Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

środa, 7 grudnia 2011

Póki co, chyba nie jest najgorzej (???)
Pracuję średnio 9-11 godzin dziennie. Najgorsze jednak przede mną - święta. Tak, tak, najgorsze... Każdy kto pracuje w handlu potwierdzi, że nic tak nie obrzydza świąt bożego narodzenia, jak praca w sklepie. Aż mnie trzęsie na samą myśl, bo będzie kupa stresu, z przewagą kupy, i praca po -naście godzin dziennie. Mam nadzieję, że zleci szybko, i w miarę bezboleśnie.
Póki co miałam jedną zmianę, podczas której miałam zostać sama, ale przez to, co się działo, mój "współ-sekszyn lider" zaliczył 15-godzinną zmianę. Nie wiem jak on daje radę, zwłaszcza że ma z tego co pamiętam 66 lat. Ja jestem wykończona po około 9.
Ale wracając do sedna, trochę się przestraszyłam, że nie dam sobie rady, gdy zostanę tam sama. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko poszło źle.
Jeden van się zepsuł, więc go podmieniliśmy na drugi. Zostaliśmy bez dodatkowego, więc wysłaliśmy dwóch kierowców, żeby pojechali dodatkowy pożyczyć - wrócili późno, więc ich dostawy były spóźnione, a za każde spóźnienie dostajemy konkretny opieprz. Mało? Wtedy kolejny kierowca zadzwonił, że miał wypadek! Cały rozstrzęsiony... Wpadł w poślizg i skasował przód vana na drzewie. Nic mu się nie stało, ale że był to jego 7 incydent, już nie będzie kierował, więc będzie nam brakowało kierowców. I kółko się zamyka. Potem zadzwoniła kobiecina ze skargą. No i tu zwątpiłam w siebie, bo zrozumiałam, że jeden z naszych vanów uderzył w tył jej auta, a okazało się, że przeoczyłam słowo "prawie". A prawie robi różnicę :(
Gdy już myślałam, że to już koniec, kolejny kierowca zadzwonił, że jego van się zepsuł. A ja prawie wychodziłam do domu. To wszystko mi uświadomiło, że jeszcze mam dużo do nauczenia, dużo cierpliwości do zyskania. I jak wiele próblemów jeszcze nie umiem roziązać sama...

W związku z tym, że Pitol był u nas kiedyś kierowcą (i tam go właśnie poznałam), w związku z tym że znowu musimy zatrudnić nowego/-ych kierowcę/-ów, zwłaszcza takich na których można liczyć, mój współ-sekszyn lider spytał, czy P nie chciał by do nas wrócić. A że Pitol aktualnie szuka pracy na część etatu, żeby dorobić do pożyczki studenckiej, być może wkrótce znów będzie pracował w mojej firmie. Się okaże czy to dobry pomysł, choć fakt jest taki, że zmiany by się nam nie pokrywały...
A tymczasem idę zmyć makijaż i do wyra, bo jutro trzeba to wszystko zrobić jeszcze raz, od nowa...

PS. Właśnie zapakowałam Pitolowe prezenty na jego sobotnie urodziny. Ale radocha :)
PS2. Czeka mnie jeszcze upieczenie i udekorowanie Pitolowi torta urodzinowego, na co sama zgłosiłam się na ochotnika :P
PS3. W zasadzie to zakończyłam kupowanie prezentów świątecznych :)
PS4. Nie musiałam brać pożyczki, ani nawet tykać karty kredytowej - straczyło mi kasy :D Łuu huu :)

czwartek, 24 listopada 2011

No i znowu ktoś kciuków nie trzymał! Tuż przed próbną zmianą w nowej pracy, Pitol dostał smsa od swojej byłej/przyszłej menadżerki, że jednak niestety musi mu odmówić, bo zatrudniła koleżankę, która pracy nie ma wcale. I wróciliśmy do punktu wyjścia.
A że najlepszym sposobem na szukanie pracy - nie oszukujmy się - jest poprzez znajomych, to rozpuściliśmy wici. Koleżanka załatwiła Pitolowi interwju na barmana. Poszedł, dostał pracę, wrócił do domu - i z pracy zrezygnował!!! Bo pracowałby między 22.30 a 5 rano w piątki i soboty. Bo będzie to miało wpływ na nas. Że będziemy się rzadko widywać i będzie zmęczony.
Powiedziałam mu, że skoro zrezygnował zanim nawet spróbował, to znaczy, że wcale nie potrzebuje pieniędzy tak bardzo, I zastrzegłam, że w takim razie, jeśli usłyszę marudzenie na tematy finansowe, to go kopnę w dupę!
Nie trzeba było długo czekać - przyszedł do domu, cały zmęczony po szkole i przed pracą. To ja mówię, że też jestem zmęczona, bo pracuję minimum 10 godzin dziennie. "Ale ty przynajmniej zarabiasz sporo kasy". No ja bym tego nie powiedziała... Nie wspomnę nawet, że może i aktualnie zarabiam więcej niż on, ale on ma na koncie więcej kasy niż ja. A i tak wiecznie nieszczęśliwy!
Za facetami nie nadążysz...
A tak w ogóle to jestem zawiedziona. Jesteśmy razem dopiero dwa lata, a cały romantyzm ch** strzelił. Nie wiem co się z tym facetem dzieje, i jakich jeszcze argumentów użyć, żeby jakoś mocniej zaangażował się w nasz związek, bo strasznie się rozleniwił. Zapomina dać buzi wchodząc do domu, nie słucha tego co mam do powiedzenia, nie pomaga mi w domu, nawet wychodząc na żarcie na miasto zakłada dresy. Mogę tak jeszcze wymieniać do jutra. I nie wiem co z tym zrobić, wcześniej nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło. W każdym poprzednim związku takie zachowanie przychodziło dużo później, jakoś tak bardziej naturalnie i równocześnie u obojga. A tu, teraz, mnie to boli. Powoduje, że mam wątpliwości co do naszej przyszłości. Coraz częściej, gdy ktoś się pyta "kiedy ślub?" zostaje mi tylko jedno - prychnąć śmiechem. Żeby nie było - próbowałam rozmawiać, ale on bagatelizuje sprawę mówiąc, że wyolbrzymiam, że nic się nie dzieje (no właśnie!) i jak to on mówi "I'm just chilling".
I podobnie jak Magdzie (klik klik), tęskni mi się ostatnio za Polską, za mamą. A zaczęło się niewinnie - od szukanie pomysłów na prezenty świąteczne. Doszłam do wniosku, że w Edynburgu, to nawet przyzwoitego centrum handlowego nie ma, nie to co w Szczecinie - jedno na drugim. I tak mi się jakoś łezka w oku zakręciła. Nie pomogła rozmowa na skajpie z siostrzeńcami (boże, jacy on już duzi!). Chciałam ich wyściskać i wycałować. A tu dupa.

Pitol poprosił mnie, żebym zrobiła listę rzeczy, które chcę na święta, To zrobiłam: książka, perfumy, to, tamto, a na końcu dopisałam "nowy chłopak". Powiedział, że nowego chłopaka nie będzie!

PS. Nie wiem czy wcześniej wspominałam, ale wyprosiłam od agencji mieszkaniowej nowe okna. I właśnie kilka dni temu je wstawiono! Bosz, co za różnica - w domu ciepło i cicho. W końcu potwierdziło się że "proście, a będzie wam dane" :D
Nie obyło się też bez wizyty po - sam właściciel agencji się pofatygował - pochwalił za porządek w mieszkaniu (no ba!) i przysłał złotą rączkę do naprawy wentylatora w łazience, który nawet nie wiedziałam, że mamy :P

piątek, 4 listopada 2011

Nie powiem, ja aktualnie nie mam kłopotów z pieniędzmi - to znaczy zawsze możnaby mieć więcej ;P, ale nie tam, żeby mi brakowało na rachunki i życie, nawet czasem odłożyć grosik się da. Teraz w zasadzie powinno być nawet lepiej, bo np. w 4 dni przepracowałam 40 godzin, więc jeśli szanowny pan taksman będzie łaskawy, to będę zarabiać jeszcze więcej.
A dookoła coraz gorzej.
W zasadzie to już kiedyś o tym pisałam.
Recesja w UK zalicza już chyba 3 dołek, jak nie lepiej, Coraz więcej ludzi z mojego otoczenia ma kłopoty, nawet Pitol ma stresa, bo zredukowali mu etat o połowę, a pracy gdzie indziej nie sposób dostać. Jeszcze więcej sklepów w centrum i okolicy się pozamykało, wszędzie straszą witryny pozabijane dechami, pozamykane okiennice i wszystko pozamykane na 4 spusty.
To i mnie udzieliła się panika. No może jeszcze nie panika, ale tracę poczucie bezpieczeństwa, i przygnębia mnie to. Moim zdaniem pierwszy "dołek" spowodowali bankowcy, ale pozostałe - telewizja! Bo jak co godzinę w wiadomościach straszą jaki to kryzys wielki i że jest masakra, to oczywiste, że wszyscy automatycznie się łapią za kieszeń, portfel czy co tam mają, i wydadzą parę groszy mniej. A jak ktoś wyda parę groszy mniej, to ktoś zarobi parę groszy mniej, i zredukuje swoje zamówienia/godziny pracowników - i ci zarobią mniej. I kółko się zamyka.
Jak przyjechałam do UK 5 lat temu 3 kg makaronu kosztowało funta, teraz 3.30. Litr paliwa około 83p, teraz 1.32. Jedna papryka około 40p, teraz 80p.
Dokąd to wszystko zmierza? Będzie jeszcze gorzej? Czy to już jest dno, od którego nic, tylko się odbić?

Z innej beczki, Pitol powiedział że gadałam dzisiaj w nocy - nie pamięta o czym. Pamięta za to, że po angielsku! No to się porobiło...

poniedziałek, 31 października 2011

W pracy zrobiło się zamieszanie jak jasna cholera. W skrócie - po tym całym syfie chciałam wrócić do działu, z którego "przyszłam". Okazało się, że to nie takie proste, jakby się wydawało, bo choć w ciągu ostatnich kilku miesięcy odeszło około 10 osób (!) i nikt nowy nie został zatrudniony, to nagle nie ma dla mnie wystarczająco godzin. Opcje więc dostałam takie - albo pracować jako "zwykły" pracownik w innym dziale, albo wrócić do mojego starego działu... jako sekszyn lider. No i bądź tu mądry.
Od dawna zarzekałam się, że być sekszyn liderem w moim starym dziale, to jakieś nieporozumienie, i że nigdy w życiu! No i proszę. Póki co lepsze to, niż siedzieć na kasie... Przynajmniej teraz hehe, pewnie jeszcze zmienię zdanie :P
W ogóle to jakiś sajgon z tego wyszedł, bo ja dowiedziałam się, że mam wrócić do mojego starego działu wyjeżdżając z parkingu w sobotę po skończonej zmianie, gdy mój "stary" menadżer, jadąc autem za moim, zaczął na mnie mrugać światłami. Niedzielę miałam wolną, a dziś zaczęłam wcześnie. Okazało się, że menadżerowi z działu, z którego odchodzę, nikt o tym fakcie nie poinformował, więc ten się wkurzył - i nie dziwota. Nie na mnie, ale na brak komunikacji w tym sklepie.
A mimo, że dziś był mój pierwszy dzień w starej/nowej pracy, to menadżerka "od ludzi" (do której to zwykli ludzie ogólnie dostępu nie mają) powiedziała, że musimy jeszcze usiąść i porozmawiać razem z "głównym sklepowym", bo ona ma zastrzeżenia.
Przysięgam, mam uczulenie na tego babsztyla! Jakaś nienormalna jest, bo to "główny sklepowy" - który ma najwięcej do powiedzenia - powiedział, że jestem najlepszą osobą na to stanowisko.
Więc dziś był mój pierwszy dzień - byłam w pracy "tylko" 11,5 godziny, z jedną pólgodzinną przerwą na śniadanie, bo na kolejną jakoś tak się nie złożyło.
No i zmierzyłam się z moim największym strachem - telefonem :P Musiałam np. zadzwonić do klienta, że jego dostawa będzie spóźniona. I odebrać telefon od baby, której jeden z naszych kierowców połamał vanem płyty chodnikowe (!).
Jeszcze ze 200 takich telefonów, i się przestanę bać, że ktoś na mnie nakrzyczy :)

A w domu... Pitol zestresowany, bo ucieli mu godziny w pracy, a teraz jeszcze straszą zwolnieniami. Tzn, i tak pracował jakieś 15 godzin w tygodniu (niewiele więcej niż moja jedna zmiana!), ale teraz czasy takie, że znalezienie czegoś nowego, graniczy z cudem.
No i w sobotę wystarczyło moje pytanie czemu nie umył naczyń - on miał wolne, a ja w pracy. Wstał, powiedział, że jestem nienormalna, i wyleciał z mieszkania trzaskając drzwiami.
Zachciało mu się dramamaturgii, to dolałam oliwy do ognia, wysyłając smsa, że jak nie wróci za godzinę, to z nami koniec.
Odpisał "a po co czekać?", wrócił, i powiedział że ma dość i się wynosi!!! Otworzył szufladę i chyba chciał z niej coś wyjąć, ale powiedziałam mu, że chyba jest śmieszny, ma usiąść na dupie i się uspokoić.

Wczoraj, opowiadając to jego mamie, oboje się śmialiśmy. Charakterki mamy niepowtarzalne, i oboje musimy sobie uważać, bo to się kiedyś może źle skończyć.
A cała historia brzmi dużo bardziej dramatycznie, niż faktycznie była :)
Zwyczajnie dwa głupki jesteśmy :)

wtorek, 25 października 2011

wpis, żeby udowodnić logikę prawodawcy szkockiego.

być może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą, że w Szkocji alkohol w sklepie można kupić jedynie w określonych godzinach, czyli od 10 rano do 10 wieczór.
czy skutkiem tego jest ograniczenie pijaństwa? absolutnie... nie! jest to jeden z najbardziej rozpijaczonych krajów, o jakich słyszałam.
tak, tak, być może nawet bardziej od Polski :)
zresztą, pewnie i Polacy korzystaliby jeszcze bardziej, gdyby ceny alkoholu były niższe niż są. bądź tak jak w UK można by było zakupić alkohol np. w ofercie 3 butelki/kartony w cenie 2 itp
np. 3x15 browarów za szalone 18 funtów - dla niewtajemniczonych dodam, że najniższa krajowa to coś koło 6tki na godzinę, czyli (omijając podatki) pracujesz 3 godziny na 45 browarów!

no to co całkiem niedawno wymyślił ów rzeczony wcześniej prawodawca szkocki, że ten proceder trzeba ukrócić, bo społeczeństwo spada na pysk - postanowiono, że z dniem 1 października w Szkocji alkoholu nie można sprzedawać w tego typu "łączonych" promocjach.

co na to supermarkety?
podczas gdy wcześniej sprzedawano 3 butelki wina za dychę, gdy jedna jest warta 6.5 - wówczas oszczędność była wymierna - 9.5 funta.
teraz, gdy takie promocje są zakazane, cena tej samej jednej butelki została obniżona do 3.33! czyli na trzech butelkach zaoszczędzasz dodatkowego pensa do tych 9.5 wcześniejszych, no i już nie musisz kupować 3 butelek, żeby nie wydać fortuny.
jak dla mnie ta logika jest wprost fantastyczna - teraz można się nawalić jeszcze taniej :)
korzyść jak dla mnie jest taka, że teraz moge sobie kupić butelkę dobrego wina w zasadzie za połowę jej oryginalnej ceny :)

a tak na marginesie i z innej beczki - czy to naprawdę jest takie normalne, że się na Pitola wkurzam, że idzie dzisiaj do kina, znów nie ze mną, ale z ludźmi z pracy? oni ze względu na pracę idą na 22gą - ja nie mogę iść, bo wstaję jutro o 5 rano, więc dla mnie to za późno.
czy nie mam prawa się wkurzać, gdy mój własny facet, robi coś, co ja bardzo chciałabym zrobić, ale aktualnie nie mogę? czy nie mam prawa się wkurzać, że mój własny facet idzie gdzieś, gdzie ja chciałam iść, ale aktualnie nie mogę?
czy ja naprawdę jestem jakoś totalnie nawiedzona?
czy to naprawdę wyraz mojej choroby psychicznej, że szlag mnie trafia, że w ciągu miesiąca poszedł pić z ludźmi ze szkoły, potem z kolesiami, bo były 18te urodziny najmłodszego z nich, potem poszedł do kina ze swoim kierownikiem na króla lwa w 3D, a dziś idzie na kolejny film z ludźmi z pracy.
i już zapowiedział, że niedługo impreza z okazji urodzin panienki z pracy (patrz - idę sam), a potem ludzie z pracy organizują imprezę, bo im się lokal zamyka na kilka tygodni, by się otworzyć pod inną nazwą. a ptem bóg wie, co jeszcze.
a on tylko nie rozumie, czemu strzelam fochy i gadać mi się z nim nie chce.
noż jasna dupa, nie potrafię odpuścić i cholera mnie bierze.
to tak tylko chciałam sobie ulżyć.
napisałam, i już mi lepiej.

czwartek, 20 października 2011

historia będzie łóżkowa ;)
wyszedł Pitol na imprezę integracyjną ze swoją grupą z koledżu.
jak on wychodzi balować, to ja nie mogę spać. tak już mam i tyle (to chyba pozostałość po moim ex - alkoholiku). 
w końcu zasnęłam.
wrócił w nocy, a ja obudziłam się od razu, choć nie będę kłamać - chodził po domu na paluszkach.
nieświadomy, że nie śpię (nigdy się z tym nie zdradzam, żeby się za mocno nie wybudzać gadaniem), wlazł do łóżka, i przytulił się lodowatym ciałem, więc obudziłabym się tak, czy owak.
zasnęłam. 
obudziłam się jak tylko wstał z łóżka, i nie jestem w stanie powiedzieć, czy było to minutę po zaśnięciu, czy kilka godzin.
więc on wstał, a ja automatyznie usiadłam na łóżku myśląc, że może tak się zarwał na rzyganie jak ostatnim razem (hihi). 
jak tylko usiadłam, on się zatrzymał, i choć było za ciemno, by cokolwiek widzieć, wiedziałam że zatrzymał się koło szafy.
no to pytam "czemu stoisz?".
odpowiedź zwaliła mnie z nóg.
"bo ty stoisz"!!!
a potem powiedział, że musi iść siku. jak wrócił długo nie mogłam zasnąć, zwłaszcza że któryś z sąsiadów urządził sobie dyskotekę o 4 nad ranem.
obudził się koło 12ej w południe. więc pytam - "aż tak nawalony byłeś, żeby pierniczyć jakieś totalne bzdury?"
a on na to "ale o co ci chodzi?"
okazuje się, że wypił góra 4 piwa (bo jest strasznie przeziębiony) i od momentu jak przylgnął do mnie lodowatym ciałem nie pamięta nic!
można zacząć lunatykować na stare lata?
bo nas oboje ta historia zbiła z pantałyku :)
może to jakieś paranormal aktiwiti? LOL

środa, 19 października 2011

"Bombki" :P.
Bo jakoś tak się składa, że kilka imprez się zbliża.
Totalnie nie w moim stylu :)
Ale jak szaleć, to szaleć, bo latka lecą.


wtorek, 18 października 2011

nie wiem czy to normalne, ale moje ciało potrafi przepowiadać pogodę.
tzn w pewnym sensie. rzadko kiedy chce mi się pić, tak naprawdę.
a dziś suszy mnie jakbym co najmniej wczoraj popiła!
doszło do tego, że kupiłam w automacie w pracy puszkę Pepsi.
a ja z zasady nie piję słodkich i gazowanych napojów!
to oznacza tylko jedno- mróz idzie.
amen.

środa, 12 października 2011

kicha jest taka, że aż nie wiem od czego zacząć.

(minęło 5 minut. dalej nie wiem jak zacząć)
(zacznę od początku, trochę się powtarzając z jednym z poprzednich postów)

w zeszły czwartek lub piątek powiedziałam mojemu byłemu menadżerowi, że mi się tam nie podoba, i kicha jest. on powiedział, że mocno kumpluje się z menadżerką "od ludzi", więc on jej powie, tym samym oszczędzając mi obwieszczenia jej faktu, że już mi się odwidziały awanse. chcąc być fair z moim nowym menadżerem powiedziałam mu również, że mi się nie podoba.
a że aż taka totalna dupa nie jestem, postanowiłam osobiście z ową menadżerką od ludzi porozmawiać.
powiedzieć, że już mnie tak strasznie plecy bolą, bo to strasznie dużo dźwigania dla osoby mojej postury, i do tego ta moja nieszczęsna skolioza.
powiedzieć, że dział sam w sobie mnie w ogóle nie rajcuje. że wręcz mnie odrzuca.
i że co to za sekszyn lider, jak moja sekcja ma iść gdzie indziej, robić coś innego jak tylko przyjdę do pracy. to co to za lider bez sekcji?
i takie tam. no ale jak jej nie było, tak nie było przez kilka dni, więc cała rozmowa odbywała się wielokrotnie w mojej głowie, nie dając mi możliwości uspokojenia się i relaksu.
aż w końcu babsko wróciło. szłam do niej cała się trzęsąc, bo z jakiejś dziwnej przyczyny ta kobieta mnie straszliwie stresuje.
ale była zajęta, więc poprosiłam sekretarkę, żeby szanowna menadżerka do mnie zadzwoniła, jak będzie miała chwilę.
minęło kilka godzin.
w końcu zadzwoniła i mówi "o co chodzi?".
no to, że o to, o czym rozmawiał z nią mój poprzedni menadżer.
"że chcesz zrezygnować?"
ja mówię, "no tak". a ona, że i tak muszę tam zostać przez najbliższe dwa tygodnie, dopóki Krejg nie wróci ze szkolenia. a potem dodała coś w stylu, że "nie wiem co ja z Tobą zrobię".
to ostatnie zdanie zrobiło na mnie największe wrażenie, bo za cholerę nie miałam pojęcia, co ma na myśli.
na tym nasza rozmowa się zakończyła. zostało mi tylko uczucie wielkiego niesmaku, że nawet nie poświęciła pięciu minut, żeby wysłuchać co mam do powiedzenia.
a potem dotarło do mnie, że muszę w tym dziale siedzieć dopóki co? Krejg nie wróci ze szkolenia? myślałam, że mnie normalnie szlag trafi. otóż Krejg to jeden z "moich" pracowników. czyli on pojechał na szkolenie, na które miałam jechać ja, gdybym nie zrezygnowała! decyzja została podjęta za moimi plecami. a bynajmniej poza moją świadomością. prawdopodnobnie minuty po tym, jak wyraziłam swoje niezadowolenie. i nikt mi nawet nie powiedział! poczułam się, jakby mnie ktoś zdzielił po twarzy mokrą szmatą! bo ja czekałam 6 miesięcy na rozmowę kwalifikacyjną...
no właśnie, ciekawe kiedy (i czy?) on ją miał, bo menadżerki od ludzi w łikend w pracy nie było, a to ona robi interwju.
i taka ze mnie dupa, że nawet nie powiedziałam słowa na ten temat do mojego menadżera.
byłam, i jestem, tak zła, że bałam się, że jak mu coś powiem, to się chyba rozpłaczę z emocji.
bo mam wrażenie, że jakby tylko czekali aż pęknę.
no i dobrze, ale dlaczego wszystko za moimi plecami? dlaczego nikt do mnie zwyczajnie nie podszedł, i nie powiedział "słuchaj, to jak ty nie chcesz, to Krejg za ciebie pojedzie"?
i byłoby po sprawie.
a tak, jestem zła, rozgoryczona, rzygać mi się chce jak mam tam iść wiedząc, że...

a zresztą. jeszcze czeka mnie powrót do starego działu, więc znowu będzie gadanie i obgadywanie.

więc podjęłam decyzję.

zbiorę się w sobie i napiszę cefałkę i zacznę szukać nowej roboty.
bo rzygać mi się chce, ile to w mojej (ogromnej) firmie tyle pieprzy się o równości, której tak naprawdę nie ma.
co z tego będzie - nie wiem.

i zaaplikuję do koledżu. a nóż widelec.

póki co płakać mi się chce.
mam doła jak stąd do Zakopanego.
i spowrotem.
nic mnie nie cieszy.
jem za pięciu.
mam problemy z zasypianiem, budzę się w nocy, śnią mi się koszmary.
P mnie wkurza byle pierdołą do tego stopnia, że mam ochote mu powiedzieć, żeby wypierdalał.

poważnie rozważam pójście do lekarza, bo zaczynam się bać, że to już depresja.

niedziela, 9 października 2011



Ze wszystkich moich dramatów i zakalców, to ciasto wyszło mi śliczne!
Za przepis dziękuję Dorocie :)
Stefanka wyszła tak piękna, jak i u niej :) Naczy moim zdaniem...
Idealna na wizytę teściów :D

piątek, 7 października 2011

A w kuchni... a raczej z piekarnika :)
Za jakość zdjęć przepraszam, bo robione telefonem, w byle jakim świetle i dupa ze mnie, nie fotograf :)

Babka czekoladowa.

Placek z jabłkami.

Jabłecznik.

Piernik.






sobota, 1 października 2011

nie daję rady. normalnie wymiękam. jestem przemęczona, rozdrażniona i sfrustrowana. poszłam do mojego kierownika, i oznajmiłam mu, że to nie "mój" dział, że mi się nie podoba, i w ogóle do dupy...

(Piter właśnie spytał, czy piszę na blogu, że w pracy jest kijowo i czy piszę - cytat "kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, do dupy?")

no i co on (szef) miał mi biedny odpowiedzieć? nic. bo przecież nie jest w stanie mojej pracy uczynić bardziej atrakcyjną... chcę wrócić do mojego poprzedniego działu, jako zwykły pracownik. i dalej mieć wszystko głęboko...
pierdzielę taki awans...
musze tylko teraz pogadać z menadżerką "od ludzi". tą samą, z którą miałam rozmowę o tę pracę :(
żołądek to mi skiśnie ze stresu.
ale nawet mama powiedziała, że jak tak się męczę, to żeby dać se na luz. nie warto.
bo teraz, to mam nowe drugie imię - frustracja.

niedziela, 25 września 2011

minęły trzy tygodnie, a ja jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
w domu mnie nie ma całymi dniami, jak już jestem, to jestem zmęczona i sfrustrowana, bo w domu nawet palcem nietknięte.
skończyły się domowe obiadki i pieczenie ciast. na nic nie mam czasu, ani siły.
i zastanawiam się, po co mi to było?
stresuję się strasznie, choć nie ma o co. praca śni mi się noc w noc.
Pitola widuję po 15 minut dziennie... bo tak nam się grafiki układają. nie wiem, czy to da się przetrwać.
nie, jeszcze nie zrezygnuję, poczekam, może się przyzwyczaję.
albo spróbuję wytrzymać kilka miesięcy i poszukam pracy jako superwajzor.
aż strach się bać, co będzie w święta. pewnie 250godz. w miesiącu :(

a z pozytywów.
P dzisiaj wypalił ni z tego ni z owego: "co mi kupisz na naszą rocznicę?".
no to spojrzałam jak na debila, bo nasza druga rocznica będzie za jakieś 7... tygodni!
nie wiem czy będę miała czas na cokolwiek w zasadzie, bo do sklepów nie mam kiedy łazić.
i za chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć, co sprezentowaliśmy sobie rok temu...
głupki :)

sobota, 10 września 2011

mam jakiś dupny dzień. łzy mam w oczach co chwila. jeszcze mnie Pitol wkurza do tego.
a zaczeło się od tego, że w pracy miałam zapierdol jak cholera, bo ktoś tam jest na urlopie, więc jego robota była ledwo ruszona, a ja potem musiałam zapieprzać jak idiotka przez 9 godzin.

wracając z pracy do domu jakaś debilka wymusiła na mnie pierwszeństwo i o mały włos - dosłownie - nie rozpieprzyłam się spektakularnie.

a w domu ciemno - bo po jaką cholerę odsłonić rolety, skoro prosiłam o to milion razy.
bo po cholerę, domyślić się, że najwyższa pora sciągnać ciuchy z suszarki, skoro jakoś magicznie lądują w szufladzie.
bo po cholerę wstawić pranie, skoro ciuchy same dostają nóg i lezą do pralki.
bo po co poodkurzać, skoro poprosiłam o to dwa dni temu.
no i w końcu, po cholerę pisać tego bloga? (chyba mu nie pasuje, że nie może go przeczytać, a myśli że mu tylko dupsko non stop obsmarowuję)
no i na koniec, po cholerę mnie przytulić, jak już się rozryczałam i wyjawiłam wszystkie swoje gorzkie żale...
kogo to obchodzi, że ja zapierdalam 50 godzin w tygodniu za marne grosze.
bo po co mi pomagać w domu, skoro jest się tak strasznie zmęczonym pracą 20 godzin w tygodniu...
no i czemu by nie jebnąć durnego tekstu, że jak jestem taka nieszczęśliwa, to może powinnam pomyśleć o odejściu.
bo czemu by nie wyjść do pubu ze znajomymi z pracy po raz bóg wie który beze mnie... bo przecież nikt nie pzychodzi z parą. to nic, że takie imprezy są co chwila, a ja siedzę jak ta idiotka sama w domu. no bo kogo to obchodzi? przecież nie kogoś. kto mnie kocha.

nawet wczoraj kupno nowej kurtki, torebki i perfumy poprawiło mi humor tylko na chwilę.

środa, 31 sierpnia 2011


to tak.
interwju było. stresu co niemiara. ale się udało. "awans" jest, ale jakby to... połowiczny. bo wracam na lodówy... znowu będzie mnie telepać non stop, ale mam nadzieję, że nie będę marznąć na marne. mam "pod sobą" bardzo mały dział, i dobrze - mniej stresu i łatwiej się wykazać. co to z tego będzie to się dopiero okaże. dzię był mój pierwszy dzień jako sekszyn lider i pierwszy dzień po urlopie. gęba myślałam, że mi się połamie od ziewania. jeszcze nie mam grafiku, ale godziny mam mieć tragiczne i bardzo długie. od 8-17.30 albo 13-22. w sumie to chyba nie powinnam narzekać, bo wczesniej wstawałam do pracy o 3 w nocy! a teraz będzie mi ciężko się przyzwyczaić, bo miałam całe dnie dla siebie, a tu dupa. skończyło się babci sranie. no i z Pitolem będę się częściej mijać, bo on zaczyna najczęściej pracę o 17ej :(
ale ogólnie jestem nastawiona pozytywnie. wszyscy byli dziś dla mnie bardzo mili.
o dziwo :P

a urlop... był cudny, gorąco, pięknie, nawet nie tak drogo. przez to, że w knajpach można dostać "turystyczne" menu i za dychę zjeść 3 dania i się napić, przytyłam 3kg w 10 dni! idź pan w cholerę z taką robotą... :P
kupa śmiechu, bo przez Pitola tatuaże (jak sądzę) , spacerując główną ulicą przechodziły koło nas podejrzane cichociemne typy szepcząc "haszisz?" :D
P także nie wierzył, jak mu powiedziałam, że "Polaków jak psów..." i żeby się nie zdziwił. nie uwierzył, do momentu, jak leżąć na plaży "sąsiedzi" z obu stron byli mojej narodowości :P
miałam radochę, bo udało mi się przeczytać 3 książki, nawet P przeczytał jakieś 240 stron czegoś tam - to chyba jego rekord życiowy :D
było wprawdzie parę zgrzytów, kilka razy myślałam, że go piznę z podobiznę, ale to nic nadzwyczajnego...
fantastyczna pogoda, nawet jak dla mnie gorąc nie z tej ziemi. plaże miejscami nawet pustawe - nie wiem, czy przez to, że łatwiej się poparzyć, gdy owiewa cię lekka bryza od oceanu, czy po prostu ludziom się nie chciało dupy ruszać znad basenu.
i te pyszne pomarańcze... choć nie w sezonie i pewnie z chłodni, ale i tak sto razy smaczniejsze niż te tutaj.
myślałam, że się popłaczę wyjeżdżając. a na miejscu 10 stopni i deszcz. nic tylko się pochlastać.
TU trochę fotek jakby ktoś miał ochotę popatrzeć.

moja mam też wróciła z wycieczki - była w Turcji. moja walnięta 55latka wróciła do Polski z nogą w gipsie. tak się rozglądała dookoła na jakimś statku, że nie zauważyła różnicy w poziomach pokładu... i stłukła sobie kość, czy coś w tym stylu, tym samym przedłużyła sobie urlop o kilka tygodni.

minęło 5 lat odkąd jestem w Szkocji.
minął rok odkąd mieszkamy razem z Pitolem, i tylko cudem się żeśmy jeszcze nie pozabijali.
wróciłam dziś z pracy do domu, a tam czekał na mnie piękny bukiet kwiatów i dvd z filmem, który bardzo lubię :)

sobota, 13 sierpnia 2011


przyznać się, kto nie trzymał, albo trzymał słabo??

piątek, 12 sierpnia 2011

mam jutro interwju na sekszyn lidera.

ze strachu kupa w majtach.

trzymać kciuki!

ołwer.

sobota, 6 sierpnia 2011

dostaliśmy zaproszenie na otwarcie nowego klubu w Edim.
tzn. nie zupełnie nowego, ale wyremontowanego i o zmienionej nazwie, której tutaj nie podam - jak ktoś jest z okolic albo bardzo dociekliwy, to sam znajdzie :)
zaproszenie jako VIP, bo to lokal taty dziewczyny najlepszego kumpla Pitola, która przy okazji chyba bardzo mnie - z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny - lubi.
całkiem zabawne, bo ona w ogóle myślała, że my do wczoraj nie wiedzieliśmy, że to lokal jej taty, i wsciekła się na swojego faceta, że nam powiedział, a on był biedny niewinny, bo to Pitol dowiedział się wieeeeki temu od jednego zbyt gadatliwego pracownika lokalu.
piękne skórzane kanapy, banda ludzi - bardzo "posh", największa butelka szampana jaką w życiu widziałam, trzech wielkich ochroniarzy na wstępie do strefy VIP i zazdrosne spojrzenia "zwykłych" ludzi przez szybkę oddzielającą od parkietu. taki tylko posmaczek jak to jest być pięknym, młodym i bogatym :P
Pitol zapytał, czy nie jestem zazdrosna o to wszystko, co nasza koleżanka ma, i zadziwiłam samą siebie odpowiedzią bez zastanowienia - "nie".
kurdę, naprawdę nie. po przemyśleniu - może trochę, ale może nie tyle kasy, co ułatwień, bo ma dostęp do wielu rzeczy, miejsc, ludzi, o które my musimy "walczyć".
ale wiem, że ona np. też mi zazdrości, np. figury.
ja sama wprawdzie swojej figury nie lubię i uważam, że za dużo we mnie chłopca i nigdy nie można być zbyt szczupłym, a ona jest duuuuża, w sensie wysoka, z wielkim cycem, tyłkiem i czym tam jeszcze.
i tu się kółko zamyka. nie można mieć wszystkiego. ona ma własne mieszkanie, o którym ja marzę, ona marzy o mojej figurze.. życie jest okrutne :P

oczywiście wyjście na tą imprezę nie obyło się bez mecyji. bo Pitol musiał oczywiście skomentować mój strój, najpierw powiedział "o, ubierzesz się jak księżniczka", a potem złośliwie dodał "że będę się prosić o kłopoty, jak na tej reklamie z krótką spódniczką" (klik klik). potem cały czas marudził, że nie zostanie długo i w ogóle zmarnował mi wieczór, bo choć został ze mną do 2ej nad ranem, i wypiłam tylko dwa drinki (wciąż na lekach), to mnie jakoś ogólnie drażnił. bo się zachowuje jak taki pies ogrodnika - sam miłego słowa nie powie, ale innych odstrasza :P
nie no, nie jest aż taki zły, ale ja bym chciała, żeby zwyczajnie był dumny, że jestem jego dziewczyną, zamiast się zachowywać jak zazdrosny dupek.

no, a tak poza tym, to inna koleżanka naszej koleżanki, która niespodziewanie zapragnęła pogawędki, wyraziła zdziwienie - "ale ty dobrze mówisz po angielsku".
no i tu powstaje pytanie, jak długo jeszcze będzie coś w tym dziwnego? żyję tu, mieszkam, nigdzie się nie wybieram, mam faceta Szkota, uczyłam się angielskiego latami, to troszkę tam rozumiem :P

a tymczasem wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica mojego zamieszkania w Szkocji. spędze ją w Portugalii :)

siłownia nadal na topie, po przerwie pooperacyjnej dziś był 4 dzień z rzędu wylewania siódmych potów, cudnie bolą mnie uda.

i zamówiłam sobie w polskiej księgarni 4 książki, właśnie dziś przyszły.
na razie leżą na stole i cieszą oko.

środa, 3 sierpnia 2011

Znowu wzięłam się za pieczenie, zwłaszcza, że z racji chorobowego mam dużo czasu, no i że kupiliśmy z P food processor. Tylko moja waga mnie martwi, tak dużo nie ważyłam od około 5 lat, a tu urlop na plaży tuż tuż. Kicha będzie :/






A na zdjęciach

#chleb zwykły, który nie urósł i był wielkości dużej bułki (coś nie mam ręki do pieczywa)

#dzisiejsze muffiny - niskokaloryczne z malinami i odrobiną mlecznej czekolady, których jeszcze nie spróbowałam, bo są gorące :P

#chlebek bananowo-orzechowy.

sobota, 30 lipca 2011

ja myślałam, że prawie że prosto ze szpitala polecę sobie na siłkę i wszystko będzie cacy...
ale od początku.

nie będę wdawać się w szczegóły poprzedzające operację. najbardziej z tego wszystkiego bałam się wybudzania z narkozy, bo wszyscy jak jeden mąż mówili mi, że jest po niej niedobrze, i chce sie wymiotować. więc się bałam, bo wymiotowanie świeżo ciętym gardłem by mnie raczej zabiło.
ale ku mojej "radości" nie było mi niedobrze. choć wszyscy inni dookoła na sali pooperacyjnej wydawali z siebie dziwne dźwięki...

a więc środa i czwartek przebiegły w bólu, choć znośnym. w środę nawet mogłam mówić dość przyzwoicie. co ciekawe - od operacji do wypisu ze szpitala nikt nawet raz nie zajrzał mi w gardło! zresztą i tak byłoby to niełatwe, bo mi tak szeroko otworzyli usta na stole operacyjnym, że mi popękały w kącikach i mam teraz strupy...
a w czwartek po wyjściu ze szpitala nawet pojechaliśmy na zakupy do Glasgow.

ale koszmar zaczął się w piątek. nie mogę mówić prawie wcale (ku radości P, bo w końcu nie mogę marudzić!). mój żołądek odpłaci mi za ilość tabletek przeciwbólowych, które w siebie pakuję. niestety od szpitala dostałam jedynie co-dydramol (paracetamol z dehydrokodeiną, czy jakoś tak) i coś przeciwzapalnego. i pouczenie, że jak zacznie mi gardło krwawić (!!!) to natychmiast zgłosić się do lekarza - ciekawe, czy w szpitalu wiedzą, że w większości przychodni się czeka minimum 3 dni na wizytę?! jutro chyba jednak zaryzykuję, bo nie czuję się dobrze, ból mnie budzi co chwila, zaczęłam nawet brać ketanol, który miałam gdzieś zbunkrowany gdzieś w szafce, w przeciwnym razie nie byłabym w stanie funkcjonować, a za który pewnie mi się od lekarza dostanie. mam podwyższoną temperaturę i w ogóle jest ble! gardło wygląda o-brzy-dli-wie! najlepsze jest to, że niewskazane jest, żebym jadła papkowate jedzenie - mam jeść normalnie, co nietrudno sobie wyobrazić, jest mega wyzwaniem! ja normalnie jem powoli, a teraz to już w ogóle masakra. przełykanie czegokolwiek weszło na jakiś szokujący poziom, wystraszyłam się ostatnio, bo coś mi wyleciało z nosa i nie zdążyłam zatamować. myślę - k**wa - krew mi leci! a co to było? kawa, której się przed chwilą napiłam! masakra...
teraz twierdzę, że jednak opatrzność nade mną czuwała i bilety do PL były tak drogie, że ich nie kupiłam, bo bym w ogóle nie miała radochy z tego wyjazdu.
dzwoniła do mnie wczoraj mama, i łezki jej w trakcie tej rozmowy leciały, bo brzmię tragicznie, mam taki cieniutki, ledwie słyszalny, żałosny i płaczliwy głosić...

i nie wiem, czy to wszystko ma tak być?
]ja chcę na siłownię! ja chcę znowu cieszyć się smakami!
:(
na co mi to było...