe, bo mi tak szeroko otworzyli usta na stole operacyjnym, że mi popękały w kącikach i mam teraz strupy...
a w czwartek po wyjściu ze szpitala nawet pojechaliśmy na zakupy do Glasgow.

ale koszmar zaczął się w piątek. nie mogę mówić prawie wcale (ku radości P, bo w końcu nie mogę marudzić!). mój żołądek odpłaci mi za ilość tabletek przeciwbólowych, które w siebie pakuję. niestety od szpitala dostałam jedynie co-dydramol (paracetamol z dehydrokodeiną, czy jakoś tak) i coś przeciwzapalnego. i pouczenie, że jak zacznie mi gardło krwawić (!!!) to natychmiast zgłosić się do lekarza - ciekawe, czy w szpitalu wiedzą, że w większości przychodni się czeka minimum 3 dni na wizytę?! jutro chyba jednak zaryzykuję, bo nie czuję się dobrze, ból mnie budzi co chwila, zaczęłam nawet brać ketanol, który miałam gdzieś zbunkrowany gdzieś w szafce, w przeciwnym razie nie byłabym w stanie funkcjonować, a za który pewnie mi się od lekarza dostanie. mam podwyższoną temperaturę i w ogóle jest ble! gardło wygląda o-brzy-dli-wie! najlepsze jest to, że niewskazane jest, żebym jadła papkowate jedzenie - mam jeść normalnie, co nietrudno sobie wyobrazić, jest mega wyzwaniem! ja normalnie jem powoli, a teraz to już w ogóle masakra. przełykanie czegokolwiek weszło na jakiś szokujący poziom, wystraszyłam się ostatnio, bo coś mi wyleciało z nosa i nie zdążyłam zatamować. myślę - k**wa - krew mi leci! a co to było? kawa, której się przed chwilą napiłam! masakra...
teraz twierdzę, że jednak opatrzność nade mną czuwała i bilety do PL były tak drogie, że ich nie kupiłam, bo bym w ogóle nie miała radochy z tego wyjazdu.
dzwoniła do mnie wczoraj mama, i łezki jej w trakcie tej rozmowy leciały, bo brzmię tragicznie, mam taki cieniutki, ledwie słyszalny, żałosny i płaczliwy głosić...

i nie wiem, czy to wszystko ma tak być?
]ja chcę na siłownię! ja chcę znowu cieszyć się smakami!
:(
na co mi to było...

niedziela, 24 lipca 2011


alergia na faceta tymczasowo zażegnana. od 10 dni się nie pokłociliśmy, co jak na nas to duży sukces. pewnie do następnego... okresu :P
jakiś tajemniczy się zrobił, coś wspomniał o swoich oszczędnościach, więc mu powiedziałam, żeby mnie nie wkurzał wiecznym marudzeniem, że nie ma kasy, skoro ma. on na to, że zbiera na coś dużego. jakoś nie spytałam na co, nie wiem, może samochód, albo na wspominaną wcześniej wycieczkę do ameryki lub australii (czyli dwóch państw, do których ja nie mam wstępu bez wizy i pierdzielenia się w papierki). się okaże...

zapał na skakankę przeszedł - tak mnie już bolały kostki, że kulałam w pracy, więc stwierdziłam po kilku tygodniach, że dalej tak nie mogę.
to zapisałam się na siłownię!!!! prawie, że za rogiem jest taka wielka, wszystko nowe, za grosze.
i chyba złapałam bakcyla :) póki co chodzę 3-4 razy w tygodniu, przybajmniej do urlopu w Portugalii, na którym chciałabym wyglądać przyzwoicie. i naszemu związkowi też to dobrze zrobiło, bo a) mamy coś, co możemy robić razem, b) trochę go zazdrość chwyciła o siłownianych osiłków, którzy tam chodzą panienki oglądać :P

w końcu odezwali się do mnie ze szpitala - w środę mam operację (zabieg?) wycięcia migdałków. wszyscy mówią, że potem boli jak cholera, a ja się cieszę na 2 tygodnie wolnego, które mi potem przysługują. potem 7 dni w pracy, i Portugalia, także w sierpniu za dużo się nie napracuję :)

no i najlepsza, ale i stresująca wiadomość, dziś dostałam cynk, że jak głowny menadżer sklepowy wróci z urlopu będę miała interwju na sekszyn lidera :) nie wiem niestety, czy już jest jakaś pozycja dla mnie, a jak tak, to jaka. muszę jakoś spróbować się przygotować - stresówa jak nic... nie lubię przepytywanek.

a teraz idę na siłkę się odstresować :)

niedziela, 10 lipca 2011

Na przywitanie mojego jedynego baranka, jako najlepsza nie-żona na świecie, której 4 dni wystarczyły, żeby się trochę uspokoić, upiekłam mu "papacici", czyli paszteciki drożdżowe z szynką i serem i sernik z brzoskwiniami :) Niecierpliwym nie polecam, bo się naj**ałam przy tym konkretnie.



piątek, 8 lipca 2011

leczę alergię na faceta .
zupełnie niechcący, bo jak pisałam wcześniej, bez mojego większego błogosławieństwa wyjechał na 4 dni.
muszę stwierdzić, że znoszę to zupełnie lepiej niż przewidywałam.
tzn. pierwszy dzień był dramatyczny, bo zaczęłam mieć jakieś "wjazdy psychiczne" na punkcie samotności, ale dziś jest już spoko.
chyba odpoczywam, choć roboty mam od groma, bo kolesia od stażu trochę poniosło, i będę musiała posiedzieć nad papierkami.
no i obiecałam sobie, że na powrót P upiękę sernik i - jak to on wymawia - "papacici" (i tu konkurs - co to jest?). taka ze mnie kochana nie-żona :P
jakby wracał co najmniej z afganistanu po półrocznej nieobecności :)

wymyśliłam też sobie, że muszę popracować nad sylwetką i kondycją przed urlopem (za 5 tygodni!), więc skoro nie potrafię zapanować nad swoim apetytem, postanowiłam się trochę poruszać.
a że szkocka pogoda nie sprzyja ruchu na pwietrzu, kupiłam sobie skakankę i muszę się pochwalić, że już około 10 dni skaczę codziennie po około 15-25 minut.
bolą mnie mięśnie, które nie wiedziałam, że istnieją.
są momenty, że kuleję z tej radości...
nie ma nic za darmo, mama zawsze powtarzała (rozczesując moje mokre włosy) - "chcesz być piękna, to cierp!"

niedziela, 3 lipca 2011

kilka dni temu miałam jakiś taki kijowy dzień. jak średnio co drugi zresztą, taka ze mnie optymistka... i dostałam zastanawiające smsy od P.
"nie martw się, następne kilka tygodni, miesiąc będą tego warte, obiecuję"
pytam warte czego?
"wierz mi"
to pytam czy znowu zamierza mnie czymś zaskoczyć, jakimś kolejnym wyjazdem do pracy, albo inną cholerą
"nie, nic takiego, poczekaj a się przekonasz, to nic złego"
jakoś tak to wszystko sformułował, że dało mi do myślenia...

a poza tym to mam ostatnimi czasy na P alergię... :(
co chwila czymś mnie wkurza tak, że mam ochotę mu solidnie przypieprzyć.
podejmuje decyzję, a potem się pyta czy tak może być.
średnio co drugi wieczór spędzam sama, bo to praca (tu się nie czepiam), tapetowanie chaty siostry (tu też się nie czepiam), a jak nie, to: siłownia, oglądanie boksu u kolegi albo jakieś inny badziew.
i nie wiem co z tym zrobić, bo nie to, że go przestałam kochać - absolutnie nie - po prostu aktualnie nie jest mi za fajnie, i mam nadzieję, że uda się to jakoś zmienić, pomimo mojej uwagi, że związek to ciężka praca jakoś nie wywarła na nim wielkiego wrażenia. i mam wrażenie, że na tym polu to ja zapierdalam za dwoje...
mam nadzieję, że to niedługo przejdzie...
(koleżanka powiedziała, że też tak miała, i przeszło!)
te cztery dni, gdy P wyjedzie do pracy może nam dobrze zrobią.

no chyba, że wyolbrzymiam, bo "hormonalna" jestem.

a z pozytywów, to pomimo pierniczenia, że kobiety będą płacić tyle samo za ubezpieczenia auta, co faceci, ja w tym roku zaoszczędziłam aż 300 funtów w porównaniu do zeszłego! :)

piątek, 1 lipca 2011

kryzys chyba nadal daje się we znaki, bo w pracy nie mamy wielu zamówień, toteż postanowiono, że z mojego działu musi odejść do innych działów około 4-5 osób. dwie osoby zgłosiły się same, reszta będzie wybrana.
uderzając w temat, postanowiłam pomęczyć znów menadżerkę "od ludzi" (ta sama, która stwierdziła ostatnio, że mogłabym sobie nie poradzić z superwajzorem w tym nowo otwartym sklepie).
tylko weszłam do jej pokoju po tym, jak nam oświadczono powyższe zmiany, a ona prosto z mostu "Ty będziesz jedną z tych, które odejdą".
se myślę, "no to bomba :/"
a ona dodała - "jako sekszyn lider" (czyli superwajzor czy jak zwał, tak zwał).
:D
teraz tylko muszę czekać, aż pojawi się wakat, bo muszą parę osób poprzenosić tu i tam. więc kij wie, jak długo.

poza tym mój chłopiec chyba coś kombinuje, napisał mi ostatnio w smsie, że kolejne kilka tygodni "będą tego warte". na pytanie "czego", odpisał "zobaczysz, będą... obiecuję".
nie wiem, może w końcu postanowił, że się będzie zachowywał, bo ostatnio to już mi naprawdę zaczął działać na układ...

a tymczasem postanowił sobie, że będzie pracował podczas T in the Park, więc przez 4 dni będę słomianą wdową - nie do końca z własnej woli.
i zrobił sobie kolejny tatuaż, a raczej uzupełnił ten, który już miał. też nie do końca z moim błogosławieństwem.
więc ja się zastanawiam, czy mój facet potrzebuje jakoś nadspodziewanie dużo "wolności, odrębności i przestrzeni", czy to ja jestem jakaś przewrażliwiona i zaborcza...

poza tym cały czas mnie męczy chata jego siostry, zazdrość mi nie przeszła, wręcz przeciwnie, po jej zobaczeniu jest mi jeszcze gorzej. dziś kumulacja w euromilionach - 135 baniek można zgarnąć :)


niedziela, 19 czerwca 2011

stał się cud.
nie, P nadal nie mówi po polsku, a ja nie wygrałam w totolotka.
a cud jest zupełnie innej natury.

w końcu... wiem, czego chcę! zawodowo w sensie.

27 lat mi zajęło wymyślanie i kombinowanie! część z nich zmarnowałam, właśnie nie wiedząc czego chcę. a że tymczasowo rynek pracy wygląda tak, a nie inaczej, możliwości są bardzo ograniczone.
więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
mojej pracy w formie, która się nie zmieniła od kilku lat, mam już powyżej uszu. toteż postawiłam na zmiany, małe, ale które - mam nadzieję - dokądś mnie doprowadzą.
ma początek staż - pracodawca zatrudnił "trenera", który nas uczy, zadaje zadania i obserwuje w pracy. ukończenie tego ma zająć od 9 do 12 miesięcy i daje mi papier, który jest uważany za ważny w całym kraju. staż dopiero co się rozpoczął - od testu z angielskiego i matematyki, gdzie otrzymałam odpowiednio 94 i 92%.
na moje pytanie, jaka jest średnia usłyszałąm odpowiedź "na pewno nie taka" :P

w tak zwanym międzyczasie staram się zostać u siebie w robocie superwajzorem. kasa byle jaka, spora odpowiedzialność, ale po 1,5 - 2 latach męczarni można zostać menadżerem, a to już inna rozmowa. póki co, mam wrażenie, że choć nikt tego na głos nie powiedział i nie powie, największą barierą jest moja narodowość - boją się, że sobie nie poradzę, więc mam co nieco do udowodnienia.
więc jak dobrze pójdzie, powinnam być w znacznie lepszym miejscu niż jestem tuż po 30tce.
a plany jak to plany - czy wyjdą, to się okaże.

a poza tym, siostra P i jej chłopak właśnie zaczęli roboty remontowe do domku, do którego mają się niedługo wprowadzić, malutki, ale przytulny. a ja jestem zazdrosna. do granicy możliwości. aktualnie to chyba moje największe marzenie, mieć swój własny dom.
idę w totka zagrać...

niedziela, 12 czerwca 2011

mało mnie tu. "odbraziłam" się z książkami. kiedyś namiętnie i dużo czytałam, potem przyszedł czas, że nie miałam kiedy, a teraz znów rzucam wszystko, i "odlatuję" do innego świata, bez moich kłopotów i zmartwień.

tak jak przypuszczałam chwilowa zaduma nad posiadaniem potomstwa przeszła szybciej niż się pojawiła. spodobało mi się zdanie, że jakim prawem mam brać odpowiedzialność za cudze życie, skoro nie mogę poradzić sobie z własnym.

a tymczasem mi się śni...
był taki czas, że długo nie pamiętałam swoich snów wcale. a ostatnio pamiętam je dość dobrze, i co dziwne, zmieniła się zasadnicza rzecz - kiedyś nigdy nie widziałam twarzy ludzi, a ostatnio często. i są to bardzo dobrze znane mi twarze: mama, siostra i babcia. oraz dużo dziwnych detali.
wielu ludzi nie wierzy w horoskopy ani znaczenie snów, ja tak - z przymróżeniem oka. kiedyś zresztą już o tym pisałam. kiedy mam sen, który jest tak wyraźny, że nie ucieka szybciutko z mojej głowy, to sprawdzam go w senniku. a oto "tłumaczenie" niektórych moich snów.

siostra - symbolizuje własny cień, odbicie. wróży dobre zdrowie.
rodzina - szczęście, udane życie rodzinne. i to mi się akurat zgadza, bo jest mi z P. dobrze.
buty - śmiałe postępowanie konieczne. znów się zgadza, bo okazało się, że pomimo że zaaplikowałam o "awans" w pracy, to zostałam niejako pominięta, bo się nie upominałam co chwilę. a teraz napastuję babkę, która się tym zajmuje :P
niebieski - zgryzoty. też się zgadza - w związku ze sprawą powyżej.
klucze - nie pokrzyżuj własnych planów przez niezręczności. a często mi się zdarza nieświadomie palnąć jakiś bzdet, który pozostawia uczucie niesmaku (tak to się mówi?!). szybko podejmij decyzję. i tu znów związek ze sprawą powyżej - zostałam postawiona przed wyborem, który miał mieć wpływ na przebieg mojej "kariery" (kariera tu z przymróżeniem oka)
buty to również podróż. i także się zgadza, bo w sierpniu wyjazd do Portugalii, którym już się ekscytuję.
pieniądze posiadać - zarozumialstwo. zabawne, bo ostatnio w ramach żartu przeszło mi przez głowę, że jestem nie tylko śliczna, ale i jeszcze parcowita i nie najgłupsza :P
chronić chłopca - wezwanie do większej aktywności w życiu. i to jest akurat ciekawe, bo całkiem niedawno doszłam do wniosku, że jak na dwudziestoparolatkę wiodę bardzo ustabilizowany, nudny i pasywny tryb życia i coś trzebaby coś z tym zrobić.

ja wiem, że wielu ludzi bardzo sceptycznie podchodzi do tłumaczenia snów w ten sposób.
P na przykład właśnie zajrzał mi przez ramię i koniecznie chciał wiedzieć co robię, a jak mu powiedziałam, przecząco pokręcił głową.
a mnie to bawi. a ile w tym wszystkim prawdy, każdy może ocenić sam.

na dokładkę, P wracał skądś wczoraj i przyniósł mi bukiet kwiatów i polskie piwo :)
spytałam z jakiej okazji, a on na to, że dawno nie dostałam :)
kochany jest czasami, nie na przykład jak przed chwilą, kiedy na moje "nie mlaskaj" odpowiedział "zamknij się" :P
nie można mieć wszystkiego :)


poniedziałek, 30 maja 2011

dziwne...
bardzo dziwne.
w sobotę rano siostra P. urodziła synka.
taki fajny, malutki...
ja ogólnie to nie bardzo chcę mieć dzieci, a napewno nie w najbliższej przyszłości.
a jakoś tego małego wyjąć sobie z głowy nie mogę.
dziwne.
bo rozum nadal mówi "nie", ale serce chyba zaczyna naginać się w stronę "tak".
ale póki co i tak "nie" :P

wtorek, 24 maja 2011

powrót do szarej rzeczywistości jest zawsze bolesny...
i tym razem był taki. łzy w oczach, zwłaszcza, że nie mam ustalonego kolejnego wyjazdu do Polski.
wiele rzeczy wciąż niezałatwionych, wielu znajomych do których nawet nie miałam kiedy zadzwonić :(
za to wspomnienia i zdjęcia.
pogoda - jak zawsze na mój przyjazd - w kratkę, od upałów po zawieruchę.
chłopaki mojej siostry już tacy duzi... tacy "dorośli" i mądrzy :)
mama wciskająca do ręki parę ładnych złotych to na to, to na tamto.
babcia tak samo wkurzająca jak zawsze (13 nieodebranych połączeń pod rząd!)
siostra zmęczona i przysypiająca w fotelu (P. się śmieje, że to u nas rodzinne!)
groby pochowanych w zeszłym roku babci, wujka i taty już pokryte warstewką kurzu...

wieczny niedosyt. mamy, siostry, domu, siostrzeńców. Polski. Polskości.

choć jedna rzecz się udała, w tym roku już mi się nie myliło! w zeszłym roku tłumacząc wszystko mojemu P. szybko zaczynałam "miksować" - do niego mówić po polsku, do mamy po angielsku, mieszać oba języki... a tym razem mogłam juz robić za tłumacza symultanicznego, czy jak to tam się nazywa... :P duma :)

no i kilka razy w Polsce wzięto mnie za nastolatkę, więc wielki komplement na niedługo przed 28 urodzinami.

a w notce pod spodem kilka "niespersonalizowanych" zdjęć.

poniedziałek, 23 maja 2011




















niedziela, 8 maja 2011

w telegraficznym skrócie.

P. jest wolny od gipsu ( po zaledwie 4,5 tygodniach!), blizna wielka, metal pod skórą można wyczuć gołą ręką (ble), łydki brak, i uczymy się chodzić od nowa. stop.

jedziemy oboje (jeej!). stop.

torby spakowane. jutro wylot. stop.

trzymać kciuki za przyzwoitą pogodę. stop.

i żeby nie było jak ostatnim razem, że mi się szybko angielski pomiesza z polskim, i ani w jednym, ani drugim nie będę umiała gadać. stop.

10 dni. stop.

piątek, 29 kwietnia 2011

jak się pieprzy, to wszystko naraz.

czy białe kłamstwo jest wybaczalne?
myślę, że tak, bo sama nieraz nieco zmieniałam fakty, aby kogoś nie skrzywdzić, albo osiągnąć coś, a przy tym nic nikomu nie popsuć. ale jego kłamstwo zabolało.
nie będę się wdawać w szczegóły, bo myślę, że to nikomu do życia nie jest potrzebne. i wolałabym żeby nikt komentarzem nie zbagatelizował i nie zrujnował mojego małego świata :)

w każdym razie wyszło na jaw, że niedługo po tym jak się poznaliśmy P. dopuścił się małej zmiany rzeczywistości. dla niego było to tylko ubarwienie, mało znaczący fakt.
ale ze względu na naszą różnicę kulturową - która jak już wielokrotnie powtarzałam - zawsze będzie nie do przeskoczenia, dla mnie ten fakt okazał się w pewien sposób ważny, ale nie znaczący. no i jak to bywa kłamstwo ma krótkie nogi, wyszło szydło z worka.
no i wielka kłótnia (w obecności znajomych co gorsze), bo ten się zaczął wypierać, że tego nie powiedział, a ja akurat, choć pamięć mam beznadziejną, dokładnie to zapamiętałam, bo dla mnie sprawa była ważna. i potem jeszcze był na tyle bezczelny, żeby się na mnie wściec, że jego kłamstwo powtórzyłam mojej rodzinie! nieświadoma, że to bzdura...
atmosfera w domu - lepiej nie mówić :(
dla mnie osobiście zawartość tego kłamstwa, nie ma większego znaczenia, dla mojej rodziny - tak.
niesmak został. bo to kłamstwo zakwestionowało sens naszego związku...
już niby wszystko wyjaśnione, ale martwi mnie fakt, że choć dom nie został zburzony, to została wyjęta cegłówka z fundamentów. a przecież życie na pewno jeszcze kilka wyjmie...

jakby tego był mało o mały włos nie zaczęliśmy dziś pływać w naszym mieszkaniu.
wróciliśmy z popołudniowych spacerków/odwiedzin/zakupów. wróciliśmy wcześniej niż zwykle, bo pogoda byle jaka. stoję w łazience wypakowując pastę z pudełka, a tu nagle
- sru!
ze ściany pod tym plastikowym pudłem od prysznica zaczęła lać się woda, a jej większość na podłogę. z pomocą sąsiada znaleźliśmy główny zawór, żeby ją zakręcić.
ale takie rzeczy mogą się zdarzać tylko w pierwszy dzień jednego z najdłuższych łikendów w roku! bo lejąca się woda to dla naszej agencji nie jest sprawa nie cierpiąca zwłoki. chuj że będziesz śmierdzieć, czwarty raz używać ten sam talerz, a gówno popychać w dół rury łyżką drewnianą!
chwałą panu, że facet siostry P. to hydraulik, więc ten tymczasowo coś tam pozaklejał taśmą do kabli (nie ma gdzie dostać części), tak żebyśmy do tego wtorku przetrwali zanim agencja będzie osiągalna.

a no i moja łamaga dostała w końcu zasiłek z okazji złamanej nogi - nie wiem skąd pogląd, że UK to państwo opiekuńcze, bo P. dostał 50f. na tydzień.
nie wiem na co to ma mu starczyć, skoro nie pokrywa nawet całej jego części czynszu...

jak nie urok to sraczka.