Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

wtorek, 25 października 2011

wpis, żeby udowodnić logikę prawodawcy szkockiego.

być może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą, że w Szkocji alkohol w sklepie można kupić jedynie w określonych godzinach, czyli od 10 rano do 10 wieczór.
czy skutkiem tego jest ograniczenie pijaństwa? absolutnie... nie! jest to jeden z najbardziej rozpijaczonych krajów, o jakich słyszałam.
tak, tak, być może nawet bardziej od Polski :)
zresztą, pewnie i Polacy korzystaliby jeszcze bardziej, gdyby ceny alkoholu były niższe niż są. bądź tak jak w UK można by było zakupić alkohol np. w ofercie 3 butelki/kartony w cenie 2 itp
np. 3x15 browarów za szalone 18 funtów - dla niewtajemniczonych dodam, że najniższa krajowa to coś koło 6tki na godzinę, czyli (omijając podatki) pracujesz 3 godziny na 45 browarów!

no to co całkiem niedawno wymyślił ów rzeczony wcześniej prawodawca szkocki, że ten proceder trzeba ukrócić, bo społeczeństwo spada na pysk - postanowiono, że z dniem 1 października w Szkocji alkoholu nie można sprzedawać w tego typu "łączonych" promocjach.

co na to supermarkety?
podczas gdy wcześniej sprzedawano 3 butelki wina za dychę, gdy jedna jest warta 6.5 - wówczas oszczędność była wymierna - 9.5 funta.
teraz, gdy takie promocje są zakazane, cena tej samej jednej butelki została obniżona do 3.33! czyli na trzech butelkach zaoszczędzasz dodatkowego pensa do tych 9.5 wcześniejszych, no i już nie musisz kupować 3 butelek, żeby nie wydać fortuny.
jak dla mnie ta logika jest wprost fantastyczna - teraz można się nawalić jeszcze taniej :)
korzyść jak dla mnie jest taka, że teraz moge sobie kupić butelkę dobrego wina w zasadzie za połowę jej oryginalnej ceny :)

a tak na marginesie i z innej beczki - czy to naprawdę jest takie normalne, że się na Pitola wkurzam, że idzie dzisiaj do kina, znów nie ze mną, ale z ludźmi z pracy? oni ze względu na pracę idą na 22gą - ja nie mogę iść, bo wstaję jutro o 5 rano, więc dla mnie to za późno.
czy nie mam prawa się wkurzać, gdy mój własny facet, robi coś, co ja bardzo chciałabym zrobić, ale aktualnie nie mogę? czy nie mam prawa się wkurzać, że mój własny facet idzie gdzieś, gdzie ja chciałam iść, ale aktualnie nie mogę?
czy ja naprawdę jestem jakoś totalnie nawiedzona?
czy to naprawdę wyraz mojej choroby psychicznej, że szlag mnie trafia, że w ciągu miesiąca poszedł pić z ludźmi ze szkoły, potem z kolesiami, bo były 18te urodziny najmłodszego z nich, potem poszedł do kina ze swoim kierownikiem na króla lwa w 3D, a dziś idzie na kolejny film z ludźmi z pracy.
i już zapowiedział, że niedługo impreza z okazji urodzin panienki z pracy (patrz - idę sam), a potem ludzie z pracy organizują imprezę, bo im się lokal zamyka na kilka tygodni, by się otworzyć pod inną nazwą. a ptem bóg wie, co jeszcze.
a on tylko nie rozumie, czemu strzelam fochy i gadać mi się z nim nie chce.
noż jasna dupa, nie potrafię odpuścić i cholera mnie bierze.
to tak tylko chciałam sobie ulżyć.
napisałam, i już mi lepiej.

czwartek, 20 października 2011

historia będzie łóżkowa ;)
wyszedł Pitol na imprezę integracyjną ze swoją grupą z koledżu.
jak on wychodzi balować, to ja nie mogę spać. tak już mam i tyle (to chyba pozostałość po moim ex - alkoholiku). 
w końcu zasnęłam.
wrócił w nocy, a ja obudziłam się od razu, choć nie będę kłamać - chodził po domu na paluszkach.
nieświadomy, że nie śpię (nigdy się z tym nie zdradzam, żeby się za mocno nie wybudzać gadaniem), wlazł do łóżka, i przytulił się lodowatym ciałem, więc obudziłabym się tak, czy owak.
zasnęłam. 
obudziłam się jak tylko wstał z łóżka, i nie jestem w stanie powiedzieć, czy było to minutę po zaśnięciu, czy kilka godzin.
więc on wstał, a ja automatyznie usiadłam na łóżku myśląc, że może tak się zarwał na rzyganie jak ostatnim razem (hihi). 
jak tylko usiadłam, on się zatrzymał, i choć było za ciemno, by cokolwiek widzieć, wiedziałam że zatrzymał się koło szafy.
no to pytam "czemu stoisz?".
odpowiedź zwaliła mnie z nóg.
"bo ty stoisz"!!!
a potem powiedział, że musi iść siku. jak wrócił długo nie mogłam zasnąć, zwłaszcza że któryś z sąsiadów urządził sobie dyskotekę o 4 nad ranem.
obudził się koło 12ej w południe. więc pytam - "aż tak nawalony byłeś, żeby pierniczyć jakieś totalne bzdury?"
a on na to "ale o co ci chodzi?"
okazuje się, że wypił góra 4 piwa (bo jest strasznie przeziębiony) i od momentu jak przylgnął do mnie lodowatym ciałem nie pamięta nic!
można zacząć lunatykować na stare lata?
bo nas oboje ta historia zbiła z pantałyku :)
może to jakieś paranormal aktiwiti? LOL

środa, 19 października 2011

"Bombki" :P.
Bo jakoś tak się składa, że kilka imprez się zbliża.
Totalnie nie w moim stylu :)
Ale jak szaleć, to szaleć, bo latka lecą.


wtorek, 18 października 2011

nie wiem czy to normalne, ale moje ciało potrafi przepowiadać pogodę.
tzn w pewnym sensie. rzadko kiedy chce mi się pić, tak naprawdę.
a dziś suszy mnie jakbym co najmniej wczoraj popiła!
doszło do tego, że kupiłam w automacie w pracy puszkę Pepsi.
a ja z zasady nie piję słodkich i gazowanych napojów!
to oznacza tylko jedno- mróz idzie.
amen.

środa, 12 października 2011

kicha jest taka, że aż nie wiem od czego zacząć.

(minęło 5 minut. dalej nie wiem jak zacząć)
(zacznę od początku, trochę się powtarzając z jednym z poprzednich postów)

w zeszły czwartek lub piątek powiedziałam mojemu byłemu menadżerowi, że mi się tam nie podoba, i kicha jest. on powiedział, że mocno kumpluje się z menadżerką "od ludzi", więc on jej powie, tym samym oszczędzając mi obwieszczenia jej faktu, że już mi się odwidziały awanse. chcąc być fair z moim nowym menadżerem powiedziałam mu również, że mi się nie podoba.
a że aż taka totalna dupa nie jestem, postanowiłam osobiście z ową menadżerką od ludzi porozmawiać.
powiedzieć, że już mnie tak strasznie plecy bolą, bo to strasznie dużo dźwigania dla osoby mojej postury, i do tego ta moja nieszczęsna skolioza.
powiedzieć, że dział sam w sobie mnie w ogóle nie rajcuje. że wręcz mnie odrzuca.
i że co to za sekszyn lider, jak moja sekcja ma iść gdzie indziej, robić coś innego jak tylko przyjdę do pracy. to co to za lider bez sekcji?
i takie tam. no ale jak jej nie było, tak nie było przez kilka dni, więc cała rozmowa odbywała się wielokrotnie w mojej głowie, nie dając mi możliwości uspokojenia się i relaksu.
aż w końcu babsko wróciło. szłam do niej cała się trzęsąc, bo z jakiejś dziwnej przyczyny ta kobieta mnie straszliwie stresuje.
ale była zajęta, więc poprosiłam sekretarkę, żeby szanowna menadżerka do mnie zadzwoniła, jak będzie miała chwilę.
minęło kilka godzin.
w końcu zadzwoniła i mówi "o co chodzi?".
no to, że o to, o czym rozmawiał z nią mój poprzedni menadżer.
"że chcesz zrezygnować?"
ja mówię, "no tak". a ona, że i tak muszę tam zostać przez najbliższe dwa tygodnie, dopóki Krejg nie wróci ze szkolenia. a potem dodała coś w stylu, że "nie wiem co ja z Tobą zrobię".
to ostatnie zdanie zrobiło na mnie największe wrażenie, bo za cholerę nie miałam pojęcia, co ma na myśli.
na tym nasza rozmowa się zakończyła. zostało mi tylko uczucie wielkiego niesmaku, że nawet nie poświęciła pięciu minut, żeby wysłuchać co mam do powiedzenia.
a potem dotarło do mnie, że muszę w tym dziale siedzieć dopóki co? Krejg nie wróci ze szkolenia? myślałam, że mnie normalnie szlag trafi. otóż Krejg to jeden z "moich" pracowników. czyli on pojechał na szkolenie, na które miałam jechać ja, gdybym nie zrezygnowała! decyzja została podjęta za moimi plecami. a bynajmniej poza moją świadomością. prawdopodnobnie minuty po tym, jak wyraziłam swoje niezadowolenie. i nikt mi nawet nie powiedział! poczułam się, jakby mnie ktoś zdzielił po twarzy mokrą szmatą! bo ja czekałam 6 miesięcy na rozmowę kwalifikacyjną...
no właśnie, ciekawe kiedy (i czy?) on ją miał, bo menadżerki od ludzi w łikend w pracy nie było, a to ona robi interwju.
i taka ze mnie dupa, że nawet nie powiedziałam słowa na ten temat do mojego menadżera.
byłam, i jestem, tak zła, że bałam się, że jak mu coś powiem, to się chyba rozpłaczę z emocji.
bo mam wrażenie, że jakby tylko czekali aż pęknę.
no i dobrze, ale dlaczego wszystko za moimi plecami? dlaczego nikt do mnie zwyczajnie nie podszedł, i nie powiedział "słuchaj, to jak ty nie chcesz, to Krejg za ciebie pojedzie"?
i byłoby po sprawie.
a tak, jestem zła, rozgoryczona, rzygać mi się chce jak mam tam iść wiedząc, że...

a zresztą. jeszcze czeka mnie powrót do starego działu, więc znowu będzie gadanie i obgadywanie.

więc podjęłam decyzję.

zbiorę się w sobie i napiszę cefałkę i zacznę szukać nowej roboty.
bo rzygać mi się chce, ile to w mojej (ogromnej) firmie tyle pieprzy się o równości, której tak naprawdę nie ma.
co z tego będzie - nie wiem.

i zaaplikuję do koledżu. a nóż widelec.

póki co płakać mi się chce.
mam doła jak stąd do Zakopanego.
i spowrotem.
nic mnie nie cieszy.
jem za pięciu.
mam problemy z zasypianiem, budzę się w nocy, śnią mi się koszmary.
P mnie wkurza byle pierdołą do tego stopnia, że mam ochote mu powiedzieć, żeby wypierdalał.

poważnie rozważam pójście do lekarza, bo zaczynam się bać, że to już depresja.

niedziela, 9 października 2011



Ze wszystkich moich dramatów i zakalców, to ciasto wyszło mi śliczne!
Za przepis dziękuję Dorocie :)
Stefanka wyszła tak piękna, jak i u niej :) Naczy moim zdaniem...
Idealna na wizytę teściów :D

piątek, 7 października 2011

A w kuchni... a raczej z piekarnika :)
Za jakość zdjęć przepraszam, bo robione telefonem, w byle jakim świetle i dupa ze mnie, nie fotograf :)

Babka czekoladowa.

Placek z jabłkami.

Jabłecznik.

Piernik.






sobota, 1 października 2011

nie daję rady. normalnie wymiękam. jestem przemęczona, rozdrażniona i sfrustrowana. poszłam do mojego kierownika, i oznajmiłam mu, że to nie "mój" dział, że mi się nie podoba, i w ogóle do dupy...

(Piter właśnie spytał, czy piszę na blogu, że w pracy jest kijowo i czy piszę - cytat "kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, do dupy?")

no i co on (szef) miał mi biedny odpowiedzieć? nic. bo przecież nie jest w stanie mojej pracy uczynić bardziej atrakcyjną... chcę wrócić do mojego poprzedniego działu, jako zwykły pracownik. i dalej mieć wszystko głęboko...
pierdzielę taki awans...
musze tylko teraz pogadać z menadżerką "od ludzi". tą samą, z którą miałam rozmowę o tę pracę :(
żołądek to mi skiśnie ze stresu.
ale nawet mama powiedziała, że jak tak się męczę, to żeby dać se na luz. nie warto.
bo teraz, to mam nowe drugie imię - frustracja.

niedziela, 25 września 2011

minęły trzy tygodnie, a ja jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
w domu mnie nie ma całymi dniami, jak już jestem, to jestem zmęczona i sfrustrowana, bo w domu nawet palcem nietknięte.
skończyły się domowe obiadki i pieczenie ciast. na nic nie mam czasu, ani siły.
i zastanawiam się, po co mi to było?
stresuję się strasznie, choć nie ma o co. praca śni mi się noc w noc.
Pitola widuję po 15 minut dziennie... bo tak nam się grafiki układają. nie wiem, czy to da się przetrwać.
nie, jeszcze nie zrezygnuję, poczekam, może się przyzwyczaję.
albo spróbuję wytrzymać kilka miesięcy i poszukam pracy jako superwajzor.
aż strach się bać, co będzie w święta. pewnie 250godz. w miesiącu :(

a z pozytywów.
P dzisiaj wypalił ni z tego ni z owego: "co mi kupisz na naszą rocznicę?".
no to spojrzałam jak na debila, bo nasza druga rocznica będzie za jakieś 7... tygodni!
nie wiem czy będę miała czas na cokolwiek w zasadzie, bo do sklepów nie mam kiedy łazić.
i za chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć, co sprezentowaliśmy sobie rok temu...
głupki :)

sobota, 10 września 2011

mam jakiś dupny dzień. łzy mam w oczach co chwila. jeszcze mnie Pitol wkurza do tego.
a zaczeło się od tego, że w pracy miałam zapierdol jak cholera, bo ktoś tam jest na urlopie, więc jego robota była ledwo ruszona, a ja potem musiałam zapieprzać jak idiotka przez 9 godzin.

wracając z pracy do domu jakaś debilka wymusiła na mnie pierwszeństwo i o mały włos - dosłownie - nie rozpieprzyłam się spektakularnie.

a w domu ciemno - bo po jaką cholerę odsłonić rolety, skoro prosiłam o to milion razy.
bo po cholerę, domyślić się, że najwyższa pora sciągnać ciuchy z suszarki, skoro jakoś magicznie lądują w szufladzie.
bo po cholerę wstawić pranie, skoro ciuchy same dostają nóg i lezą do pralki.
bo po co poodkurzać, skoro poprosiłam o to dwa dni temu.
no i w końcu, po cholerę pisać tego bloga? (chyba mu nie pasuje, że nie może go przeczytać, a myśli że mu tylko dupsko non stop obsmarowuję)
no i na koniec, po cholerę mnie przytulić, jak już się rozryczałam i wyjawiłam wszystkie swoje gorzkie żale...
kogo to obchodzi, że ja zapierdalam 50 godzin w tygodniu za marne grosze.
bo po co mi pomagać w domu, skoro jest się tak strasznie zmęczonym pracą 20 godzin w tygodniu...
no i czemu by nie jebnąć durnego tekstu, że jak jestem taka nieszczęśliwa, to może powinnam pomyśleć o odejściu.
bo czemu by nie wyjść do pubu ze znajomymi z pracy po raz bóg wie który beze mnie... bo przecież nikt nie pzychodzi z parą. to nic, że takie imprezy są co chwila, a ja siedzę jak ta idiotka sama w domu. no bo kogo to obchodzi? przecież nie kogoś. kto mnie kocha.

nawet wczoraj kupno nowej kurtki, torebki i perfumy poprawiło mi humor tylko na chwilę.

środa, 31 sierpnia 2011


to tak.
interwju było. stresu co niemiara. ale się udało. "awans" jest, ale jakby to... połowiczny. bo wracam na lodówy... znowu będzie mnie telepać non stop, ale mam nadzieję, że nie będę marznąć na marne. mam "pod sobą" bardzo mały dział, i dobrze - mniej stresu i łatwiej się wykazać. co to z tego będzie to się dopiero okaże. dzię był mój pierwszy dzień jako sekszyn lider i pierwszy dzień po urlopie. gęba myślałam, że mi się połamie od ziewania. jeszcze nie mam grafiku, ale godziny mam mieć tragiczne i bardzo długie. od 8-17.30 albo 13-22. w sumie to chyba nie powinnam narzekać, bo wczesniej wstawałam do pracy o 3 w nocy! a teraz będzie mi ciężko się przyzwyczaić, bo miałam całe dnie dla siebie, a tu dupa. skończyło się babci sranie. no i z Pitolem będę się częściej mijać, bo on zaczyna najczęściej pracę o 17ej :(
ale ogólnie jestem nastawiona pozytywnie. wszyscy byli dziś dla mnie bardzo mili.
o dziwo :P

a urlop... był cudny, gorąco, pięknie, nawet nie tak drogo. przez to, że w knajpach można dostać "turystyczne" menu i za dychę zjeść 3 dania i się napić, przytyłam 3kg w 10 dni! idź pan w cholerę z taką robotą... :P
kupa śmiechu, bo przez Pitola tatuaże (jak sądzę) , spacerując główną ulicą przechodziły koło nas podejrzane cichociemne typy szepcząc "haszisz?" :D
P także nie wierzył, jak mu powiedziałam, że "Polaków jak psów..." i żeby się nie zdziwił. nie uwierzył, do momentu, jak leżąć na plaży "sąsiedzi" z obu stron byli mojej narodowości :P
miałam radochę, bo udało mi się przeczytać 3 książki, nawet P przeczytał jakieś 240 stron czegoś tam - to chyba jego rekord życiowy :D
było wprawdzie parę zgrzytów, kilka razy myślałam, że go piznę z podobiznę, ale to nic nadzwyczajnego...
fantastyczna pogoda, nawet jak dla mnie gorąc nie z tej ziemi. plaże miejscami nawet pustawe - nie wiem, czy przez to, że łatwiej się poparzyć, gdy owiewa cię lekka bryza od oceanu, czy po prostu ludziom się nie chciało dupy ruszać znad basenu.
i te pyszne pomarańcze... choć nie w sezonie i pewnie z chłodni, ale i tak sto razy smaczniejsze niż te tutaj.
myślałam, że się popłaczę wyjeżdżając. a na miejscu 10 stopni i deszcz. nic tylko się pochlastać.
TU trochę fotek jakby ktoś miał ochotę popatrzeć.

moja mam też wróciła z wycieczki - była w Turcji. moja walnięta 55latka wróciła do Polski z nogą w gipsie. tak się rozglądała dookoła na jakimś statku, że nie zauważyła różnicy w poziomach pokładu... i stłukła sobie kość, czy coś w tym stylu, tym samym przedłużyła sobie urlop o kilka tygodni.

minęło 5 lat odkąd jestem w Szkocji.
minął rok odkąd mieszkamy razem z Pitolem, i tylko cudem się żeśmy jeszcze nie pozabijali.
wróciłam dziś z pracy do domu, a tam czekał na mnie piękny bukiet kwiatów i dvd z filmem, który bardzo lubię :)

sobota, 13 sierpnia 2011


przyznać się, kto nie trzymał, albo trzymał słabo??

piątek, 12 sierpnia 2011

mam jutro interwju na sekszyn lidera.

ze strachu kupa w majtach.

trzymać kciuki!

ołwer.

sobota, 6 sierpnia 2011

dostaliśmy zaproszenie na otwarcie nowego klubu w Edim.
tzn. nie zupełnie nowego, ale wyremontowanego i o zmienionej nazwie, której tutaj nie podam - jak ktoś jest z okolic albo bardzo dociekliwy, to sam znajdzie :)
zaproszenie jako VIP, bo to lokal taty dziewczyny najlepszego kumpla Pitola, która przy okazji chyba bardzo mnie - z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny - lubi.
całkiem zabawne, bo ona w ogóle myślała, że my do wczoraj nie wiedzieliśmy, że to lokal jej taty, i wsciekła się na swojego faceta, że nam powiedział, a on był biedny niewinny, bo to Pitol dowiedział się wieeeeki temu od jednego zbyt gadatliwego pracownika lokalu.
piękne skórzane kanapy, banda ludzi - bardzo "posh", największa butelka szampana jaką w życiu widziałam, trzech wielkich ochroniarzy na wstępie do strefy VIP i zazdrosne spojrzenia "zwykłych" ludzi przez szybkę oddzielającą od parkietu. taki tylko posmaczek jak to jest być pięknym, młodym i bogatym :P
Pitol zapytał, czy nie jestem zazdrosna o to wszystko, co nasza koleżanka ma, i zadziwiłam samą siebie odpowiedzią bez zastanowienia - "nie".
kurdę, naprawdę nie. po przemyśleniu - może trochę, ale może nie tyle kasy, co ułatwień, bo ma dostęp do wielu rzeczy, miejsc, ludzi, o które my musimy "walczyć".
ale wiem, że ona np. też mi zazdrości, np. figury.
ja sama wprawdzie swojej figury nie lubię i uważam, że za dużo we mnie chłopca i nigdy nie można być zbyt szczupłym, a ona jest duuuuża, w sensie wysoka, z wielkim cycem, tyłkiem i czym tam jeszcze.
i tu się kółko zamyka. nie można mieć wszystkiego. ona ma własne mieszkanie, o którym ja marzę, ona marzy o mojej figurze.. życie jest okrutne :P

oczywiście wyjście na tą imprezę nie obyło się bez mecyji. bo Pitol musiał oczywiście skomentować mój strój, najpierw powiedział "o, ubierzesz się jak księżniczka", a potem złośliwie dodał "że będę się prosić o kłopoty, jak na tej reklamie z krótką spódniczką" (klik klik). potem cały czas marudził, że nie zostanie długo i w ogóle zmarnował mi wieczór, bo choć został ze mną do 2ej nad ranem, i wypiłam tylko dwa drinki (wciąż na lekach), to mnie jakoś ogólnie drażnił. bo się zachowuje jak taki pies ogrodnika - sam miłego słowa nie powie, ale innych odstrasza :P
nie no, nie jest aż taki zły, ale ja bym chciała, żeby zwyczajnie był dumny, że jestem jego dziewczyną, zamiast się zachowywać jak zazdrosny dupek.

no, a tak poza tym, to inna koleżanka naszej koleżanki, która niespodziewanie zapragnęła pogawędki, wyraziła zdziwienie - "ale ty dobrze mówisz po angielsku".
no i tu powstaje pytanie, jak długo jeszcze będzie coś w tym dziwnego? żyję tu, mieszkam, nigdzie się nie wybieram, mam faceta Szkota, uczyłam się angielskiego latami, to troszkę tam rozumiem :P

a tymczasem wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego zamieszkania w Szkocji. spędze ją w Portugalii :)

siłownia nadal na topie, po przerwie pooperacyjnej dziś był 4 dzień z rzędu wylewania siódmych potów, cudnie bolą mnie uda.

i zamówiłam sobie w polskiej księgarni 4 książki, właśnie dziś przyszły.
na razie leżą na stole i cieszą oko.

środa, 3 sierpnia 2011

Znowu wzięłam się za pieczenie, zwłaszcza, że z racji chorobowego mam dużo czasu, no i że kupiliśmy z P food processor. Tylko moja waga mnie martwi, tak dużo nie ważyłam od około 5 lat, a tu urlop na plaży tuż tuż. Kicha będzie :/






A na zdjęciach

#chleb zwykły, który nie urósł i był wielkości dużej bułki (coś nie mam ręki do pieczywa)

#dzisiejsze muffiny - niskokaloryczne z malinami i odrobiną mlecznej czekolady, których jeszcze nie spróbowałam, bo są gorące :P

#chlebek bananowo-orzechowy.

sobota, 30 lipca 2011

ja myślałam, że prawie że prosto ze szpitala polecę sobie na siłkę i wszystko będzie cacy...
ale od początku.

nie będę wdawać się w szczegóły poprzedzające operację. najbardziej z tego wszystkiego bałam się wybudzania z narkozy, bo wszyscy jak jeden mąż mówili mi, że jest po niej niedobrze, i chce sie wymiotować. więc się bałam, bo wymiotowanie świeżo ciętym gardłem by mnie raczej zabiło.
ale ku mojej "radości" nie było mi niedobrze. choć wszyscy inni dookoła na sali pooperacyjnej wydawali z siebie dziwne dźwięki...

a więc środa i czwartek przebiegły w bólu, choć znośnym. w środę nawet mogłam mówić dość przyzwoicie. co ciekawe - od operacji do wypisu ze szpitala nikt nawet raz nie zajrzał mi w gardło! zresztą i tak byłoby to niełatwe, bo mi tak szeroko otworzyli usta na stole operacyjnym, że mi popękały w kącikach i mam teraz strupy...
a w czwartek po wyjściu ze szpitala nawet pojechaliśmy na zakupy do Glasgow.

ale koszmar zaczął się w piątek. nie mogę mówić prawie wcale (ku radości P, bo w końcu nie mogę marudzić!). mój żołądek odpłaci mi za ilość tabletek przeciwbólowych, które w siebie pakuję. niestety od szpitala dostałam jedynie co-dydramol (paracetamol z dehydrokodeiną, czy jakoś tak) i coś przeciwzapalnego. i pouczenie, że jak zacznie mi gardło krwawić (!!!) to natychmiast zgłosić się do lekarza - ciekawe, czy w szpitalu wiedzą, że w większości przychodni się czeka minimum 3 dni na wizytę?! jutro chyba jednak zaryzykuję, bo nie czuję się dobrze, ból mnie budzi co chwila, zaczęłam nawet brać ketanol, który miałam gdzieś zbunkrowany gdzieś w szafce, w przeciwnym razie nie byłabym w stanie funkcjonować, a za który pewnie mi się od lekarza dostanie. mam podwyższoną temperaturę i w ogóle jest ble! gardło wygląda o-brzy-dli-wie! najlepsze jest to, że niewskazane jest, żebym jadła papkowate jedzenie - mam jeść normalnie, co nietrudno sobie wyobrazić, jest mega wyzwaniem! ja normalnie jem powoli, a teraz to już w ogóle masakra. przełykanie czegokolwiek weszło na jakiś szokujący poziom, wystraszyłam się ostatnio, bo coś mi wyleciało z nosa i nie zdążyłam zatamować. myślę - k**wa - krew mi leci! a co to było? kawa, której się przed chwilą napiłam! masakra...
teraz twierdzę, że jednak opatrzność nade mną czuwała i bilety do PL były tak drogie, że ich nie kupiłam, bo bym w ogóle nie miała radochy z tego wyjazdu.
dzwoniła do mnie wczoraj mama, i łezki jej w trakcie tej rozmowy leciały, bo brzmię tragicznie, mam taki cieniutki, ledwie słyszalny, żałosny i płaczliwy głosić...

i nie wiem, czy to wszystko ma tak być?
]ja chcę na siłownię! ja chcę znowu cieszyć się smakami!
:(
na co mi to było...

niedziela, 24 lipca 2011


alergia na faceta tymczasowo zażegnana. od 10 dni się nie pokłociliśmy, co jak na nas to duży sukces. pewnie do następnego... okresu :P
jakiś tajemniczy się zrobił, coś wspomniał o swoich oszczędnościach, więc mu powiedziałam, żeby mnie nie wkurzał wiecznym marudzeniem, że nie ma kasy, skoro ma. on na to, że zbiera na coś dużego. jakoś nie spytałam na co, nie wiem, może samochód, albo na wspominaną wcześniej wycieczkę do ameryki lub australii (czyli dwóch państw, do których ja nie mam wstępu bez wizy i pierdzielenia się w papierki). się okaże...

zapał na skakankę przeszedł - tak mnie już bolały kostki, że kulałam w pracy, więc stwierdziłam po kilku tygodniach, że dalej tak nie mogę.
to zapisałam się na siłownię!!!! prawie, że za rogiem jest taka wielka, wszystko nowe, za grosze.
i chyba złapałam bakcyla :) póki co chodzę 3-4 razy w tygodniu, przybajmniej do urlopu w Portugalii, na którym chciałabym wyglądać przyzwoicie. i naszemu związkowi też to dobrze zrobiło, bo a) mamy coś, co możemy robić razem, b) trochę go zazdrość chwyciła o siłownianych osiłków, którzy tam chodzą panienki oglądać :P

w końcu odezwali się do mnie ze szpitala - w środę mam operację (zabieg?) wycięcia migdałków. wszyscy mówią, że potem boli jak cholera, a ja się cieszę na 2 tygodnie wolnego, które mi potem przysługują. potem 7 dni w pracy, i Portugalia, także w sierpniu za dużo się nie napracuję :)

no i najlepsza, ale i stresująca wiadomość, dziś dostałam cynk, że jak głowny menadżer sklepowy wróci z urlopu będę miała interwju na sekszyn lidera :) nie wiem niestety, czy już jest jakaś pozycja dla mnie, a jak tak, to jaka. muszę jakoś spróbować się przygotować - stresówa jak nic... nie lubię przepytywanek.

a teraz idę na siłkę się odstresować :)

niedziela, 10 lipca 2011

Na przywitanie mojego jedynego baranka, jako najlepsza nie-żona na świecie, której 4 dni wystarczyły, żeby się trochę uspokoić, upiekłam mu "papacici", czyli paszteciki drożdżowe z szynką i serem i sernik z brzoskwiniami :) Niecierpliwym nie polecam, bo się naj**ałam przy tym konkretnie.



piątek, 8 lipca 2011

leczę alergię na faceta .
zupełnie niechcący, bo jak pisałam wcześniej, bez mojego większego błogosławieństwa wyjechał na 4 dni.
muszę stwierdzić, że znoszę to zupełnie lepiej niż przewidywałam.
tzn. pierwszy dzień był dramatyczny, bo zaczęłam mieć jakieś "wjazdy psychiczne" na punkcie samotności, ale dziś jest już spoko.
chyba odpoczywam, choć roboty mam od groma, bo kolesia od stażu trochę poniosło, i będę musiała posiedzieć nad papierkami.
no i obiecałam sobie, że na powrót P upiękę sernik i - jak to on wymawia - "papacici" (i tu konkurs - co to jest?). taka ze mnie kochana nie-żona :P
jakby wracał co najmniej z afganistanu po półrocznej nieobecności :)

wymyśliłam też sobie, że muszę popracować nad sylwetką i kondycją przed urlopem (za 5 tygodni!), więc skoro nie potrafię zapanować nad swoim apetytem, postanowiłam się trochę poruszać.
a że szkocka pogoda nie sprzyja ruchu na pwietrzu, kupiłam sobie skakankę i muszę się pochwalić, że już około 10 dni skaczę codziennie po około 15-25 minut.
bolą mnie mięśnie, które nie wiedziałam, że istnieją.
są momenty, że kuleję z tej radości...
nie ma nic za darmo, mama zawsze powtarzała (rozczesując moje mokre włosy) - "chcesz być piękna, to cierp!"

niedziela, 3 lipca 2011

kilka dni temu miałam jakiś taki kijowy dzień. jak średnio co drugi zresztą, taka ze mnie optymistka... i dostałam zastanawiające smsy od P.
"nie martw się, następne kilka tygodni, miesiąc będą tego warte, obiecuję"
pytam warte czego?
"wierz mi"
to pytam czy znowu zamierza mnie czymś zaskoczyć, jakimś kolejnym wyjazdem do pracy, albo inną cholerą
"nie, nic takiego, poczekaj a się przekonasz, to nic złego"
jakoś tak to wszystko sformułował, że dało mi do myślenia...

a poza tym to mam ostatnimi czasy na P alergię... :(
co chwila czymś mnie wkurza tak, że mam ochotę mu solidnie przypieprzyć.
podejmuje decyzję, a potem się pyta czy tak może być.
średnio co drugi wieczór spędzam sama, bo to praca (tu się nie czepiam), tapetowanie chaty siostry (tu też się nie czepiam), a jak nie, to: siłownia, oglądanie boksu u kolegi albo jakieś inny badziew.
i nie wiem co z tym zrobić, bo nie to, że go przestałam kochać - absolutnie nie - po prostu aktualnie nie jest mi za fajnie, i mam nadzieję, że uda się to jakoś zmienić, pomimo mojej uwagi, że związek to ciężka praca jakoś nie wywarła na nim wielkiego wrażenia. i mam wrażenie, że na tym polu to ja zapierdalam za dwoje...
mam nadzieję, że to niedługo przejdzie...
(koleżanka powiedziała, że też tak miała, i przeszło!)
te cztery dni, gdy P wyjedzie do pracy może nam dobrze zrobią.

no chyba, że wyolbrzymiam, bo "hormonalna" jestem.

a z pozytywów, to pomimo pierniczenia, że kobiety będą płacić tyle samo za ubezpieczenia auta, co faceci, ja w tym roku zaoszczędziłam aż 300 funtów w porównaniu do zeszłego! :)