właśnie zauważyłam, że mój były wykasował nasze wspólne zdjęcia z popularnego portalu społecznościowego. ja to zrobiłam prawie rok temu. w końcu!! może się nareszcie oczepi!!
a poza tym to mam już małą sraczkę, bo za 3 godziny odbieram mamę z lotniska. trudno uwierzyć, że sprzątanie jednego pokoju zajęło mi prawie 2 godz.!! nie że mama z sanepidu, ale tak jakoś zapuściłam trochę a dziś miałam nadmiar czasu, co ostatnio bardzo rzadko mi się zdarza...
no, będą jaja jak berety...
aaa, poza tym chyba nie wspominałam, że u mnie w pracy właśnie zwolnili jednego kolesia za zatajenie informacji, że ma sprawę w sądzie najwyższym za to, że złapali go za posiadanie... kilograma heroiny!! zawsze mnie dziwiło, że koleś pracujący jako kierowca w supermarkecie jeździ nową beemą, ale żeby aż tak?? kurdę, szok normalnie! posiedzi koło 10tki - a taki miły i sympatyczny - ja na jego miejscu to bym się powiesiła. już teraz wiem, że ufać, to można tylko sobie, ale to i też niekoniecznie...
Kartki z pamiętnika pewnej wiecznie niezadowolonej z życia emigrantki. I o tym jak to jest dzielić życie z obcokrajowcem, który jest tubylcem :)
Kilka słów o mnie....
Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...
środa, 26 maja 2010
czwartek, 20 maja 2010
ku**a, ale jestem napompowana!! szlag mnie zaraz trafi! nie można być idealnie szczęśliwym, zawsze ku**a coś!! Ex jest idiotą i nieodpowiedzialnym dupkiem na maxa! boże, co ja w nim widziałam?? wisi mi jeszcze ponad 500 funtów, które ode mnie pożyczył - a może powinnam napisać - byłam głupia i mu pożyczyłam (nigdy więcej!! nikomu!! a na pewno nie tyle!!) i on mi teraz jakimiś zj**anymi tekstami wyjeżdża jak się o kasę ku**a co miesiąc muszę upominać, że to np. nie wiem co się u niego dzieje - a co mnie to k**wa obchodzi? jak pożyczył to ma oddać!! jakby on co najmniej wiedział, co się się u mnie dzieje! baran jeden! - jakby mi oddał pieniądze to miałabym na przykład na samolot na pogrzeb wujka albo babci! pajac ku**a! bo on ma tyle rachunków do zapłacenia... a ja to ku**a nie mam?? moja wina, że dalej nie wylewa za kołnierz?? znajomi mówili, że nadal chodzi do pracy napie**olony jak szpadel. normalnie aż mnie trzęsie! już się nie nie mogę doczekać aż odda mi kasę, ja mu oddam auto, wyniosę się stąd (patrz: zmienię adres) i wymażę tego dupka z pamięci!!!! aaa, i jeszcze bezczelny pyta czy zapłacę za ubezp. auta w tym mies. (on płaci) - no chyba śmieszny jest! jemu po tym wszystkim zostanie całkiem nieźle działające auto, a mnie ku**a zdjęcie, jak se zrobię! i jeszcze do mnie, że auto działa, bo on płacił za naprawy itp. no nienormalny jest ku**a - może i tak, ale ja płaciłam bez własnej woli i wiedzy za jego drineczki w pracy, po i przed! a i jeszcze mi wyjechał, że zostawiłam go z niczym oprócz smoothie makera! w łeb sobie strzelę, przysięgam - może powinnam mu oddać w takim razie te kilka plastikowych pojemników i obtłuczony garnek?? ja pie**olę ku**a mać!
sorry musiałam to komuś napisać, a nie chcę memu kochanemu dupy zawracać, bo by go też szlag trafił i zrobił by jeszcze coś głupiego, bo jak słyszy o Exie (nazywa go "fu**in bimbo" - ładnie nie?
) to go telepie, co mnie nie dziwi zresztą...
no, lepiej mi trochę, przepraszam
musiałam gdzieś się wyładować.
a teraz już czekam na mamę... jeszcze tylko kilka dni. apel do wulkanu - nawet się nie waż!!
sorry musiałam to komuś napisać, a nie chcę memu kochanemu dupy zawracać, bo by go też szlag trafił i zrobił by jeszcze coś głupiego, bo jak słyszy o Exie (nazywa go "fu**in bimbo" - ładnie nie?
no, lepiej mi trochę, przepraszam
a teraz już czekam na mamę... jeszcze tylko kilka dni. apel do wulkanu - nawet się nie waż!!
niedziela, 25 kwietnia 2010
nie wiem czy ja zawsze byłam taka głupia czy to jakiś nowy nabytek. ja przysięgam, że to spieprzę... nie umiem odpuścić małych rzeczy, jakiś totalnych bzdur. 3 cytryny... jak ktoś oglądał film "Sztuka zrywania" ("The break up"), to wie o co chodzi... :/ skąd mi się to bierze?? potrafię awanturę zrobić o jakieś niedorzeczne pierdoły, wczoraj np. nie odzywałam się do niego, bo mnie zignorował w kantynie na śniadaniu, tzn. usiadł przy innym stoliku, przeszedł koło mnie bez słowa i wyszedł też bez słowa... czy może to ja miałam rację a nie on, gdy powiedział, że to dlatego, że byłam zajęta rozmową z współtowarzyszami śniadania? wściekłam się do tego stopnia, że w drodze do domu o mały włos nie rozpieprzyłam się razem z autem dwa razy, i raz o mały włos nie dostałam w mordę (dosłownie - wysiadł z auta!) od strażaka, którego strąbiłam, bo wymusił na mnie pierwszeństwo ch** jeden! a Peter w tym samym czasie dostał na meczu żółtą kartkę za agresję ...
doszłam do wniosku, że ta moja wścieklizna spowodowana jest tym, jak traktował mnie mój pierwszy "poważny" chłopak, tzn. też często mnie ignorował, też uważał że za dużo się przytulam i takie tam, no i mówił mi, że mnie kocha, choć potem okazało się to wierutną bzdurą. to moje tłumaczenie nie dotarło za bardzo do Petera.
i zawsze potem żałuję i obiecuję sama sobie, że już nigdy więcej! do następnego razu... :(
dobrze, że chociaż rzucanie palenia mi poszło lepiej, to już prawie 6 tygodni.
i kupiłam sobie rower. piękny! fioletowy! :) i odkąd go mam pada prawie codziennie, a dupa nadal boli od siodełka :D
a tymczasem Peter jutro zaczyna kurs w szkole, 7 tygodni, potem egzamin i jak zda, ma zagwarantowaną pracę i duuużo lepsze zarobki... no i może wtedy w końcu zamieszkamy razem i zobaczymy, czy się nie pozabijamy...
doszłam do wniosku, że ta moja wścieklizna spowodowana jest tym, jak traktował mnie mój pierwszy "poważny" chłopak, tzn. też często mnie ignorował, też uważał że za dużo się przytulam i takie tam, no i mówił mi, że mnie kocha, choć potem okazało się to wierutną bzdurą. to moje tłumaczenie nie dotarło za bardzo do Petera.
i zawsze potem żałuję i obiecuję sama sobie, że już nigdy więcej! do następnego razu... :(
dobrze, że chociaż rzucanie palenia mi poszło lepiej, to już prawie 6 tygodni.
i kupiłam sobie rower. piękny! fioletowy! :) i odkąd go mam pada prawie codziennie, a dupa nadal boli od siodełka :D
a tymczasem Peter jutro zaczyna kurs w szkole, 7 tygodni, potem egzamin i jak zda, ma zagwarantowaną pracę i duuużo lepsze zarobki... no i może wtedy w końcu zamieszkamy razem i zobaczymy, czy się nie pozabijamy...
niedziela, 18 kwietnia 2010
sobota, 10 kwietnia 2010
katastrofa lotnicza samolotu prezydenckiego wstrząsnęła Polską, może i Europą, nawet BBC ciągle tylko o tym.
szkoda, że tylu ludzi zginęło zupełnie niepotrzebnie! ktoś zapytał, czemu nie płaczesz? odpowiedź jest prosta - a czy prezydent płakał jak musiałam wyjechać z kraju za chlebem???
wiecie co?? pozwolę sobie na ignoranctwo bezczelne - prezydent nie żyje?? szkoda, ale ja mam to głęboko, bo mi umarł dzisiaj wujek i nikt się tym nie podnieca, nie robi żałoby narodowej i nikt o tym w wiadomościach nie mówi!!!
szkoda, że tylu ludzi zginęło zupełnie niepotrzebnie! ktoś zapytał, czemu nie płaczesz? odpowiedź jest prosta - a czy prezydent płakał jak musiałam wyjechać z kraju za chlebem???
wiecie co?? pozwolę sobie na ignoranctwo bezczelne - prezydent nie żyje?? szkoda, ale ja mam to głęboko, bo mi umarł dzisiaj wujek i nikt się tym nie podnieca, nie robi żałoby narodowej i nikt o tym w wiadomościach nie mówi!!!
wtorek, 30 marca 2010
po pierwsze primo, to pogoda sobie jakieś jaja robi!! :/ po kilkunastu dniach wiosny mamy jesień. zionie wiatrem, deszczem i szarością...
po drugie primo w końcu zatrzymałam się koło plastrów nikotynowych... nie palę już dwa tygodnie. dziwnie jest, przyzwyczajam się do nowej sytuacji, nudno jak na kogoś czekam, szlag mnie trafia po jedzeniu i jak ktoś mnie wkurzy (ostatnio na porządku dziennym), ale mam też momenty, że nie myślę wcale. koś mi powiedział, że z fajkami jest tak samo jak z alkoholizmem, można nie palić, ale palaczem jest się do końca życia... :? zobaczymy ile mi silnej woli wystarczy... na razie próbuję trzymać się dzielnie i nie utyć! póki co się udaje. aha, i zapachy mnie dobijają! mam wrażenie, że powonienie mi się polepszyło, choć wiele osób mówiło, że głównie polepsza się smak...
po trzecie primo ślubu nie będzie! (choć nawet zaręczeni nie jesteśmy) bo ja chcę w Polsce, on chce tutaj. o kompromis ciężko. zostaje opcja wyjazdu "w cholerę", wzięcia ślubu tam, i tym samym wkurzenia obu rodzin, a nie tylko jednej... tylko jak się takie rzeczy załatwia formalnie??
aaa, no i On chce dziecko przed ślubem, a ja po. On mówi, że to dla mojego zdrowia psychicznego, bo ja mam jakieś jazdy na punkcie wieku, w którym będę miała pierwsze dziecko. i bądź tu mądry....
po czwarte primo to się zastanawiam, czy każdy brytol jest oszczędny w okazywaniu uczuć?? bo ja mam wrażenie, że ja Petera dopiero łamię z przytulaniem, mizianiem itp. "no przecież ci powiedziałem, że cię kocham" powiedział ostatnio na moje zarzuty "dotykowe"!! a może to ja jestem jakaś dziwna, że lubię "fizycznie" czuć czyjąś miłość, obecność... no i chyba go przekonuję, bo coraz częściej mu się zdarza spontanicznie się przytulić, i już się nie złości, że go znowu miziam po brzuchu :)
po piąte primo to jeszcze po bzykaniu mógłby wydusić z siebie coś więcej niż "you ok?", że np. niby jak to było zajebiście hehe, ale to chyba będzie cięższa przeprawa... :D
po drugie primo w końcu zatrzymałam się koło plastrów nikotynowych... nie palę już dwa tygodnie. dziwnie jest, przyzwyczajam się do nowej sytuacji, nudno jak na kogoś czekam, szlag mnie trafia po jedzeniu i jak ktoś mnie wkurzy (ostatnio na porządku dziennym), ale mam też momenty, że nie myślę wcale. koś mi powiedział, że z fajkami jest tak samo jak z alkoholizmem, można nie palić, ale palaczem jest się do końca życia... :? zobaczymy ile mi silnej woli wystarczy... na razie próbuję trzymać się dzielnie i nie utyć! póki co się udaje. aha, i zapachy mnie dobijają! mam wrażenie, że powonienie mi się polepszyło, choć wiele osób mówiło, że głównie polepsza się smak...
po trzecie primo ślubu nie będzie! (choć nawet zaręczeni nie jesteśmy) bo ja chcę w Polsce, on chce tutaj. o kompromis ciężko. zostaje opcja wyjazdu "w cholerę", wzięcia ślubu tam, i tym samym wkurzenia obu rodzin, a nie tylko jednej... tylko jak się takie rzeczy załatwia formalnie??
aaa, no i On chce dziecko przed ślubem, a ja po. On mówi, że to dla mojego zdrowia psychicznego, bo ja mam jakieś jazdy na punkcie wieku, w którym będę miała pierwsze dziecko. i bądź tu mądry....
po czwarte primo to się zastanawiam, czy każdy brytol jest oszczędny w okazywaniu uczuć?? bo ja mam wrażenie, że ja Petera dopiero łamię z przytulaniem, mizianiem itp. "no przecież ci powiedziałem, że cię kocham" powiedział ostatnio na moje zarzuty "dotykowe"!! a może to ja jestem jakaś dziwna, że lubię "fizycznie" czuć czyjąś miłość, obecność... no i chyba go przekonuję, bo coraz częściej mu się zdarza spontanicznie się przytulić, i już się nie złości, że go znowu miziam po brzuchu :)
po piąte primo to jeszcze po bzykaniu mógłby wydusić z siebie coś więcej niż "you ok?", że np. niby jak to było zajebiście hehe, ale to chyba będzie cięższa przeprawa... :D
środa, 3 marca 2010
no tak. trochę mnie tu nie było, ale spoko, widzę, że nikt nie zauważył... tzn. zauważył Peter, spytał czy nadal to piszę i mi się przypomniało hehe...
ogólnie to nuda jest panie. naczy nie żeby nie było emocji, bo są. żremy się przykładnie o różne pierdoły, ale ja bym to raczej nazwała docieraniem się i wyznaczaniem granic...? ;) zawsze i tak chodzi o pierdoły, on jest zazdrosny o wszelkich kolesi, a ja jestem zaborcza, zwłaszcza czasowo, a on ma generalnie bardzo napięty grafik życiowy.
gadki na temat naszej wspólnej przyszłości nieco zeszły na drugi plan, bo chłopczę moje stwierdziło, że nie wykona następnego ruchu, dopóki nie spłaci auta. a to jeszcze z dobre dwa lata, no chyba że weźmie dupę w troki i zacznie odkładać, co przy jego nieograniczonej miłości do zakupów graniczy z cudem. jeszcze jest druga szansa, bo ojciec go wkręca w biznes, w którym siedzi, a który może mieć piękne profity, jeśli tylko Peter ruszy dupsko (i głowę) i się za to weźmie. nie będę pisać szczegółów, żeby nie zapeszyć.
za to ogłosił swoim rodzicom, że szuka różnych opcji jakby tu ze mną zamieszkać, i się zdziwili, że tak szybko... a na co tu czekać się pytam? hehe. grunt, żeby pozostali w przekonaniu -prawdziwym zresztą, że to pomysł Petera, bo tak chyba dla mnie będzie lepiej...
były sobie też w międzyczasie Walentynki, bez większych ekscesów, pizza w kształcie serca i tym podobne miłosne żenady :) rozpieprzył mnie za to ex, który był na tyle bezczelny by w ten oto jakże radosny dzień wysłać mi smsa, że mnie kocha... słodko po prostu.
została mi jeszcze jedna ostatnia rzecz, która mnie z exem łączy, a mianowicie auto, które mu oddam jak odzyska prawko. zbieram więc namiętnie na moje własne cztery kółka, i choć mam jeszcze kilka miesięcy, godzinami siedzę na necie i przeglądam co i za ile. niestety nie kupię sobie nic tak dużego jak mam teraz, bo nieekonomiczne, ani nic co mi się podoba, bo mnie nie stać, a nie chcę brać pożyczki, tylko kupić za gotówkę. i kupa z tym wszystkim śmiechu, bo Pete powiedział, żebym kupiła rodzinne auto, żeby się z tylu małe juniory zmieściły ahahaha :) taaa, jeszcze czego :P
ponieważ Peter jest moim pierwszym (i oby tym ostatnim) zagramanicznym chłopcem zaczynam mieć problemy z ojczystym językiem, co uważam za żenadę i myślałam, że jak się gdzieś żyło dwadzieścia parę lat i wychowało używając pewnego języka, to się nie zapomina... owszem, może i nie, ale przez to, że teraz więcej używam angielskiego niż polskiego, łapię się na tym, że sprawdzam w słowniku angielskie słowo, bo nie pamiętam jak to jest po polsku!! o snach i myślach po angielsku nawet nie będę wspominać...
przeszłam wczoraj w supermarkecie koło plastrów antynikotynowych i się zawahałam. nie - jeszcze nie, dostaję ataków paniki na samą myśl, ale wiem, że przyjdzie kryska na matyska...
koleżanka urodziła miesiąc temu córeczkę. a ja stwierdziłam, że to pierdzielę, że się boję i że mnie siłą będzie musiał :P i że nie jestem gotowa choć to już 26 rok leci... a z drugiej strony się boję, że może już jestem za stara na pierwsze?? faza jak cholera...
mały apdejt z postępów Pete'a w języku polskim - mało zmian - nauczyłam go mówić "miło mi cię poznać". ale najlepiej jest jak palnie "o boże, co ty robisz?". pękam wtedy ze śmiechu :)
a tak a propos, tak się zastanawiałam, czy dziewczyny, które podzielają mój los ;), tzn. mają brytyjskich partnerów, też uczą swoich polskiego choć trochę?? pytanie retoryczne zapewne, bo mam wrażenie, że gdzieś mnie się widownia zapodziała...
ogólnie to nuda jest panie. naczy nie żeby nie było emocji, bo są. żremy się przykładnie o różne pierdoły, ale ja bym to raczej nazwała docieraniem się i wyznaczaniem granic...? ;) zawsze i tak chodzi o pierdoły, on jest zazdrosny o wszelkich kolesi, a ja jestem zaborcza, zwłaszcza czasowo, a on ma generalnie bardzo napięty grafik życiowy.
gadki na temat naszej wspólnej przyszłości nieco zeszły na drugi plan, bo chłopczę moje stwierdziło, że nie wykona następnego ruchu, dopóki nie spłaci auta. a to jeszcze z dobre dwa lata, no chyba że weźmie dupę w troki i zacznie odkładać, co przy jego nieograniczonej miłości do zakupów graniczy z cudem. jeszcze jest druga szansa, bo ojciec go wkręca w biznes, w którym siedzi, a który może mieć piękne profity, jeśli tylko Peter ruszy dupsko (i głowę) i się za to weźmie. nie będę pisać szczegółów, żeby nie zapeszyć.
za to ogłosił swoim rodzicom, że szuka różnych opcji jakby tu ze mną zamieszkać, i się zdziwili, że tak szybko... a na co tu czekać się pytam? hehe. grunt, żeby pozostali w przekonaniu -prawdziwym zresztą, że to pomysł Petera, bo tak chyba dla mnie będzie lepiej...
były sobie też w międzyczasie Walentynki, bez większych ekscesów, pizza w kształcie serca i tym podobne miłosne żenady :) rozpieprzył mnie za to ex, który był na tyle bezczelny by w ten oto jakże radosny dzień wysłać mi smsa, że mnie kocha... słodko po prostu.
została mi jeszcze jedna ostatnia rzecz, która mnie z exem łączy, a mianowicie auto, które mu oddam jak odzyska prawko. zbieram więc namiętnie na moje własne cztery kółka, i choć mam jeszcze kilka miesięcy, godzinami siedzę na necie i przeglądam co i za ile. niestety nie kupię sobie nic tak dużego jak mam teraz, bo nieekonomiczne, ani nic co mi się podoba, bo mnie nie stać, a nie chcę brać pożyczki, tylko kupić za gotówkę. i kupa z tym wszystkim śmiechu, bo Pete powiedział, żebym kupiła rodzinne auto, żeby się z tylu małe juniory zmieściły ahahaha :) taaa, jeszcze czego :P
ponieważ Peter jest moim pierwszym (i oby tym ostatnim) zagramanicznym chłopcem zaczynam mieć problemy z ojczystym językiem, co uważam za żenadę i myślałam, że jak się gdzieś żyło dwadzieścia parę lat i wychowało używając pewnego języka, to się nie zapomina... owszem, może i nie, ale przez to, że teraz więcej używam angielskiego niż polskiego, łapię się na tym, że sprawdzam w słowniku angielskie słowo, bo nie pamiętam jak to jest po polsku!! o snach i myślach po angielsku nawet nie będę wspominać...
przeszłam wczoraj w supermarkecie koło plastrów antynikotynowych i się zawahałam. nie - jeszcze nie, dostaję ataków paniki na samą myśl, ale wiem, że przyjdzie kryska na matyska...
koleżanka urodziła miesiąc temu córeczkę. a ja stwierdziłam, że to pierdzielę, że się boję i że mnie siłą będzie musiał :P i że nie jestem gotowa choć to już 26 rok leci... a z drugiej strony się boję, że może już jestem za stara na pierwsze?? faza jak cholera...
mały apdejt z postępów Pete'a w języku polskim - mało zmian - nauczyłam go mówić "miło mi cię poznać". ale najlepiej jest jak palnie "o boże, co ty robisz?". pękam wtedy ze śmiechu :)
a tak a propos, tak się zastanawiałam, czy dziewczyny, które podzielają mój los ;), tzn. mają brytyjskich partnerów, też uczą swoich polskiego choć trochę?? pytanie retoryczne zapewne, bo mam wrażenie, że gdzieś mnie się widownia zapodziała...
czwartek, 4 lutego 2010
no, nie wiem jak Peterowi, ale mi dupa rośnie na pewno, i to w zastraszającym tempie, jakieś 2,5kg w 3 dni?? ja pierdzielę, nie wiem czy to jakiś taki czas w moim hormonalnym kalendarzu, czy to że próbuję ograniczyć palenie i pewnie nieświadomie cały czas coś pcham do buzi, czy może promocje w stylu "two for tuesday" w dominosie... pewnie wszystko na raz. jest mi niedobrze, ciężko i w ogóle ble...
wszystko co dobre szybko się kończy, współlokatorzy wrócili, Peter oddał klucze i skończyło się słodkie "honey i'm home". oczywiście nie wszystkie noce spał u mnie, i doszłam do wniosku, że chyba jeszcze daleko mu do dorosłości, i nie jest gotowy opuścić mamusię... ale było fajnie, mnie się podobało. zresztą jak już zabrał swoje rzeczy i pojechał do domu napisał mi smsa, że tęskni za moim łóżkiem :) w domyśle chyba za mną, bo moje łóżko jest najNIEwygodniejsze na świecie!!!
poza tym to piłujemy usilnie język polski. z nowości słońce moje mówi
podaj mi (kawa, piwo)
daj mi (buzi, rękę)
zrób mi
tęskniłem za tobą
strasznie/ja też cię kocham
i nawet nie wiem kiedy podłapał:
zamknij się, zamknij ryja
chuj ci w dupę
do dupy
ja pierdolę
i inne tego typu klasyki... tego uczy się oczywiście najszybciej. nawet gdy ja nie chcę...
aha, takie pytanie, bo ja zaczęłam się zastanawiać czy to może jednak ze mną jest coś nie tak - zmieniacie ręcznik na nowy po JEDNYM jego użyciu?? bo ja nie, co jest dla mnie logiczne, bo przecież wycieram w niego czyste ciało! a moje chłopczę najwyraźniej tak! nie wiem, czy on myśli, że mam wytwórnię ręczników w moim wynajmowanym pokoju?? już mu zapowiedziałam, że jak końcu zamieszkamy razem, to będzie miał okazję przekonać się jak się ma jego mama wisząc non stop nad pralką pełną ręczników... bo ja nie będę prać kilkunastu ręczników na tydzień! trochę zdrowego rozsądku...
a może to jednak ze mną jest coś nie tak??
wszystko co dobre szybko się kończy, współlokatorzy wrócili, Peter oddał klucze i skończyło się słodkie "honey i'm home". oczywiście nie wszystkie noce spał u mnie, i doszłam do wniosku, że chyba jeszcze daleko mu do dorosłości, i nie jest gotowy opuścić mamusię... ale było fajnie, mnie się podobało. zresztą jak już zabrał swoje rzeczy i pojechał do domu napisał mi smsa, że tęskni za moim łóżkiem :) w domyśle chyba za mną, bo moje łóżko jest najNIEwygodniejsze na świecie!!!
poza tym to piłujemy usilnie język polski. z nowości słońce moje mówi
podaj mi (kawa, piwo)
daj mi (buzi, rękę)
zrób mi
tęskniłem za tobą
strasznie/ja też cię kocham
i nawet nie wiem kiedy podłapał:
zamknij się, zamknij ryja
chuj ci w dupę
do dupy
ja pierdolę
i inne tego typu klasyki... tego uczy się oczywiście najszybciej. nawet gdy ja nie chcę...
aha, takie pytanie, bo ja zaczęłam się zastanawiać czy to może jednak ze mną jest coś nie tak - zmieniacie ręcznik na nowy po JEDNYM jego użyciu?? bo ja nie, co jest dla mnie logiczne, bo przecież wycieram w niego czyste ciało! a moje chłopczę najwyraźniej tak! nie wiem, czy on myśli, że mam wytwórnię ręczników w moim wynajmowanym pokoju?? już mu zapowiedziałam, że jak końcu zamieszkamy razem, to będzie miał okazję przekonać się jak się ma jego mama wisząc non stop nad pralką pełną ręczników... bo ja nie będę prać kilkunastu ręczników na tydzień! trochę zdrowego rozsądku...
a może to jednak ze mną jest coś nie tak??
sobota, 23 stycznia 2010
"wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni... "
współlokatorzy pojechali do Polski na urlop. no i czym się tu ekscytować?? otóż Peter przywiózł większość swoich ubrań do mnie, bo szczoteczkę do zębów już tu ma, dostał klucze od domu... i tak sobie oto pomieszkamy razem przez kilka dni, taki okres próbny hehe...
chłopczyk mój to typ sportowca, non stop aktywny, tu piłka, tu kickboxing i takie tam, wiec nadwaga mu nie grozi. ugotowałam dzisiaj na obiad placki po węgiersku, więc stwierdził że jak mu będę takie rzeczy gotować, to chyba jednak będzie gruby... i poszedł sobie nałożyć drugi talerz ;)
klamka zapadła, bilety do PL kupione na 16 sierpnia :) oby tylko pogoda dopisała, bo jak nie to umrzemy z nudów... o, a przed tym mama przyjeżdża mnie odwiedzić :) w Dzień Mamy :)
współlokatorzy pojechali do Polski na urlop. no i czym się tu ekscytować?? otóż Peter przywiózł większość swoich ubrań do mnie, bo szczoteczkę do zębów już tu ma, dostał klucze od domu... i tak sobie oto pomieszkamy razem przez kilka dni, taki okres próbny hehe...
chłopczyk mój to typ sportowca, non stop aktywny, tu piłka, tu kickboxing i takie tam, wiec nadwaga mu nie grozi. ugotowałam dzisiaj na obiad placki po węgiersku, więc stwierdził że jak mu będę takie rzeczy gotować, to chyba jednak będzie gruby... i poszedł sobie nałożyć drugi talerz ;)
klamka zapadła, bilety do PL kupione na 16 sierpnia :) oby tylko pogoda dopisała, bo jak nie to umrzemy z nudów... o, a przed tym mama przyjeżdża mnie odwiedzić :) w Dzień Mamy :)
poniedziałek, 18 stycznia 2010
tak jakoś wychodzi, że cały czas gadamy o jakichś takich dziwnych rzeczach jak dom, małżeństwo, dzieci itp. no ale chyba się rozpędziłam, bo chyba aż tak strasznie mu nie odwaliło. co mam na myśli?? po kilku różnych tekstach Pitera w pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może wpaść na pomysł, żeby się oświadczyć w Walentynki... ale chyba mnie jednak poniosło. dziwne to takie, bo z jednej strony to bym chciała już, teraz, natychmiast, ale z drugiej to co przeżywamy teraz jest takie niepowtarzalne, dalekie od rutyny i nudy...
ale żeby nie było, jutro albo pojutrze kupujemy bilety lotnicze na urlop w Polsce!! zabieram mojego Szkocika do domu na kilka dni w sierpniu. a co, niech zobaczy, że w Polsce ludzie nie mieszkają na drzewach hehe.
a z ciekawostek, na tę samą siłownię, na którą chodzi Piter chodzi też koleś, którego poznałam jeszcze za czasów Exa. bo to jego kumpel. no i jak się okazało Piotr (też :)) bardzo lubi mojego Pitera... ale mało nie spadłam z krzesła, jak się dowiedziałam, że Ex jakoś się dowiedział, że dwa Piotry się znają i chodzą na tą samą siłownię, i był na tyle bezczelny żeby do Piotrka zadzwonić i o tym pogadać! nie wiem dokładnie co i jak, ale brzmi dziecinnie, prostacko i cholera wie jeszcze jak! chyba zagmatwałam to trochę, no ale cóż...
czas na szluga i lulu... a jutro, po pracy będzie fajny dzień :) mam obiecane :)
ale żeby nie było, jutro albo pojutrze kupujemy bilety lotnicze na urlop w Polsce!! zabieram mojego Szkocika do domu na kilka dni w sierpniu. a co, niech zobaczy, że w Polsce ludzie nie mieszkają na drzewach hehe.
a z ciekawostek, na tę samą siłownię, na którą chodzi Piter chodzi też koleś, którego poznałam jeszcze za czasów Exa. bo to jego kumpel. no i jak się okazało Piotr (też :)) bardzo lubi mojego Pitera... ale mało nie spadłam z krzesła, jak się dowiedziałam, że Ex jakoś się dowiedział, że dwa Piotry się znają i chodzą na tą samą siłownię, i był na tyle bezczelny żeby do Piotrka zadzwonić i o tym pogadać! nie wiem dokładnie co i jak, ale brzmi dziecinnie, prostacko i cholera wie jeszcze jak! chyba zagmatwałam to trochę, no ale cóż...
czas na szluga i lulu... a jutro, po pracy będzie fajny dzień :) mam obiecane :)
czwartek, 7 stycznia 2010
środa, 6 stycznia 2010
długo mnie nie było, bona nic nie mam czasu, praca a po pracy cały mój czas absorbuje Peter... więc w skrócie co się działo...
pogoda można rzec jak z bajki, biało i mroźno, czegoś takiego świat nie widział od lat... wszystko fajnie, tylko strach jeździć autem, no i w domu kicha, bo ogrzewania jako takiego nie ma, więc trzeba walczyć z jakimiś śmiesznymi farelkami... ja już chcę lato!!
a więc święta były po szkocku... w wigilię ryba z frytkami i takie tam hehe. prezentów tyle co w tym roku, to chyba w całym swoim życiu łącznie nie dostałam... Petera trochę poniosło i jak sobie przeliczyłam ile wydał, to złapałam się za głowę. wariat!! dostałam m.in. dżinsy G-Stara, bluzę Diesela, koszulkę SuperDry, dwanaście róż i kupę innych rzeczy... ale najfajniejszy prezent to była płyta, którą Peter dla mnie nagrał. są na niej wszystkie piosenki, które mają dla nas jako pary jakieś znaczenie, które coś nam przypominają :)
ogólnie było przesympatycznie i minęło jak z bicza strzelił...
no i najważniejsze... pierwszego dnia świąt Peter w końcu wydusił z siebie, że mnie kocha!! myślałam, że nigdy mi tego nie powie!! :)
sylwester bardzo spokojny, poszliśmy na Princess Street oglądać fajerwerki. zmarzliśmy kosmicznie, w końcu to zima stulecia ;) i niedługo po fajerwerkach pojechaliśmy do jego domu, opatuliliśmy się kołdrą i gadaliśmy prawie do 5ej rano popijając drinki...
ostatnie dwa dni i noce spędziliśmy non stop razem, jak zwykle zresztą kiedy oboje mamy wolne. dziś pojechaliśmy na zakupy, i jakież było moje zdziwienie, kiedy moje chłopczę zaciągnęło mnie do... jubilera! ja nie noszę biżuterii wcale, żadnej, więc postanowił, że pójdziemy zmierzyć mi palec teraz, żeby za jakiś czas mógł mnie zaskoczyć pierścionkiem zaręczynowym... przysięgam, ręka trzęsła mi się masakrycznie! takich emocji się nie spodziewałam... matko, to już? hehe. może i szybko, ale na to wykładam! bo wiem, że to on! że to na niego czekałam :) a mama się cieszy, wiec chyba wszystko w normie! :D
pogoda można rzec jak z bajki, biało i mroźno, czegoś takiego świat nie widział od lat... wszystko fajnie, tylko strach jeździć autem, no i w domu kicha, bo ogrzewania jako takiego nie ma, więc trzeba walczyć z jakimiś śmiesznymi farelkami... ja już chcę lato!!
a więc święta były po szkocku... w wigilię ryba z frytkami i takie tam hehe. prezentów tyle co w tym roku, to chyba w całym swoim życiu łącznie nie dostałam... Petera trochę poniosło i jak sobie przeliczyłam ile wydał, to złapałam się za głowę. wariat!! dostałam m.in. dżinsy G-Stara, bluzę Diesela, koszulkę SuperDry, dwanaście róż i kupę innych rzeczy... ale najfajniejszy prezent to była płyta, którą Peter dla mnie nagrał. są na niej wszystkie piosenki, które mają dla nas jako pary jakieś znaczenie, które coś nam przypominają :)
ogólnie było przesympatycznie i minęło jak z bicza strzelił...
no i najważniejsze... pierwszego dnia świąt Peter w końcu wydusił z siebie, że mnie kocha!! myślałam, że nigdy mi tego nie powie!! :)
sylwester bardzo spokojny, poszliśmy na Princess Street oglądać fajerwerki. zmarzliśmy kosmicznie, w końcu to zima stulecia ;) i niedługo po fajerwerkach pojechaliśmy do jego domu, opatuliliśmy się kołdrą i gadaliśmy prawie do 5ej rano popijając drinki...
ostatnie dwa dni i noce spędziliśmy non stop razem, jak zwykle zresztą kiedy oboje mamy wolne. dziś pojechaliśmy na zakupy, i jakież było moje zdziwienie, kiedy moje chłopczę zaciągnęło mnie do... jubilera! ja nie noszę biżuterii wcale, żadnej, więc postanowił, że pójdziemy zmierzyć mi palec teraz, żeby za jakiś czas mógł mnie zaskoczyć pierścionkiem zaręczynowym... przysięgam, ręka trzęsła mi się masakrycznie! takich emocji się nie spodziewałam... matko, to już? hehe. może i szybko, ale na to wykładam! bo wiem, że to on! że to na niego czekałam :) a mama się cieszy, wiec chyba wszystko w normie! :D
środa, 2 grudnia 2009
no więc łażenie po sklepach mamy za sobą, ja pokazałam Pete'owi w cholerę rzeczy, które mi się podobają, on mnie niewiele, ale i tak mam jakiś tam pomysł co mu kupić... przymierzyłam jedną parę dżinsów z tego sklepu, co to ja do nie go nawet nie wchodzę oglądać rzeczy. o matko!! boskie!!! i drogie że aż strach... no i zaczęła się rozmowa na temat, ile chcemy wydać na prezenty, bo on nie chce, żebym wydała na niego za dużo (w domyśle - bo mniej zarabiam i płacę za wynajem), a ja nie chcę, żeby on wydał na mnie za dużo (bo on w przeciwieństwie do mnie ma wiele prezentów do kupienia). ogólnie to pół dnia się targowaliśmy, od 50f. do 150f., w końcu stanęło na 100f. trochę się rozczarowałam, bo napaliłam się na te dżinsy... hehe. jak już pojechał do domu to okazało się, że nie skończyliśmy tych targów. ostatecznie stanęło, że wydamy tyle, ile uważamy za stosowne, byle nie za dużo hehe... czyli dupa ogólnie :) dalej wiem nic na temat ile kasy wydać. ale wiem za to co kupię. i na urodziny też, więc w zasadzie choć jeszcze nie kupiłam nic, mogę powiedzieć, że problem mam z głowy...
tylko plany świąteczne póki co nie wypaliły, nie mam pomysłu na wigilię, więc chyba spędzę ją po szkocku - łażąc po pubach... smutne to... zobaczymy co będzie...
tylko plany świąteczne póki co nie wypaliły, nie mam pomysłu na wigilię, więc chyba spędzę ją po szkocku - łażąc po pubach... smutne to... zobaczymy co będzie...
środa, 25 listopada 2009
kurczę, nie mam czasu na nic, bo póki co, mój związek - już nie "sort of" hehe - jest bardzo absorbujący... w sumie zawsze jest tak na początku, ekscytacja wszystkim w zasadzie...
co się działo??
miałam urodziny, zaprosiłam trochę znajomych do pubu. oczywiście połowa się wypięła, a część tej połowy nawet mnie nie poinformowała, że wypiąć się zamierza. tylko garstka tych co zawsze mnie nie zawiodła :) kochani moi... :) no i gdyby nie Peter to ta noc mogła przerodzić się w koszmar... w sumie nic ciekawego się nie działo. pojawiło się kilku kolesi mojego Robaczka, więc mnie z nimi zapoznał. śmieszne to było, bo potem Pete raczył mnie tekstami swoich kolesi na mój temat, że "jakim cudem taka laska z tobą?", "ja to na twoim miejscu zamiast stać i gadać z nami wziąłbym ją za rękę i stąd poszedł" :) "skąd ty ja wytrzasnąłeś?". moje ego zostało więc ładnie połechtane, i na nic zdały się tłumaczenia, że jestem normalną, zwykłą dziewczyną... no, może lekko jeb**ętą w dekiel :D
oprócz tego chodzę lekko nieprzytomna, bo sypiam po 3 godziny w nocy, i potem jeśli mam farta 3 godziny w dzień. dobra droga, żeby się wykończyć... i jaka przyjemna :)
mieliśmy też pierwsze małe spięcie, nieporozumienie czy jak tam zwał... był u mnie do późna w poniedziałek, no i wszystko ładnie, pięknie... we wtorek oboje poszliśmy do pracy na nadgodziny, z tym, że ja zaczynam pracę dużo wcześniej. aha, kilka dni wcześniej jedna z menadżerek złapała nas na ukradkowym buziaku na sklepie i zrobiła nam, a w zasadzie mi, awanturę i podkablowała do mojej menadżerki, suka zasrana! sorry za łacinę, ale nienawidzę szmaty, bo cały czas mi patrzy na ręce i szuka dziury w całym... w każdym razie przyszedł do pracy, widziałam go z daleka na sklepie, gdy gadałam z jednym z naszych sklepowych dziadków, Pete zrobił taki gest palcami, wskazujący na oczy, że mnie widzi, albo obserwuje i poszedł. zawsze jak idę na zaplecze to się witamy, dajemy sobie buzi i jest fajnie, a tym razem tylko przeszedł koło mnie, ani uśmiechu, ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę. potem przeszedł koło mnie drugi raz i to samo, no to mnie wścieklizna wzięła, strzeliłam focha, i sobie poszłam. humor spieprzony na amen. każdy się mnie pytał co się stało... Pete pojechał vanem, i potem wysłał mi smsa, że to była taka mała gra, że zrobił to żeby sprawdzić moją reakcję, i sprawdzić czy może mi ufać! no szczęka mi opadła, bo nic głupszego już chyba nie mógł wymyślić... a jak zobaczyłam słowo "gra" to już mnie krew zalała... no to mu odpisałam, że już był kiedyś taki co sobie urządzał ze mną gierki, a potem kopnął mnie w dupsko tak, że na samą myśl pamiętam jak to boli... i że nikt już więcej nie będzie się bawił i grał z moim uczuciami, i że jak potrzebuje dodatkowych albo tego typu emocji to może powinien... bla bla bla... byłam w szoku, bo wrócił do sklepu w ciągu 5 minut, gnał ponoć na łeb na szyję (dobrze, że był niedaleko) i wziął mnie na rozmowę. wyjaśniliśmy sobie co i jak, przyznał, że to było głupie i przeprosił, a ja przeprosiłam za zbyt agresywną reakcję. jak już pojechałam do domu dostałam smsa, jak bardzo mu na mnie zależy, jaka jestem ważna, i że w zasadzie to tylko kwestia czasu, żeby mi powiedział co do mnie czuje :)
z ciekawostek... ponieważ cały czas się poznajemy dowiedziałam się co nieco...
zdziwiłam się na przykład, że jest katolikiem! :) nie, żeby jakimś tam nie wiadomo jak praktykującym, tylko chodzi o to, że w tym kraju większość to z tego co wiem protestanci... więc ogólnie pozytywnie...
poza tym zawsze jak ykhm... się przytulamy, to ktoś z współlokatorów jest w domu, i trzeba być cicho, bo łóżko trzeszczy, albo ogólnie, nie wydawać pewnych dźwięków. no i jest to nieco irytujące... i Pete stwierdził, że może kiedyś będziemy mięli swój własny domek i będziemy w nim mogli robić co nam się żywnie podoba :D
to będzie teraz strasznie głupie co powiem. znam chłopa niecałe 5 miesięcy, a mam przeczucie, że wyjdę za niego za mąż, i ten domek to chyba będzie prędzej czy później... śmieszna sytuacja, bo zawsze jest u mnie jak biorę tabletkę, to się go spytałam, czy przychodzi o tej porze, żeby sprawdzić, czy biorę (hehe), a on na to, że może któregoś dnia powie mi, żebym już więcej nie brała!!! lol :D
no i powoli piłujemy temat prezentów świątecznych. mnie jest o tyle ciężko, że ja zarabiam dużo mniej niż on, i co do pewnych rzeczy to on ma spore wymagania, i jest dość wybredny. wymyśliliśmy, że pójdziemy razem łazić po sklepach i każde z nas pokaże drugiemu 5 rzeczy, które nam się podobają, i kupimy sobie nawzajem po jednej z nich, czyli że będziemy wiedzieć co dostaniemy, ale nie do końca. dzisiaj oglądałam dżinsy, a on do mnie, że może właśnie mi dżinsy kupi. tylko przeraziłam się z lekka jak się dowiedziałam, z jakiego sklepu i ile mógłby za nie zapłacić, bo najdroższy ciuch jaki sobie kupiłam w życiu był chyba o połowę tańszy... mówię mu cały czas, żeby mnie przestał rozpuszczać jak dziadowski bicz, ale nie działa - żarcie w restauracjach, wszędzie on płaci, sukcesem ostatnio było, jak pozwolił mi zapłacić za kawę w Starbucksie. i aż się boję jakie 5 rzeczy on sobie wymyśli na święta, bo już nie wspomnę, że 10 grudnia ma urodziny, więc czuję, że popłynę, choć ogólnie pomysł na prezent już mam :)
no i chłopczyk mój robi postępy w języku polskim, dzisiaj tylko "drożdżówka" nie chciała mu przejść przez gardło :) oprócz pojedynczych słów potrafi kilka pełnych zwrotów, na przykład "cześć kochanie, pięknie wyglądasz, przytul mnie teraz i daj buzi" :) a jak się wstawiłam no moich urodzinach to nauczyłam go (głupia!) "zrób mi laskę"... hehe, i mam teraz ubaw, bo odpowiadam mu jego ulubionym słowem, czyli "spierd**aj" :) jak dzieci normalnie...
jeszcze trochę ścinek z jego smsów, ale nie będę się silić na ich tłumaczenie, bo piszę je przede wszytskim ku mej pamięci:
"you are amazing and I love being with you"
"I hope we have future, together, I really do dream and think about us, it makes me happy"
"you are my beautiful girlfriend"
"you mean everything to me and I feel protective and jealous of anyone who goes for you, you are my princess"
"I am happy cause everyday I feel so lucky you are my girlfriend"
"you have me for as long as you need me, you have my heart. you really have made me go all soft over you"
"you make me so happy and feel loved"
"you have a boyfriend who adores being with you and cares a lot for you"
"I deeply have mental feelings for you, I can't resist"
"my brain is going overtime cause you are amazing, lucky I have a pacemaker cause I would probably go insane"
"you have my heart and it's wanting you so bad!"
"I have seriously fallen for you, you are incredible"
dobra starczy tego słodzenia! matko, nawet nie wiedziałam, że tyle tego! chyba już nikt dzisiaj nie będzie musiał słodzić kawy, żeby się nie zrzy*ać! :D
a żeby nie było za pięknie, to Peter dostał jakiś podejrzany list od swojego lekarza, że po świętach ma się stawić w szpitalu. no i chodzimy trochę obsrani, bo rak to przecież nie katar...
co się działo??
miałam urodziny, zaprosiłam trochę znajomych do pubu. oczywiście połowa się wypięła, a część tej połowy nawet mnie nie poinformowała, że wypiąć się zamierza. tylko garstka tych co zawsze mnie nie zawiodła :) kochani moi... :) no i gdyby nie Peter to ta noc mogła przerodzić się w koszmar... w sumie nic ciekawego się nie działo. pojawiło się kilku kolesi mojego Robaczka, więc mnie z nimi zapoznał. śmieszne to było, bo potem Pete raczył mnie tekstami swoich kolesi na mój temat, że "jakim cudem taka laska z tobą?", "ja to na twoim miejscu zamiast stać i gadać z nami wziąłbym ją za rękę i stąd poszedł" :) "skąd ty ja wytrzasnąłeś?". moje ego zostało więc ładnie połechtane, i na nic zdały się tłumaczenia, że jestem normalną, zwykłą dziewczyną... no, może lekko jeb**ętą w dekiel :D
oprócz tego chodzę lekko nieprzytomna, bo sypiam po 3 godziny w nocy, i potem jeśli mam farta 3 godziny w dzień. dobra droga, żeby się wykończyć... i jaka przyjemna :)
mieliśmy też pierwsze małe spięcie, nieporozumienie czy jak tam zwał... był u mnie do późna w poniedziałek, no i wszystko ładnie, pięknie... we wtorek oboje poszliśmy do pracy na nadgodziny, z tym, że ja zaczynam pracę dużo wcześniej. aha, kilka dni wcześniej jedna z menadżerek złapała nas na ukradkowym buziaku na sklepie i zrobiła nam, a w zasadzie mi, awanturę i podkablowała do mojej menadżerki, suka zasrana! sorry za łacinę, ale nienawidzę szmaty, bo cały czas mi patrzy na ręce i szuka dziury w całym... w każdym razie przyszedł do pracy, widziałam go z daleka na sklepie, gdy gadałam z jednym z naszych sklepowych dziadków, Pete zrobił taki gest palcami, wskazujący na oczy, że mnie widzi, albo obserwuje i poszedł. zawsze jak idę na zaplecze to się witamy, dajemy sobie buzi i jest fajnie, a tym razem tylko przeszedł koło mnie, ani uśmiechu, ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę. potem przeszedł koło mnie drugi raz i to samo, no to mnie wścieklizna wzięła, strzeliłam focha, i sobie poszłam. humor spieprzony na amen. każdy się mnie pytał co się stało... Pete pojechał vanem, i potem wysłał mi smsa, że to była taka mała gra, że zrobił to żeby sprawdzić moją reakcję, i sprawdzić czy może mi ufać! no szczęka mi opadła, bo nic głupszego już chyba nie mógł wymyślić... a jak zobaczyłam słowo "gra" to już mnie krew zalała... no to mu odpisałam, że już był kiedyś taki co sobie urządzał ze mną gierki, a potem kopnął mnie w dupsko tak, że na samą myśl pamiętam jak to boli... i że nikt już więcej nie będzie się bawił i grał z moim uczuciami, i że jak potrzebuje dodatkowych albo tego typu emocji to może powinien... bla bla bla... byłam w szoku, bo wrócił do sklepu w ciągu 5 minut, gnał ponoć na łeb na szyję (dobrze, że był niedaleko) i wziął mnie na rozmowę. wyjaśniliśmy sobie co i jak, przyznał, że to było głupie i przeprosił, a ja przeprosiłam za zbyt agresywną reakcję. jak już pojechałam do domu dostałam smsa, jak bardzo mu na mnie zależy, jaka jestem ważna, i że w zasadzie to tylko kwestia czasu, żeby mi powiedział co do mnie czuje :)
z ciekawostek... ponieważ cały czas się poznajemy dowiedziałam się co nieco...
zdziwiłam się na przykład, że jest katolikiem! :) nie, żeby jakimś tam nie wiadomo jak praktykującym, tylko chodzi o to, że w tym kraju większość to z tego co wiem protestanci... więc ogólnie pozytywnie...
poza tym zawsze jak ykhm... się przytulamy, to ktoś z współlokatorów jest w domu, i trzeba być cicho, bo łóżko trzeszczy, albo ogólnie, nie wydawać pewnych dźwięków. no i jest to nieco irytujące... i Pete stwierdził, że może kiedyś będziemy mięli swój własny domek i będziemy w nim mogli robić co nam się żywnie podoba :D
to będzie teraz strasznie głupie co powiem. znam chłopa niecałe 5 miesięcy, a mam przeczucie, że wyjdę za niego za mąż, i ten domek to chyba będzie prędzej czy później... śmieszna sytuacja, bo zawsze jest u mnie jak biorę tabletkę, to się go spytałam, czy przychodzi o tej porze, żeby sprawdzić, czy biorę (hehe), a on na to, że może któregoś dnia powie mi, żebym już więcej nie brała!!! lol :D
no i powoli piłujemy temat prezentów świątecznych. mnie jest o tyle ciężko, że ja zarabiam dużo mniej niż on, i co do pewnych rzeczy to on ma spore wymagania, i jest dość wybredny. wymyśliliśmy, że pójdziemy razem łazić po sklepach i każde z nas pokaże drugiemu 5 rzeczy, które nam się podobają, i kupimy sobie nawzajem po jednej z nich, czyli że będziemy wiedzieć co dostaniemy, ale nie do końca. dzisiaj oglądałam dżinsy, a on do mnie, że może właśnie mi dżinsy kupi. tylko przeraziłam się z lekka jak się dowiedziałam, z jakiego sklepu i ile mógłby za nie zapłacić, bo najdroższy ciuch jaki sobie kupiłam w życiu był chyba o połowę tańszy... mówię mu cały czas, żeby mnie przestał rozpuszczać jak dziadowski bicz, ale nie działa - żarcie w restauracjach, wszędzie on płaci, sukcesem ostatnio było, jak pozwolił mi zapłacić za kawę w Starbucksie. i aż się boję jakie 5 rzeczy on sobie wymyśli na święta, bo już nie wspomnę, że 10 grudnia ma urodziny, więc czuję, że popłynę, choć ogólnie pomysł na prezent już mam :)
no i chłopczyk mój robi postępy w języku polskim, dzisiaj tylko "drożdżówka" nie chciała mu przejść przez gardło :) oprócz pojedynczych słów potrafi kilka pełnych zwrotów, na przykład "cześć kochanie, pięknie wyglądasz, przytul mnie teraz i daj buzi" :) a jak się wstawiłam no moich urodzinach to nauczyłam go (głupia!) "zrób mi laskę"... hehe, i mam teraz ubaw, bo odpowiadam mu jego ulubionym słowem, czyli "spierd**aj" :) jak dzieci normalnie...
jeszcze trochę ścinek z jego smsów, ale nie będę się silić na ich tłumaczenie, bo piszę je przede wszytskim ku mej pamięci:
"you are amazing and I love being with you"
"I hope we have future, together, I really do dream and think about us, it makes me happy"
"you are my beautiful girlfriend"
"you mean everything to me and I feel protective and jealous of anyone who goes for you, you are my princess"
"I am happy cause everyday I feel so lucky you are my girlfriend"
"you have me for as long as you need me, you have my heart. you really have made me go all soft over you"
"you make me so happy and feel loved"
"you have a boyfriend who adores being with you and cares a lot for you"
"I deeply have mental feelings for you, I can't resist"
"my brain is going overtime cause you are amazing, lucky I have a pacemaker cause I would probably go insane"
"you have my heart and it's wanting you so bad!"
"I have seriously fallen for you, you are incredible"
dobra starczy tego słodzenia! matko, nawet nie wiedziałam, że tyle tego! chyba już nikt dzisiaj nie będzie musiał słodzić kawy, żeby się nie zrzy*ać! :D
a żeby nie było za pięknie, to Peter dostał jakiś podejrzany list od swojego lekarza, że po świętach ma się stawić w szpitalu. no i chodzimy trochę obsrani, bo rak to przecież nie katar...
czwartek, 12 listopada 2009
no i wróciła moja ptaszynka w końcu :) w jednym kawałku, z lekko opalonymi na różowo rękoma, ale ogólnie nadal blada jak ściana, co właściwie przy raku skóry jest wskazane...
zacznę trochę od dupy strony - od tego co mi przywiózł, bo z jakiejś przyczyny, to zawsze jedna z pierwszych rzeczy, o które ludzie mnie pytają - dostałam pięknego misia koalę, koszulkę też z koalami i perfumy D&G.
ale najważniejsze, że mój robaczek wrócił :) miałam 4 wolne dni z tejże okazji, i prawie że się nie rozstawaliśmy. dziś jest pierwszy dzień, kiedy ogółem widziałam go nie więcej niż 10 minut.
co się działo? chyba nie trudno się domyślić, że nie możemy się od siebie odkleić... więc to akurat było trochę absorbujące.
Pitol miał kontrolę u lekarza, wyniki na początku przyszłego tygodnia, mam nadzieję, że te jego zarumienienie na australijskim słońcu nie będzie miało złego wpływu na jego chorobę... w każdym razie okazało się, że jego GP to Polak. więc Pitol do niego szarmancko "my sort of girlfriend is Polish too" (moja jakby dziewczyna jest Polką). za to "sort of" ("jakby") myślałam, że mu jajka urwę hehe :P w każdym razie poinformował pana doktora, że będzie się mną opiekował - jakby pana doktora Polaka co najmniej obchodziła jedna z ponad 20 milionów Polek na świecie :D
no i sprawa "sort of" została załatwiona, już nie jestem sort of - kurdę, awans normalnie :D
przetestowałam go na pierwszym polskim żarciu - zaczynam ostrożnie, bo bigosem to mogłabym go chyba łatwo przegonić :) zrobiłam więc mielone... :) zjadł, nie narzekał :) ogólnie to był w szoku, bo twierdzi, że nikt nigdy dla niego nic nie ugotował (pomijając rodzinę oczywiście). jakież było jego zdziwienie jak upiekłam mu sernik! :) z polewą krówkową mmm... zanim go jeszcze spróbował a już wiedział, że upiekłam, napisał mi smsa, że jeśli ten sernik będzie pyszny to się ze mną ożeni! :D powiedziałam, że trzymam go za słowo, ale chyba się przestraszył, bo powiedział tylko, że jest "nice". a sernik wyszedł całkiem niezły, i P. wszystkim się tym chwalił, więc musiał mu smakować :)
a, no i poinformował mnie, że zamierza zrobić sobie kolejny tatuaż... ósmy już?? czy dziewiąty? straciłam rachubę! pytam co, mówi, że anioła, bo nad nim czuwa. pytam gdzie? na przedramieniu, no to już mi się pomysł przestał podobać. ogólnie nie uznaję tatuaży, których nie można swobodnie zakryć w podkoszulku i spodenkach. no ale co ja mogę. zrobił. przyszedł. i zanim jeszcze mi go pokazał, zrobił taką śmieszną smutną minkę i znając moje podejście spytał, czy ma wyjść. słodziak! a tatuaż bardzo ładny muszę przyznać, tylko że ma bez kitu całe przedramię wytatuowane... :( co ja mam do tych facetów z tatuażami, ech... sama nie mam żadnego, może powinnam sobie zrobić??
większość czasu, którego nie spędzaliśmy poza domem siedzieliśmy (leżeliśmy :)) u mnie. a wczoraj spytał, czy jedziemy do niego. no czemu nie?! mieszka z rodzicami, no ale co się dziwić, jest ode mnie w sumie ponad 3 lata młodszy... wchodzimy, a tam... mama, tata, nawet siostra ze swoim chłopakiem, chociaż już z nimi nie mieszka. przywitałam się, i Piter kazał mi iść do jego sypialni, żeby mnie jego mama nie zagadywała. chyba nie chodzi o to, że mnie się wstydzi, bo by mnie nie wziął do domu, jak są w nim wszyscy, nie?? no chyba, że mama faktycznie taka gaduła :) siedzę sobie na jego łóżku w sypialni, Piter na dole w kuchni, drzwi się otwierają, a to jego mama przyniosła mi herbatkę... do łóżka mogłabym rzec... hehe, się zawstydziłam normalnie. no, ale źle chyba nie było, bo Pitol powiedział, że jego mama mnie polubiła, a jego tata na odchodne powiedział do mnie po polsku "do widzenia" :) no a dziś dostałam smsa "no, to poznałaś moich rodziców i siostrę. to dopiero początek" :D
gadałam sobie z moją mamą przez telefon. ona zawsze była i jest bardzo dyskretna, i nigdy nie zadaje niewygodnych pytań. szczęka mi prawie opadła jak zapytała, czy ja z Piterem to tak tylko buzi buzi, czy coś więcej już też :) hehe, ubaw po pachy :D
no, a ja powolutku zaczynam płacić cenę za uczenie mojej rybki jakże trudnego polskiego języka. leżymy sobie wczoraj... po deserze :D... a moje kochanie do mnie ni z gruchy ni z pietruchy wypluło z siebie szarmanckie "spierdalaj" :D ech, jakie to słodkie... a romantyczne jakie?? ahahaha... grunt, że chce się uczyć :)
a, i takie moje ulubione wycinki z smsów:
"I want to see you even for 5 min cause not seeing you for 5 weeks was so hard"
"i miss you already, how sad am i?" (5 min po wyjsciu ode mni)
"hope u like me enough not to bother cause I need my princess" (po zrobieniu tatuażu)
"everyday I like you more"
"my bed smells of you :)"
zacznę trochę od dupy strony - od tego co mi przywiózł, bo z jakiejś przyczyny, to zawsze jedna z pierwszych rzeczy, o które ludzie mnie pytają - dostałam pięknego misia koalę, koszulkę też z koalami i perfumy D&G.
ale najważniejsze, że mój robaczek wrócił :) miałam 4 wolne dni z tejże okazji, i prawie że się nie rozstawaliśmy. dziś jest pierwszy dzień, kiedy ogółem widziałam go nie więcej niż 10 minut.
co się działo? chyba nie trudno się domyślić, że nie możemy się od siebie odkleić... więc to akurat było trochę absorbujące.
Pitol miał kontrolę u lekarza, wyniki na początku przyszłego tygodnia, mam nadzieję, że te jego zarumienienie na australijskim słońcu nie będzie miało złego wpływu na jego chorobę... w każdym razie okazało się, że jego GP to Polak. więc Pitol do niego szarmancko "my sort of girlfriend is Polish too" (moja jakby dziewczyna jest Polką). za to "sort of" ("jakby") myślałam, że mu jajka urwę hehe :P w każdym razie poinformował pana doktora, że będzie się mną opiekował - jakby pana doktora Polaka co najmniej obchodziła jedna z ponad 20 milionów Polek na świecie :D
no i sprawa "sort of" została załatwiona, już nie jestem sort of - kurdę, awans normalnie :D
przetestowałam go na pierwszym polskim żarciu - zaczynam ostrożnie, bo bigosem to mogłabym go chyba łatwo przegonić :) zrobiłam więc mielone... :) zjadł, nie narzekał :) ogólnie to był w szoku, bo twierdzi, że nikt nigdy dla niego nic nie ugotował (pomijając rodzinę oczywiście). jakież było jego zdziwienie jak upiekłam mu sernik! :) z polewą krówkową mmm... zanim go jeszcze spróbował a już wiedział, że upiekłam, napisał mi smsa, że jeśli ten sernik będzie pyszny to się ze mną ożeni! :D powiedziałam, że trzymam go za słowo, ale chyba się przestraszył, bo powiedział tylko, że jest "nice". a sernik wyszedł całkiem niezły, i P. wszystkim się tym chwalił, więc musiał mu smakować :)
a, no i poinformował mnie, że zamierza zrobić sobie kolejny tatuaż... ósmy już?? czy dziewiąty?
większość czasu, którego nie spędzaliśmy poza domem siedzieliśmy (leżeliśmy :)) u mnie. a wczoraj spytał, czy jedziemy do niego. no czemu nie?! mieszka z rodzicami, no ale co się dziwić, jest ode mnie w sumie ponad 3 lata młodszy... wchodzimy, a tam... mama, tata, nawet siostra ze swoim chłopakiem, chociaż już z nimi nie mieszka. przywitałam się, i Piter kazał mi iść do jego sypialni, żeby mnie jego mama nie zagadywała. chyba nie chodzi o to, że mnie się wstydzi, bo by mnie nie wziął do domu, jak są w nim wszyscy, nie?? no chyba, że mama faktycznie taka gaduła :) siedzę sobie na jego łóżku w sypialni, Piter na dole w kuchni, drzwi się otwierają, a to jego mama przyniosła mi herbatkę... do łóżka mogłabym rzec... hehe, się zawstydziłam normalnie. no, ale źle chyba nie było, bo Pitol powiedział, że jego mama mnie polubiła, a jego tata na odchodne powiedział do mnie po polsku "do widzenia" :) no a dziś dostałam smsa "no, to poznałaś moich rodziców i siostrę. to dopiero początek" :D
gadałam sobie z moją mamą przez telefon. ona zawsze była i jest bardzo dyskretna, i nigdy nie zadaje niewygodnych pytań. szczęka mi prawie opadła jak zapytała, czy ja z Piterem to tak tylko buzi buzi, czy coś więcej już też :) hehe, ubaw po pachy :D
no, a ja powolutku zaczynam płacić cenę za uczenie mojej rybki jakże trudnego polskiego języka. leżymy sobie wczoraj... po deserze :D... a moje kochanie do mnie ni z gruchy ni z pietruchy wypluło z siebie szarmanckie "spierdalaj" :D ech, jakie to słodkie... a romantyczne jakie?? ahahaha... grunt, że chce się uczyć :)
a, i takie moje ulubione wycinki z smsów:
"I want to see you even for 5 min cause not seeing you for 5 weeks was so hard"
"i miss you already, how sad am i?" (5 min po wyjsciu ode mni)
"hope u like me enough not to bother cause I need my princess" (po zrobieniu tatuażu)
"everyday I like you more"
"my bed smells of you :)"
niedziela, 8 listopada 2009
sobota, 7 listopada 2009
no! to telepawka była, a raczej fqrf na maksa - myślałam, że komuś dzisiaj w pracy normalnie jebnę!! klienci już zajoba dostają (sorry, nie da się tego napisać ładną, poprawną polszczyzną bez bluzgów!). powinno się wydawać prawo jazdy na wózki sklepowe, jestem cała w siniakach, bo debile non stop mnie nimi uderzają. choć to może dlatego, że jak stwierdziła jedna babka u nas w pracy - oni nas nie widzą, bo my jesteśmy tylko "meblami"! jak bardzo trzeba być zapatrzonym w te zasrane półki, żeby nie widzieć, że wjeżdża się komuś wózkiem w dupę?? (w moim przypadku najczęściej dostaję w biodro). a już nie mogę patrzeć na te dzieci wsadzone w wózek, z wielkim zielonym gilem zwisającym z nosa, bo mamusia właśnie zastanawia się czy kupić long grain rice albo może kurwa basmati?!! i pomyśleć, że jeszcze 2 miesiące czegoś takiego mnie czeka, tzn. będzie jeszcze gorzej. chyba muszę zacząć brać jakieś leki uspokajające do pracy :(
no a tym czasem troszkę się podenerwowałam, bo Pitol nie odzywał się od czwartku od godz. 23ej. tzn. wiedziałam, że będzie leciał wiele wiele godzin, ale zawsze to jakoś dziwnie. aż w końcu o 11ej czasu tutejszego obwieścił światu, że zlądował :) mój telefon znowu ożył, smsy lecą aż miło :) biedactwo, dla niego w tej chwili jest 6 rano w niedzielę, więc pada na ryjek, a ja go zmuszam, żeby jeszcze nie spał, bo musi się od nowa przyzwyczaić do tej strefy czasowej. jeszcze nie wiem czy go zobaczę jutro (jak nie to się wścieknę chyba). właśnie czekam aż odpisze na smsa, ale wygląda na to, że zasnął z telefonem w ręku, bo coś za długo mu to idzie...
z przygód samotnej kobiety-kierowcy - wysiadam dziś z auta, patrzę, a jedna opona już cienka prawie jak niteczka. no to dawaj w te pędy na stację benzynową. no to komedia była, zanim wyczaiłam co zrobić, żeby dopompować powietrze zamiast spuszczać :) hehe. żenada!! :D
a tak ku pamięci, kilka tekstów Petera, od których aż mi kolanka miękną, już nie wspomnę że herbaty nie muszę słodzić. takie słodkie są :P
"I am taken or wanting to be"
"I don't want anyone to have you except me..." (egoista hehe)
"I want you and noone to take you away from me"
:D
no a tym czasem troszkę się podenerwowałam, bo Pitol nie odzywał się od czwartku od godz. 23ej. tzn. wiedziałam, że będzie leciał wiele wiele godzin, ale zawsze to jakoś dziwnie. aż w końcu o 11ej czasu tutejszego obwieścił światu, że zlądował :) mój telefon znowu ożył, smsy lecą aż miło :) biedactwo, dla niego w tej chwili jest 6 rano w niedzielę, więc pada na ryjek, a ja go zmuszam, żeby jeszcze nie spał, bo musi się od nowa przyzwyczaić do tej strefy czasowej. jeszcze nie wiem czy go zobaczę jutro (jak nie to się wścieknę chyba). właśnie czekam aż odpisze na smsa, ale wygląda na to, że zasnął z telefonem w ręku, bo coś za długo mu to idzie...
z przygód samotnej kobiety-kierowcy - wysiadam dziś z auta, patrzę, a jedna opona już cienka prawie jak niteczka. no to dawaj w te pędy na stację benzynową. no to komedia była, zanim wyczaiłam co zrobić, żeby dopompować powietrze zamiast spuszczać :) hehe. żenada!! :D
a tak ku pamięci, kilka tekstów Petera, od których aż mi kolanka miękną, już nie wspomnę że herbaty nie muszę słodzić. takie słodkie są :P
"I am taken or wanting to be"
"I don't want anyone to have you except me..." (egoista hehe)
"I want you and noone to take you away from me"
:D
piątek, 6 listopada 2009
no to chyba czas na małe podsumowanie.
39 dni... tyle właśnie nie widziałam Pitera. kurczę, teraz to brzmi nawet fajnie. gorzej było, jak tyle dni było przede mną! za nami setki wiadomości, dosłownie... chwała Ci panie za facebooka - to była w zasadzie jedyna możliwość naszego codziennego kontaktu. i faktycznie było tak, że ten kontakt był codziennie :D
już leci z powrotem :) nastą godzinę z rzędu. będzie jutro, ale z tego co wiem nie damy się rady zobaczyć :( za to w niedzielę... aż mam przyspieszone tętno jak sobie pomyślę, że w końcu go wyściskam. stęskniłam się strasznie. on mówi, że też, najbardziej podobało mi się, jak napisał "i'm dying to see u" (dosł. umieram żeby Cię zobaczyć hehe, czyli po polsku "nie mogę się doczekać aż cię zobaczę" :))
w ogóle w trakcie całej naszej rozłąki pisał takie strasznie kochane rzeczy, że tęskni, że nie może sie doczekać jak mnie przytuli, że mnie pragnie, że myśli o mnie, że jest cały mój itd itp. aż to wszystko podejrzanie piękne... tylko patrzeć jak jebnie jakiś grom z jasnego nieba.
tzn. już jebnął, ale na nieco innym polu - mówią, że jak ktoś ma szczęście w miłości, to nie ma szczęścia w kartach... no to ja właśnie wydałam 250 funtów na naprawę auta, które nie było nawet jako tako zepsute, tylko coś tam w nim buczało... wydałam fortunę (jak dla mnie) a auto buczy nadal, bo mechanik naprawił to, o uważał za pilniejsze... idź pan w chuj, zęby w ścianę i poszli dalej... weź tu bądź mądry i próbuj oszczędzać... a tu moje urodziny w drodze, Pitera też zresztą (co ja mu kupię???? przecież tak mało go jeszcze znam...), o świętach wolę nawet nie myśleć...
Ex już sobie wije gniazdko ze swoją szczęśliwą rodzinką hehe. wiem, bo do mnie dzwonił dzień przed wyjazdem po nich. dzwonił, bo przyszedł do mnie do domu, ale mnie nie zastał, a czuł się niepewny, i w ogóle do dupy i stwierdził, że tylko ja go mogę teraz zrozumieć!!! lol. a potem jeszcze napisał smsa, że to jego ostatnia noc, jako tzw. kawalera (!!!!), bla bla bla i na koniec "kocham cię... jeszcze :(". nóż się w kieszeni otwiera. jakieś głupkowate teksty, a w łóżku inna baba... matko, telenowela argentyńska jak się patrzeć!!
no, to idę zaraz spać, bo im szybciej się położę, tym szybciej będzie jutro, a jutro to już chyba będę miała telepawkę z niecierpliwości i podekscytowania...
yupi!!! :D
39 dni... tyle właśnie nie widziałam Pitera. kurczę, teraz to brzmi nawet fajnie. gorzej było, jak tyle dni było przede mną! za nami setki wiadomości, dosłownie... chwała Ci panie za facebooka - to była w zasadzie jedyna możliwość naszego codziennego kontaktu. i faktycznie było tak, że ten kontakt był codziennie :D
już leci z powrotem :) nastą godzinę z rzędu. będzie jutro, ale z tego co wiem nie damy się rady zobaczyć :( za to w niedzielę... aż mam przyspieszone tętno jak sobie pomyślę, że w końcu go wyściskam. stęskniłam się strasznie. on mówi, że też, najbardziej podobało mi się, jak napisał "i'm dying to see u" (dosł. umieram żeby Cię zobaczyć hehe, czyli po polsku "nie mogę się doczekać aż cię zobaczę" :))
w ogóle w trakcie całej naszej rozłąki pisał takie strasznie kochane rzeczy, że tęskni, że nie może sie doczekać jak mnie przytuli, że mnie pragnie, że myśli o mnie, że jest cały mój itd itp. aż to wszystko podejrzanie piękne... tylko patrzeć jak jebnie jakiś grom z jasnego nieba.
tzn. już jebnął, ale na nieco innym polu - mówią, że jak ktoś ma szczęście w miłości, to nie ma szczęścia w kartach... no to ja właśnie wydałam 250 funtów na naprawę auta, które nie było nawet jako tako zepsute, tylko coś tam w nim buczało... wydałam fortunę (jak dla mnie) a auto buczy nadal, bo mechanik naprawił to, o uważał za pilniejsze... idź pan w chuj, zęby w ścianę i poszli dalej... weź tu bądź mądry i próbuj oszczędzać... a tu moje urodziny w drodze, Pitera też zresztą (co ja mu kupię???? przecież tak mało go jeszcze znam...), o świętach wolę nawet nie myśleć...
Ex już sobie wije gniazdko ze swoją szczęśliwą rodzinką hehe. wiem, bo do mnie dzwonił dzień przed wyjazdem po nich. dzwonił, bo przyszedł do mnie do domu, ale mnie nie zastał, a czuł się niepewny, i w ogóle do dupy i stwierdził, że tylko ja go mogę teraz zrozumieć!!! lol. a potem jeszcze napisał smsa, że to jego ostatnia noc, jako tzw. kawalera (!!!!), bla bla bla i na koniec "kocham cię... jeszcze :(". nóż się w kieszeni otwiera. jakieś głupkowate teksty, a w łóżku inna baba... matko, telenowela argentyńska jak się patrzeć!!
no, to idę zaraz spać, bo im szybciej się położę, tym szybciej będzie jutro, a jutro to już chyba będę miała telepawkę z niecierpliwości i podekscytowania...
yupi!!! :D
sobota, 31 października 2009
nakupowałam w cholerę prezentów, ubrań i słodyczy dla moich siostrzeńców, oprócz tego wyjęłam wszystko swoje co mam do zabrania i... złapałam się za głowę - jadę na tydzień, a dwie walizki to za mało!! no i tak położyłam całą tą klamociarnię na tych walizkach i stwierdziłam, że muszę to jakoś przemyśleć...
a tymczasem, tak jak obiecał, zajechał pod me okno mój książę na czarnym rumaku i pojechaliśmy na miasto. wziął mnie do chińskiej restauracji, i to takiej "ą ę", kelner mało nam butów nie wypucował hahaha! a potem jeszcze do pubu na piwko. siedzieliśmy sobie na kanapie, wtuleni i gadaliśmy... :)
przywiózł mnie do domu i wszedł na górę... pomóc mi się pakować ;) tak się zawzięcie "pakowałam", że dostałam małego ataku paniki o godz. 1.05 w nocy - za dwie godziny pobudka i wyjazd na lotnisko, a ja nadal... w dupie! tak się przejęłam, że spakowałam się w 5 minut :) i nawet nie zaspałam... :)
cały pobyt w Polsce był jakiś taki na "wariackich papierach", w cholerę rzeczy do załatwienia, wielu ludzi do spotkania, wesele... a czasu tak mało!!
z Exem śmiesznie, bo miałam wrażenie, że ze mną flirtuje. pierwszy raz w życiu zostałam mile zaskoczona przez państwowy urząd w PL. otóż miałam do odbioru paszport, a że od jakiegoś czasu chodzę zakręcona jak słoik, okazało się że zamiast pokwitowania wzięłam jakiś rachunek z firmy kurierskiej. dowód osobisty wysłałam wcześniej do DVLA, żeby zmienić adres na prawku i sobie myślę, za cholerę mi paszportu nie wydadzą. no i doznałam szoku, bo wydali!
podczas całego pobytu zmuszona niejako byłam spać u mojej siostry, z Adasiem (starszym siostrzeńcem) w jednym łóżku :) , bo mama akurat zakopała się w remoncie do tego stopnia, że podłogi zadarte były tak, że musieli beton wylewać od nowa hahaha :) trochę czasu spędziłam z dzieciakami mojej siostry, raz nawet niańczyłam dwóch sama, a to nie lada synchronizację trzeba mieć, żeby się zajmować jednocześnie dwu i siedmiolatkiem, zwłaszcza że jednego trzeba było na czas odstawić do szkoły. wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie babcia, której zachciało się wpaść na niezapowiedzianą (ugh, jak ja to kocham!) kawkę i zburzyła mi cały system, co skończyło się krzykami i nerwami w strzępach... z rodziną jednak to fajnie tylko na zdjęciu.
wesele w skrócie, bo jak bym chciała opisać je dokładnie, to musiałabym napisać książkę. odbywało się nad morzem, ale morza nawet nie zdążyłam zobaczyć... wesele o mały włos nie skończyło się rozwodem, bo pan młody na poprawinach wyznał szarmancko (po kilkunastu godzinach picia) swej nowo poślubionej małżonce, że ją zdradził rok wcześniej... co tam się działo!! głowa mała. a mówią, ze co to za wesele bez bijatyki. to na tym były dwie! pierwsza - panna młoda okładającą swego ślubnego. a druga... Ex ganiający pana ubranego w same majtki po całym ośrodku wypoczynkowym, bo się pomylił i legł po imprezie w tym samym pokoju co ja. nic nie było, bo i po co, a chłopiec dostał parę ładnych lepów! szkoda że tego nie widziałam, spanikowałam i uciekłam do innego pokoju jak zaczęła się cała akcja...
mimo tego wcześniej miałam trochę czasu, żeby pogadać sobie szczerze z Exem, wyjaśniliśmy sobie sporo rzeczy, które trzeba było wyjaśnić dawno dawno temu... powiedziałam mu o Piterze, choćby po to, żeby nie ganiał nas po całym Edinbra jak nas zobaczy razem... on z kolei mnie zabił informacją, że ściąga do siebie swojego synka, razem... z jego mamą. tzn. nie Exa tylko synka :) zabił, bo powiedział, że decyzję tą podjął w czerwcu a my - do jasnej cholery - byliśmy jeszcze wtedy razem!! miło... poza tym to nie mógł przeżyć, że spotykam się ze Szkotem, bo kiedyś tam wspomniałam, że sobie nie umiem czegoś takiego wyobrazić... no i że on jeśli miałby kogoś szukać, to szukałby kogoś na moje podobieństwo i jest w szoku, że ja zrobiłam dokładnie odwrotnie... no tak! to mu chyba powinno dać trochę do myślenia... ogólnie wniosek był taki, że zawsze możemy na siebie liczyć, i pomagać sobie jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. usłyszałam potem wprawdzie jeszcze trochę wyrzutów, sama też ich nie szczędziła, ale grunt, że mam już to za sobą :)
łącznie z weselem tego chlania było 4 dni, i tegoż właśnie ostatniego dnia nie dałam rady, zasnęłam przy stoliku w pubie... starzeję się czy co?
oczywiście przez cały tydzień miałam non stop kontakt z P., a to smsy, a to telefon, skype, net :) słodko :)
a ogólnie to chyba pierwszy raz cieszyłam się, że wracam do domu do Szkocji, choćby z myślą, że w końcu sobie odpocznę :) szkoda tylko, że Pitola już nie było... :(
a tymczasem, tak jak obiecał, zajechał pod me okno mój książę na czarnym rumaku i pojechaliśmy na miasto. wziął mnie do chińskiej restauracji, i to takiej "ą ę", kelner mało nam butów nie wypucował hahaha! a potem jeszcze do pubu na piwko. siedzieliśmy sobie na kanapie, wtuleni i gadaliśmy... :)
przywiózł mnie do domu i wszedł na górę... pomóc mi się pakować ;) tak się zawzięcie "pakowałam", że dostałam małego ataku paniki o godz. 1.05 w nocy - za dwie godziny pobudka i wyjazd na lotnisko, a ja nadal... w dupie! tak się przejęłam, że spakowałam się w 5 minut :) i nawet nie zaspałam... :)
cały pobyt w Polsce był jakiś taki na "wariackich papierach", w cholerę rzeczy do załatwienia, wielu ludzi do spotkania, wesele... a czasu tak mało!!
z Exem śmiesznie, bo miałam wrażenie, że ze mną flirtuje. pierwszy raz w życiu zostałam mile zaskoczona przez państwowy urząd w PL. otóż miałam do odbioru paszport, a że od jakiegoś czasu chodzę zakręcona jak słoik, okazało się że zamiast pokwitowania wzięłam jakiś rachunek z firmy kurierskiej. dowód osobisty wysłałam wcześniej do DVLA, żeby zmienić adres na prawku i sobie myślę, za cholerę mi paszportu nie wydadzą. no i doznałam szoku, bo wydali!
podczas całego pobytu zmuszona niejako byłam spać u mojej siostry, z Adasiem (starszym siostrzeńcem) w jednym łóżku :) , bo mama akurat zakopała się w remoncie do tego stopnia, że podłogi zadarte były tak, że musieli beton wylewać od nowa hahaha :) trochę czasu spędziłam z dzieciakami mojej siostry, raz nawet niańczyłam dwóch sama, a to nie lada synchronizację trzeba mieć, żeby się zajmować jednocześnie dwu i siedmiolatkiem, zwłaszcza że jednego trzeba było na czas odstawić do szkoły. wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie babcia, której zachciało się wpaść na niezapowiedzianą (ugh, jak ja to kocham!) kawkę i zburzyła mi cały system, co skończyło się krzykami i nerwami w strzępach... z rodziną jednak to fajnie tylko na zdjęciu.
wesele w skrócie, bo jak bym chciała opisać je dokładnie, to musiałabym napisać książkę. odbywało się nad morzem, ale morza nawet nie zdążyłam zobaczyć... wesele o mały włos nie skończyło się rozwodem, bo pan młody na poprawinach wyznał szarmancko (po kilkunastu godzinach picia) swej nowo poślubionej małżonce, że ją zdradził rok wcześniej... co tam się działo!! głowa mała. a mówią, ze co to za wesele bez bijatyki. to na tym były dwie! pierwsza - panna młoda okładającą swego ślubnego. a druga... Ex ganiający pana ubranego w same majtki po całym ośrodku wypoczynkowym, bo się pomylił i legł po imprezie w tym samym pokoju co ja. nic nie było, bo i po co, a chłopiec dostał parę ładnych lepów! szkoda że tego nie widziałam, spanikowałam i uciekłam do innego pokoju jak zaczęła się cała akcja...
mimo tego wcześniej miałam trochę czasu, żeby pogadać sobie szczerze z Exem, wyjaśniliśmy sobie sporo rzeczy, które trzeba było wyjaśnić dawno dawno temu... powiedziałam mu o Piterze, choćby po to, żeby nie ganiał nas po całym Edinbra jak nas zobaczy razem... on z kolei mnie zabił informacją, że ściąga do siebie swojego synka, razem... z jego mamą. tzn. nie Exa tylko synka :) zabił, bo powiedział, że decyzję tą podjął w czerwcu a my - do jasnej cholery - byliśmy jeszcze wtedy razem!! miło... poza tym to nie mógł przeżyć, że spotykam się ze Szkotem, bo kiedyś tam wspomniałam, że sobie nie umiem czegoś takiego wyobrazić... no i że on jeśli miałby kogoś szukać, to szukałby kogoś na moje podobieństwo i jest w szoku, że ja zrobiłam dokładnie odwrotnie... no tak! to mu chyba powinno dać trochę do myślenia... ogólnie wniosek był taki, że zawsze możemy na siebie liczyć, i pomagać sobie jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. usłyszałam potem wprawdzie jeszcze trochę wyrzutów, sama też ich nie szczędziła, ale grunt, że mam już to za sobą :)
łącznie z weselem tego chlania było 4 dni, i tegoż właśnie ostatniego dnia nie dałam rady, zasnęłam przy stoliku w pubie... starzeję się czy co?
oczywiście przez cały tydzień miałam non stop kontakt z P., a to smsy, a to telefon, skype, net :) słodko :)
a ogólnie to chyba pierwszy raz cieszyłam się, że wracam do domu do Szkocji, choćby z myślą, że w końcu sobie odpocznę :) szkoda tylko, że Pitola już nie było... :(
poniedziałek, 26 października 2009
wieczorem w sobotę przyszła do mnie Ryśka (razem pracujemy) i szykowałyśmy się razem na te balety. ale tak na trzeźwo to nie można, więc popijałyśmy sobie przy tym drineczki :) niestety do czasu kiedy byłyśmy gotowe, po wypiciu "szalonych" dwóch drinków, Ryśka mi się ładnie zrobiła, i już wiedziałam, że będą kłopoty...
ogólnie plan był taki, że wszyscy mamy się spotkać w barze na mieście i stamtąd mamy iść na balety. zadzwonił do nas jednak Gav (kierowca od nas), żebyśmy przyjechali do niego, i od niego pojechali na imprezę. nie bardzo chciałam, bo wiedziałam, że jak już siądziemy u niego na dupie, to będzie nam się ciężko wybrać. po długich namowach i naradach telefonicznych pojechałyśmy. Peter nie mógł przeżyć tego, jak wyglądam. powiedział, że tak jak przypuszczał powinien był spisać testament przed wyjściem, bo zaraz dostanie ataku serca :) no fakt, odstrzeliłam się jak stróż w boże ciało :) wtedy jeszcze mogłam, bo byłam chuda jak patyk, nie to co teraz hehe... :)
co dalej działo się u Gava opiszę w dużym skrócie, bo na samo wspomnienie szlag mnie trafia. Ryśka nawaliła się jak szpadel i dawała czadu, wszyscy wymieniali między sobą znaczące spojrzenia. ale co najlepsze Ryśka stwierdziła, że TO JA narobiłam wiochy, bo cały czas "wisiałam na Peterze", a to u kogoś tak nie wypada, no i że wszyscy mnie obgadują, że niby jak to ja się zachowuję. no i spieprzyła mi dziewczyna wieczór. boże, jakie to było przewidywalne! wyjaśnianie całej sytuacji trochę trwało, i tak jak przypuszczałam wszyscy gadali - owszem, ale o jej zachowaniu. z nią to tak zawsze, chora jest jak to nie ona jest w centrum zainteresowania i na głowie stanie, żeby w nim być. no i to jej się akurat udało. w końcu zaczęliśmy zbierać się na miasto, było już po 11ej, a dla informacji tych, co nie wiedzą, w UK wszystkie balety kończą się o 3 w nocy. miałam już trochę w trąbce jak dotarłam do lokalu koło północy. wiele czasu na tańce nam nie zostało...
tam powiedziałam do Petera coś w stylu, że jest ktoś kogo chciałabym dziś wziąć do siebie do domu, i czy myśli, że ten ktoś pójdzie? powiedział, że oczywiście że ten ktoś pójdzie :D
bardzo nie chciałam "mocno się zrobić" ze względu na mój plan, ale gdy zaplątałam się przypadkiem koło baru Gav odwrócił się do mnie, wsadził w rękę dwa kieliszki z czymś czerwonym (sambuka??) i krzyknął "pij!". niewiele myśląc wypiłam. a zaraz po tym dostałam dwie szklanki z wódką z sokiem. i co?? i też wypiłam! :( i to było koniec... podpierając się na ramieniu Petera musiałam wyjść na zewnątrz do palarni, na świeże powietrze :) nie wiem ile tam byłam, ale w poniedziałek okazało się, że tam po raz pierwszy tego wieczoru widziałam się z Emilcią i Johnem a totalnie tego nie pamiętam! a dałabym sobie rękę uciąć, że ich tam tego wieczoru w ogóle nie było... no i byłabym teraz bez ręki! :)
próbowałam potem nawet trochę tańczyć, ale nie wiem jak to musiało wyglądać, bo ledwo stalam na nogach... dodam, że łatwo nie było, bo miałam 10cm szpilki!! koło drugiej w nocy Peter spytał czy idziemy. więc poszliśmy spacerkiem do mnie - mieszkam jakieś 15 minut drogi stamtąd - czas mierzony w szpilkach :D. i dobrze mi ten spacerek zrobił, bo troszkę przetrzeźwiałam. troszkę, bo tak totalnie wszystkiego nie pamiętam z tego co się działo potem. pamiętam, że było fajnie :) i pamiętam, że strasznie się cieszyłam, że jak "po wszystkim" zapytałam Petera czy idzie do domu czy woli zostać i spać u mnie, powiedział że zostaje :)
strasznie fajnie było się koło niego obudzić. tzn. mnie, jemu mogło nie być aż tak zajebiście, zważając na mój stan nocy poprzedniego wieczora nie mogłam wyglądać zbyt imponująco. ale o dziwo nie uciekł :) nawet siedział u mnie do 17ej, a potem co?? potem poleciał kopać piłkę... eh...
a żeby nie było za pięknie i kolorowo, to w środę miał zacząć się mój zaplanowany już dawno wyjazd do Polski na wesele, na tydzień, z Exem. tzn nie tydzień z Exem, ale wesele. niestety we wtorek, dzień przed moim powrotem Peter też miał wyjeżdżać na wesele... do Australii... na miesiąc!! :( czyli rozłąka na 5 tygodni. 39 dni, taki pierwszy test... i czas na przekonanie się, co to właściwie jest między nami.
ale najpierw mój książę z bajki obiecał, że we wtorek weźmie mnie na "pożegnalną" randkę, skoro mam w Polsce wyjść za mąż, a on ożenić się w Australii ;)
ogólnie plan był taki, że wszyscy mamy się spotkać w barze na mieście i stamtąd mamy iść na balety. zadzwonił do nas jednak Gav (kierowca od nas), żebyśmy przyjechali do niego, i od niego pojechali na imprezę. nie bardzo chciałam, bo wiedziałam, że jak już siądziemy u niego na dupie, to będzie nam się ciężko wybrać. po długich namowach i naradach telefonicznych pojechałyśmy. Peter nie mógł przeżyć tego, jak wyglądam. powiedział, że tak jak przypuszczał powinien był spisać testament przed wyjściem, bo zaraz dostanie ataku serca :) no fakt, odstrzeliłam się jak stróż w boże ciało :) wtedy jeszcze mogłam, bo byłam chuda jak patyk, nie to co teraz hehe... :)
co dalej działo się u Gava opiszę w dużym skrócie, bo na samo wspomnienie szlag mnie trafia. Ryśka nawaliła się jak szpadel i dawała czadu, wszyscy wymieniali między sobą znaczące spojrzenia. ale co najlepsze Ryśka stwierdziła, że TO JA narobiłam wiochy, bo cały czas "wisiałam na Peterze", a to u kogoś tak nie wypada, no i że wszyscy mnie obgadują, że niby jak to ja się zachowuję. no i spieprzyła mi dziewczyna wieczór. boże, jakie to było przewidywalne! wyjaśnianie całej sytuacji trochę trwało, i tak jak przypuszczałam wszyscy gadali - owszem, ale o jej zachowaniu. z nią to tak zawsze, chora jest jak to nie ona jest w centrum zainteresowania i na głowie stanie, żeby w nim być. no i to jej się akurat udało. w końcu zaczęliśmy zbierać się na miasto, było już po 11ej, a dla informacji tych, co nie wiedzą, w UK wszystkie balety kończą się o 3 w nocy. miałam już trochę w trąbce jak dotarłam do lokalu koło północy. wiele czasu na tańce nam nie zostało...
tam powiedziałam do Petera coś w stylu, że jest ktoś kogo chciałabym dziś wziąć do siebie do domu, i czy myśli, że ten ktoś pójdzie? powiedział, że oczywiście że ten ktoś pójdzie :D
bardzo nie chciałam "mocno się zrobić" ze względu na mój plan, ale gdy zaplątałam się przypadkiem koło baru Gav odwrócił się do mnie, wsadził w rękę dwa kieliszki z czymś czerwonym (sambuka??) i krzyknął "pij!". niewiele myśląc wypiłam. a zaraz po tym dostałam dwie szklanki z wódką z sokiem. i co?? i też wypiłam! :( i to było koniec... podpierając się na ramieniu Petera musiałam wyjść na zewnątrz do palarni, na świeże powietrze :) nie wiem ile tam byłam, ale w poniedziałek okazało się, że tam po raz pierwszy tego wieczoru widziałam się z Emilcią i Johnem a totalnie tego nie pamiętam! a dałabym sobie rękę uciąć, że ich tam tego wieczoru w ogóle nie było... no i byłabym teraz bez ręki! :)
próbowałam potem nawet trochę tańczyć, ale nie wiem jak to musiało wyglądać, bo ledwo stalam na nogach... dodam, że łatwo nie było, bo miałam 10cm szpilki!! koło drugiej w nocy Peter spytał czy idziemy. więc poszliśmy spacerkiem do mnie - mieszkam jakieś 15 minut drogi stamtąd - czas mierzony w szpilkach :D. i dobrze mi ten spacerek zrobił, bo troszkę przetrzeźwiałam. troszkę, bo tak totalnie wszystkiego nie pamiętam z tego co się działo potem. pamiętam, że było fajnie :) i pamiętam, że strasznie się cieszyłam, że jak "po wszystkim" zapytałam Petera czy idzie do domu czy woli zostać i spać u mnie, powiedział że zostaje :)
strasznie fajnie było się koło niego obudzić. tzn. mnie, jemu mogło nie być aż tak zajebiście, zważając na mój stan nocy poprzedniego wieczora nie mogłam wyglądać zbyt imponująco. ale o dziwo nie uciekł :) nawet siedział u mnie do 17ej, a potem co?? potem poleciał kopać piłkę... eh...
a żeby nie było za pięknie i kolorowo, to w środę miał zacząć się mój zaplanowany już dawno wyjazd do Polski na wesele, na tydzień, z Exem. tzn nie tydzień z Exem, ale wesele. niestety we wtorek, dzień przed moim powrotem Peter też miał wyjeżdżać na wesele... do Australii... na miesiąc!! :( czyli rozłąka na 5 tygodni. 39 dni, taki pierwszy test... i czas na przekonanie się, co to właściwie jest między nami.
ale najpierw mój książę z bajki obiecał, że we wtorek weźmie mnie na "pożegnalną" randkę, skoro mam w Polsce wyjść za mąż, a on ożenić się w Australii ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)