Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

środa, 25 lipca 2012

Upiekłam :D
Pierwszy drożdżowy wyrób jagodzianko-podobny i truskawkodzianko-podobny :P :D







niedziela, 15 lipca 2012

Wróciłam tydzień temu. Nie mogę się przyzwyczaić z powrotem do kieratu i wstawania o "stupid o'clock". Nie mogę się też przywyczaić do badziewiastej pogody - kto to widział, żeby w środku lipca temperatura ledwo dochodziła do 14 stopni, i to w "ciepły" dzień! Dziś na chwilę wyszło słońce, i myślałam że oślepnę, tak odzwyczajona jestem ;P

Ale wracając do wyjazdu.
Pogoda mi się dla odmiany udała, na początku było pochmurno, choć ciepło, a potem to już afrykańskie upały. Któregoś dnia pot lał mi się po tyłku, sprawdziłam temperaturę - było 37 stopni w cieniu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Długo nie myśląc wskoczyłam do jeziora - bosz, nie było mi dane pływać od kilku lat - zawsze przywoziłam ze sobą kijową pogodę. Ogólnie to czas mijał na siedzeniu na dworze, opiece nad siostrzeńcami (zaczęły się wakacje a moje siostra jak zawsze obudziła się z ręką w nocniku i bez opiekunki do dzieci), gotowaniem obiadków, obżeraniem się truskawkami i czereśniami. Siostrzeńców mam super - szkoda że nie mam możliwości ich częściej widywać :(
Żeby nie było, że tylko siedziałam na wiosce - bujnęłam się też do miasta na łikend. I dziwny to był wyjazd. Zdzwiwłam się ile osób wystawiło mnie do wiatru w taki lub inny sposób - ale nie ma tego złego - płynie z tego nauka na przyszłość - więcej nie będę się nikomu anonsować, ani prosić o spotkanie, ogłoszę co najwyżej wszem i wobec, że będę, żeby nie było, że w ostatniej chwili ktoś mówi, że się ze mną nie spotka, bo będzie odsypiać kaca, albo jednak mnie nie przenocuje, bo coś tam... Nie to nie, ja się prosić (już) nie będę. Łaski nikt mi nie będzie wiecej robił. Bardzo chwaliłam sobie drugą noc pobytu, w hotelu - i bez poczucia, że komuś przeszkadzam, choć sami zapraszali. Hotel za cenę jaką swego czasu zapłaciłam za nocleg w Newcastle, ale jakość pobytu nieporównywalnie lepsza!

Miałam okazję zobaczyć wielki kontrast jak to ludziom się w Polandzie teraz żyje - jednego wieczora pewna koleżanka prawie płakała spinając kupkę niezapłaconych rachunków i mówiąc, że jej mama ma prawdopodobnie raka, drugiego wieczora bardzo przyjemny wieczorek z kuzynem, który jest najmłodszym w Polsce (albo jednym z najmłodszych) trzecim oficerem na statku, którego miesięczne zarobki przyprawiły mnie o rumieniec i małe ukłucie zazdrości - ale nic to, zasłużył sobie. Także dwie skrajności, i taka jest chyba dzisiejsza Polska.
Bardzo też zaciekawiła mnie ilość nowych projektów w mieście, co krok coś się buduje, albo otwiera nowego - galerie handlowe dużo lepsze niż u mnie, trochę nowszych lokali, jak na przkład Seta i Galareta :P
Poza tym nażarłam się niewyobrażalną ilość kebabów i obkupiłam dość konkretnie - ceny w Polsce takie, że ja nie wiem jak ludzie tam żyją :P
Ogólnie wrażenia pozytywne.

Jedną osobą, która jak zawsze mnie nie zawiodła, była moja A. Też ma nie za ciekawie, ale znalazła czas, żeby ze mną usiąść i pogadać, jak za starych dobrych czasów.
Miałam też dwie wizyty u notariusza - w końcu pozbyliśmy się kłopotu jakim były długi i chałupa po ojcu, wujku i babci (więc i pare groszy mi wpadło do kieszeni), no i musiałam siostrze dać kolejne pełnomocnictwo, bo znowu komuś w dalszej rodzinie się zmarło (nawet nie wiedziałam o istnieniu tej cioci-babci), i będzie znowu jakaś sprawa spadkowa.
Jak zawsze pobyt częściowo zapaskudziła babciunia moja, swoją upierdliwością jak zawsze doprowadzała mnie i moją rodzinkę do szewskiej pasji - to tak w ramach równowagi, żeby za słitaśnie nie było. Między innymi pytała, kiedy będzie oficjalne przywitanie (to ja już muszę się we własnym domu "oficjalnie" witać i żegnać), chciała mi kupić pamiątkę (a co ja tam sakrament pierwszej komunii przyjmowałam, czy co? ile można tłumaczyć, że biżuterii nie noszę i nie znoszę?!). No i kupiła mi... kołdrę (!!!) i pytała kiedy ją zabiorę - nie przetłumaczysz babsku, że mogę jedną sztukę bagażu limitowanego wagowo, a kołdrę mam, a jak bym nie miała to bym sobie kupiła. Mogłam jej powiedzieć, żeby mi pocztą wysłała :P

A po powrocie czekała mnie miła niespodzianka - nie dość, że Rajaner się postarał i mój samolot doleciał wręcz przed czasem, to jeszcze na lotnisku czekał na mnie stęskniony Pitol z bukietem kwiatów w rękach. Dom też w jednym kawałku, nawet ogarnięty jako tako, a mój samochód nie został sprzedany ;P

A teraz powrót do szarej rzeczywistości i odliczanie do kolejnego wyjazdu - już tylko 4 tygodnie! Jupi!


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Chyba nienajgorzej się ostatnio dzieje z panem P.
Ale od początku.
Pojechaliśmy jakieś dwa tygodnie temu na grilla z okazji 30 urodzin mojej koleżanki. Tak to jest - ci nieżonaci, niedzieciaci w 30 urodziny balują; dzieciaci i żonaci - urządzają grille.
Tak więc impreza pełna była dobrego żarcia, i biegających dookoła dzieci.
Nie, nie żeby w tym było coś złego - muszę przyznać, że dzieci zachowywały się wzorowo. No i chyba Pitol też był pod wrażeniem, bo wracając do domu powiedział, że mam przestać brać tabletki :D
Nie żebym miała zamiar to zrobić, ale zrobiło mi się bardzo miło....

A tymczasem walizka spakowana - wypełniona głównie ciuchami dla moich siostrzeńców, słodyczami dla moich siostrzeńców, książkami pożyczonymi od mojej mamy, które muszę jej oddać.
Jutro lecę do Polski.
Sama. Pitol nie chciał, a mnie to było w pewnym sensie na rękę. To znaczy nie chciał jak kupowałam bilety kilka miesięcy temu, teraz może i by chciał... Jak pytałam to mówił, że nie, ale znam trochę te jego minki...
Dopiero kilka dni temu chyba do niego dotarło, że wyjeżdżam na 10 dni - spojrzał w moją stronę i rzekł: "i co ja teraz będę jadł?" :D
Niedługo potem stwierdził, że jeśli przygrucham sobie - uwaga - polskiego (!), nowego chłopaka, i nie wrócę do Szkocji, to sprzeda mój samochód :D "Bo wiesz, będę musiał sam zapłacić za mieszkanie" :D
Bosz, skąd on bierze takie pomysły ;) Bo już nie wspomnę, że to z mojego konta schodzi czynsz :P

To będzie nasza pierwsza rozłąka na tyle dni od prawie 3 lat. Ciekawe jak to będzie...

środa, 6 czerwca 2012

Wizyta mamy się udała. Moim zdaniem przynajmniej, jej jeszcze nie miałam okazji spytać. Oczywiście pogoda mogłaby być lepsza - przez 3 dni padało, ale nie ma tego złego... - robiłyśmy zakupy. Tzn. mama robiła, a ja towarzyszyłam - wydała jakieś chore ilości pieniędzy na ubrania, buty, żarcie na miescie i ... na mnie ;P No ale to się często nie zdarza, więc pozwoliłam się trochę rozpuścić.

Wspominałam kiedyś o szukaniu znajomych na necie. Otóż właśnie osobiście poznałam dziewczynę, z którą wymieniałyśmy się mailami od jakiegoś czasu. Spotkanie trwało trochę ponad 3 godziny (tylko - bo Pitol mnie zamęczał smsami, że jest głodny, a ja obiecałam go nakarmić ;P) i miałam wrażenie, że nie mogłyśmy się nagadać, całkiem jak przyjaciółki, które się nie widziały od lat. Nie mówię, że tak w istocie będzie, ale jestem dobrej myśli. Mam nadzieję, że mnie polubiła. Pytała, co robię w łikend, więc chyba tak ;P

Kolega z pracy - Polak (nasz rodzynek) - ogłosił na fejsbuku, że się zaręczył. Spytany kiedy się żeni powiedział, że nieprędko - po prostu chcięli się zaręczyć. To było z jakieś dwa miesiące temu. We wtorek powiedział mi, że się żeni... w lipcu! Pytam, czy zaciążyli, a on na to, że nie, po prostu chcą wziąć ślub. Tylko cywilny, tutaj, a potem kościelny kiedyś tam w Polsce.
No i mnie ukłuło. Ja nie wiem co ja ostatnio mam z tymi ślubami, ale zazdroszczę ludziom. Durne to, bo sama pochodzę z "rozwiedzionej" rodziny, wokół mnie pełno innych rozbitych. Albo nieszczęśliwych. I mimo to bycie żoną mnie kręci. Mam nierówno pod sufitem, bo znając życie, to tylko wszystko popsuje, gdyż chłop od dawna mi się rozleniwia, i nie chce mu się dbać o nasz związek, dużo czasu spędza poza domem itp. A ja i tak chcę.
No i kolegi zaręczyny sprowokowały rozmowę. Opowiedziałam mu o koledze, i pytam Pitola czy widzi nas w przyszłości jako męża i żonę. On, że tak. Ale że nie chce wielkiego wesela, z wielką pompą. Ja na to, że też. Że mi wystarczy cywilny, tutaj, z najbliższą rodziną. I nawet obiadem zamiast wesela. No i się zdziwiłam, że się w tym wszystkim zgadzamy. A co będzie, jeśli będzie, to czas pokaże.

A tak z innej beczki, będę musiała chyba zrobić jakiś risercz, jak w naturalny sposób "wyrównać" skoki nastrojów. Kilka dni temu spędziłam dwie bezsenne noce pod rząd, bo obsesyjnie o czymś myślałam, nie mogłam się uspokoić, i miałam doła jak stąd do Zakopanego. A dziś jestem szczęśliwa, i spokojna. Wykańcza mnie to.
Czy to może być depresja. albo jakaś jej pochodna?

A teraz odliczam do urlopu w Polsce za 3 tygodnie i Chorwacji w sierpniu.

wtorek, 15 maja 2012

Bloggerowi coś się stało odkąd to byłam ostatnio, jakiś dziwny jest.

Nie chce mi się pisać. Wena mnie opuściła. Coś przychodzi mi do głowy, stwierdzam, że warto by o tym napisać, a potem... zapominam.
Więc w skrócie.

Pitol i rodzina Pitola sieje panikę, że wrócę do Polski na stałe. Bo zdarzyło mi się walnąć, że w Polsce (w czasie gdy to mówiłam) temperatury dochodzą do 35st.C, i że wolałabym być tam a nie tu - gdzie w nocy jest około 5 stopni, a w dzień szalone 10. A może dlatego, że musiałam powiedzieć coś, że jak pojadę do Polski na urlop to już nie wrócę :P
Ot, durna baba. Chciałam tylko, żeby P powiedział coś w stylu "och, kochanie, nie rób tego" ;P
Efekt - jak zawsze - odwrotny.
Pitol powiedział, że jego ojciec ostatnio pytał, czy ja faktycznie zamierzam tak zrobić, i co by było w takim razie jakbyśmy mieli dziecko.
Matko boska...
Chyba naprawdę muszę zacząć uważać na to, co mówię.

Poza tym bez zmian. Życie z dnia na dzień. Raz lepiej, raz gorzej.

Na mamę czekam, jeszcze tylko 10 dni :) Tylko jak się cholera pogoda nie poprawi, to ja nie wiem co ja tu z nią zrobię. Bo przecież ona nawet nie zrozumie, co w telewizorze...

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Tylko chciałam napisać, że nie wiem co mi i Pitolowi się stało. Właśnie czytałam jakieś pierdoły na necie, i sobie uświadomiłam, że dawno się nie kłóciliśmy. Nie żebym narzekała, ale jest to dość niespotykane. I fajne...
Czyżbyśmy - w końcu - się dotarli? Nawet jak szukam ognia zapalnego (mówi się tak w ogóle?), to on już wie, jak mnie ułagodzić. Bo nie oszukujmy się, to ja jestem kłótnica, nie on.
Wydaje mi się, że dużą różnicę zrobiła przerwa świąteczna w jego szkole, czyli mało stresu. Wczoraj pojechał na mecz do Glasgow, do domu wrócił tylko żeby się przebrać, i nie wrócił do domu zanim położyłam się spać - próbowałam się pokłocić przez smsy, ale się nie dał :) Tzn. nie "próbowałam" się kłóćić celowo, dla samego kłócenia się, ale coś mnie wkurzyło, i chciałam to wyjaśnić.
Wygląda tak słodko jak mówi do mnie "buzi!". Nawet nie słychać wtedy, że nie jest Polakiem :D

Choć ten temat też ostatnio wrócił. Otóż ktoś mnie zapytał czy jestem w ciąży. I moja pani doktor też powiedziała, że mały teścik nie zaszkodzi, to zrobiłam - i tak jak mówiłam - nie jestem. Ale Pitol ma wątpliwość, jak to niby miałoby się odbyć. Bo ja już kiedyś zapowiedziałam, że do swojego dziecka będę mówić po polsku. A on się boi, że własnego dziecka dziecka nie będzie rozumiał, dopóki ono nie będzie umiało rozróżnić, który język jest który. Moim zdaniem, to będzie mógł się uczyć razem z nim. I nawet jego rodzice się na te watpliwości postukali w czółko mówiąc "większych problemów nie masz?" :P
Bosz, jakie my mamy problemy :P
A dziecka przecież i tak nie ma, i raczej nieprędko będzie.
Żeby nie było, że coś.

środa, 11 kwietnia 2012

Nieszczęścia chodzą parami.
To czemu zawsze odliczamy do trzech razy sztuka?

Najpierw P oznajmił, że jego babcia ma raka. I to już powinno liczyć się za trzy.
Koniec, kropka.
Wykryto go we wczesnym stadium, lekarze są dobrej myśli.

Potem popsuł mi się samochód.
A potem na mnie rzuciło się choróbsko.
Wiem, że te dwa ostatnie "niepowodzenia" to nic przy pierwszym, ale tylko potwierdziły regułę.

A z autem to było tak. Był strasznie zimny dzień, skończyłam pracę, wsiadłam do auta, a te ani dychu. Pitol przyjechał mnie uratować, połączył nasze silniki kablami, i moje auto odpaliło. W drodze powrotnej mało nie spowodowałam wypadku, bo ja gaz do dechy, a auto ledwo do przodu. Pojechaliśmy prosto do warsztatu. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że to łańcuch rozrządu (czy jak to tam się po polsku nazywa, jeśli nie jest paskiem rozrządu). I że będzie mnie to kosztować 500 funów. Zabrałam stamtąd auto, i złapałam się za głowę. A może raczej za portfel.
Aktualnie auto jest w innym warsztacie, właśnie dostałam informację, że to wcale nie łańcuch rozrządu, ale coś zupełnie innego. Czyli wyszło na to, że w pierwszym warsztacie próbowali mnie wycyckać i wymienić część, która jest w porzadku.
Ale koszt naprawy niestety będzie niewiele mniejszy.
Do dupy, bo to była kasa, którą odkładałam sobie, żeby zwrócić mamie większość kosztów naszej wycieczki... A tak muszę jakieś nadgodziny pokombinować, żeby trochę nadrobić.

A poza tym kilka dni temu rozchorowałam się dość mocno, łeb mi pękał i z nosa leciało, jak z kranu. Niestety nie było mi dane poleżakować w domu, bo mając nad głową widno rachunku od mechanika, nie mogłam iść na chorobowe. W zasadzie to pierwsza choroba od wycięcia migdałków, i muszę przyznać, że jak na tylko paracetamol, to przeszło dość szybko, bo w 3 dni. Jedno, co mnie uratowało, to sulfarinol (dość obrzydliwe krople do nosa), który mam jeszcze z Polski - bez niego, nie przespałabym kilku nocy...

A tak z innej beczki, to siostra Pitola powiedziała mi, że po okolicznych chałupach łazi jakiś Polak, i próbuje od ludzi wyciągać ich numery konta, że niby na cele charytatywne.
Aż duma rozpiera z pomysłowości rodaków.
Polak potrafi!
Masakra.

środa, 4 kwietnia 2012

Gnida.
Gnida wlezie w Twoje życie z butami.
Będzie jej się wydawać, że Cię dobrze zna tylko dlatego, że coś tam o sobie napisałaś.
Będzie jej się wydawać, że Cię rozgryzła, i zna Twoje życie lepiej niż Ty sama.
Będzie jej się wydawać, że może oceniać Ciebie nie znając Cię osobiście.
Że może wyciągać wnioski na temat Twojego życia i złowróżyć tylko dlatego, że lubisz marudzić i pisać więcej o tym co Cię boli, niż tym co Cię cieszy (w końcu po to masz tego bloga).
Gnida powie Ci, jaką to porażkę życiową poniosłaś.
Gnida powie Ci, że masz beznadziejną pracę, chociaż sama pracuje w podrzędnym sklepie ze szmatami, co ciekawe - za stawkę niższą niż Ty (wiesz, bo widziałaśile tam płacą w ogłoszeniu o pracy).
Gnida powie Ci, Twój facet ma Cię w dupie, i najlepiej to już teraz zakończyć tę farsę.
Bo napisałaś, że ma swoje za skórą.
Bo nie jest ideałem.
Tak jak i Ty.
A przede wszystkim jak gnida.
Gnida powie Ci, że Twoje życie z Twoim facetem to porażka, bo ona jest zamężna, a Ty nie. Bo ją mąż przytula, a Twój facet nie jest misiek-przytulasek, co nie głaszcze Cię po rączce i nie całuje publicznie w dupkę.
No i nie siedzi Ci pod pantoflem. I nigdy pod nim nie będzie siedział, bo jest facetem z jajami, który ma osobowość, swoje życie i nie włazi Ci w dupę. I jego postępowanie nie zawsze Ci się podoba - dlatego też Wasze pożycie razem nie ma sensu, bo przecież i tak nic z tego nie będzie.
Życie gnidy powinno przecież dla wszystkich stanowić przykład, i jeśli ktoś jest inny albo chce żyć inaczej niż gnida, to już jest be, i trzeba go skreślić, i mu dojebać.
Gnida to wie, dlatego Ci mówi. Żebyś wiedziała.
Żebyś nie zapominała, że jak się położysz, albo upadniesz, to gnida Cię kopnie.
A co ma sobie żałować? Przecież i tak jesteś nieudacznikiem.
Gnida twierdzi że ma tak fantastyczne życie, karierę, męża, pewnie jakieś bachory, więc przez to cały swój życiowy (i jakże polski) jad wylewa na Ciebie. A może i wystarcza go dla innych.
Bo gnida to wyrocznia. Bo przecież może. Bo przecież sobie pozwoliła.
A co najważniejsze, gnida jest przewidywalna - gnida wie, że jest gnidą, i jak ten wpis przeczyta, to uśmiechnie się sama do siebie z satysfakcją, i SOBIE NIE ODMÓWI TEJ NIEWĄTPLIWEJ PRZYJEMNOŚCI - napisze do tego odpowiedź. A będzie to odpowiedź godna gnidy. Postara się zatruć Ci życie jeszcze bardziej i będzie miała dużą satysfakcję, że Cię ruszyła.
Bo jest gnidą, i cieszy się, jak Tobie coś się nie uda, jak Tobie zdarzy się coś złego.
A ja ten jad wypierdolę od razu tam - gdzie jego miejsce, i miejsce gnidy - do kosza. Nawet nie przeczytam gnidy gnidolenia, bo moje życie ma wystarczająco dużo jadu od ludzi, których spotykam na żywo.
Więc gnido, oszczędź swój jakże cenny czas, i spierdalaj stąd, i to szybciutko.
Zabawne, że wiem, że sobie nie odmówisz...
Bo twoją przyjemnością jest cudze niepowodzenie, bo ten wpis sprawi ci przyjemność, bo udało ci się wbić komuś nóż w plecy.
Nie przewidziałaś jednak gnido, że moje plecy przyzwyczajone są do takich ostrzy. I możesz sobie go wbijać do woli. Na zdrowie!

niedziela, 25 marca 2012

Dziś będzie pięknie i słitaśnie. Pogoda w Szkocji taka, że aż nie mogę uwierzyć, ciepło, bezwietrznie.














Jak widać jestem żonkil-mad ;)
I proszę się nie przyzwyczajać, następnym razem pewnie już nie będzie tak uroczo ;P

niedziela, 18 marca 2012

Nie raz tutaj wspominałam, że brakuje mi ludzi, że jestem samotna, choć otoczona ludźmi. Że brakuje mi przyjaciółki, z którą możnaby pójść na kawę, na zakupy, albo ot tak, zadzwonić i powiedzieć, że mam chujowy dzień i wszystko jest do dupy.
Wczoraj zrobiłam coś, co komuś może wydawać się aktem desperacji.
Odpowiedziałam na ogłoszenie na pewnym portalu internetowym, na którym dwie dziewczyny (osobno) szukają koleżanki.
I obie odpisały! I wbrew moim obawom nie wydają się psychopatkami, tylko podobnie jak ja - są samotne na obczyźnie. Jedna w moim wieku, druga młodsza. Obie z mojego miasta, jedna z drugiego końca, druga mieszka na ulicy, którą codziennie wracam z pracy.
Czy poznam je na żywo? To się jeszcze okaże.

Może i jestem desperatką, ale jestem z siebie dumna, że w końcu zaczęłam coś w temacie samotności robić.

PS. Kupiłam za pieniądze od mamy 2 pary szpilek - uwaga - zamierzam się trochę odchamić modowo, nawet już zaczęlam je nosić. Choć i tak moje bluzy z kapturem na zawsze będą moimi ulubionymi!

PS2. Dziś przeprowadziłam małą rozmowę z moim przyszłym/niedoszłym teściem na temat zachowania mego Pitola. Otóż wkurzył mnie dziś, bo robiliśmy zdjęcia w ogródku, na ławeczce, a ten baran nawet mnie ramieniem nie chciał objąć. To było gorsze niż policzek, poczułam się jak gówno na chodniku, o ile owe może jakoś się czuć. No i wracając do teścia - zapytał mnie "a czy ty kiedyś widziałaś, żebym ja obejmował swoją żonę?". Good point. A wydają się być szczęśliwi, choć ponad 25 lat po ślubie. Nie wiem, mnie to drrażni tylko dlatego, że kiedyś taki nie był, rąk ode mnie nie mógł oderwać, a teraz to się muszę prosić o byle pacnięcie w ramię. Jakby był taki od początku, to spoko, ale nie...
Takie tam moje paranoje...

poniedziałek, 12 marca 2012

Moja mama to wariatka ;)
Kilka dni temu wysłała mi maila o treści "wysłałam na Twoje konto odprysk z mojej złamanej kości". Nie od razu domysliłam się o co chodzi. Ale coś mnie tknęło, i sprawdziłam swoje polskie konto bankowe.
Mama przelała mi 1000zł!
Ale co za "odprysk"?
Zaskoczyłam.
W zeszłym roku mama złamała nogę na wycieczce w Turcji, a teraz dostała jakieś tam ubezpieczenie/zadośćuczynienie i postanowiła się ze mną i moją siostrą podzielić.
Najpierw ją więc opierniczyłam, bo swojej kasy mi wystarcza. Potem podziękowałam, bo nowe spodnie, buty i aparat mi się przydadzą. Mama stwierdziła, że bardzo się z moją siostrą różnimy, bo ona kasę wzięła i nawet nie spytała, z jakiej okazji... Ale to odrębny temat.
Więc nie dosyć, że mamita sponsoruje większą część naszej wycieczki do Chorwacji, to jeszcze mi wysyła pieniądze.
Swoją drogą odkryłam, że wolno mi mije polskie konto bankowe połączyć z moim tutejszym numerem telefonu, na który wysyłane są hasła do operacji bankowych :)

I tak na marginesie. Miałam nadmiar białek w domu, więc popełniłam - z przepisu słynnej już Doroty - kawowy torcik bezowy (http://mojewypieki.blox.pl/2009/07/Tort-bezowo-kawowy.html). Coś się popsuło na bloggerze, i jakoś dziwnie się linki wkleja :(







Pychota! Nie dziwię się, że mama mówi, że dobrze wyglądam - patrz: przytyłam... :P

środa, 29 lutego 2012

Dziś jest 29 lutego.
W Szkocji, a może i całej Wielkie Brytanii (nie wiem, nie wnikałam), jest taki przesąd/zwyczaj, że to jedyny dzień w roku, gdy dziewczyny mogą bezkarnie oświadczać się mężczyznom. Jeżeli ten odmówi, musi tej biednej duszy kupić 12 par rękawiczek - jedną na każdy miesiąc roku, by ukryć fakt nie posiadania pierścionka zaręczynowego.

Zabobon zabobonem, ale coś w tym jest. Jakiś czas temu pomyślałam, że choćby dla żartu mogłabym spróbować. Niestety wczoraj P mnie wkurzył, przez co nie przespałam pół nocy, więc oświadczyny były mi nie w głowie.
Zaskoczył mnie więc sms dziś rano - od taty P - z pytaniem, czy wiem, co dziś za dzień? Mówię, że wiem, ale boję się ryzykować odrzuceniem, na co on, że nie wierzy, że zostałabym odrzucona i że byłby dumny mogąc nazywać mnie swoją córką. Bardzo miło mi się zrobiło, zwłaszcza że w zasadzie, to ja nie wiem, co to znaczy mieć tatę.

Wyszło jednak na to, że nie wiem, jak popularny jest to zwyczaj, i czy P o nim wie, ale sam wyskoczył z pytaniem o rok przestępny - nie wiedział, skąd się bierze (jesu, czego oni tu uczą w szkołach?) - a potem wspomniał coś o oświadczaniu się właśnie.
Nie odważyłam się jednak oświadczać, ale spytałam, co jeśli bym spróbowała. Powiedział, że odpowiedź byłaby "nie"!!! Bo niby jest tradycjonalistą, i że to powinno być zrobione "po staremu" i to mężczyzna powinien się oświadczyć. Zdziwiłam się, bo myślałam, że powie, że "tak, ale nie teraz" albo coś w tym rodzaju. A tu taka (niemiła) niespodzianka...
Więc wygląda na to, że jestem jednak na straconej pozycji i ten dzień nigdy nie nastąpi.
Sama zresztą nie wiem, po co by mi to było :P

środa, 15 lutego 2012

Z przyjemnością muszę stwierdzić, że życie znowu stało się jakieś takie bardziej znośne. Wychodzi na to, że nie dla mnie wielkie kariery i wyścigi szczurów. Czekam tylko, aż bieda zacznie pukać do drzwi hihi :P

Pod koniec grudnia zabukowałam bilet do Polski. Dla samej siebie, bo doszliśmy z Pitolem do wniosku, że jemu na razie starczy. Wylot do i z Poznania, pod koniec czerwca. Szlag mnie więc trafił kilka dni temu kiedy odkryłam, że właśnie uruchomiono loty do Szczecina. Moją mamę szlag trafił też, bo też zabukowała bilety na koniec maja. Kij z tym, że trzeba się przetelapać pociągiem. Grunt w tym, że samolot ląduje na tyle późno, że trzeba nocować w Poznaniu, albo ryzykować jazdę pociągiem w środku nocy... Zmiana destynacji ani sprzedaż biletów po zmianie nazwiska nie wchodzi w grę, bo cudowna linia lotnicza życzy sobie jakieś chore opłaty za takie zmiany.
A jak odkryłam, że otworzono tę nową linię? Otóż Pitol stwierdził, że nie chce jechać w tym roku na urlop do "ciepłych krajów", bo woli zaoszczedzić kasę na samochód, albo wycieczkę do Usa w przyszłym roku, albo depozyt na chatę (wersja się zmienia w zależności od nastroju). Moim skromnym zdaniem - dlatego, że zwyczajnie jemu leżenie pod palmą się nie podobało.
No więc doszłam do wniosku, że zamiast marnować resztę urlopu na siedzenie w deszczowej Szkocji, wolę już sobie polecieć do domu dwa razy. I stąd wzieło się moje grzebanie na stronie niebieskiej linii lotniczej i jakże niemiłe odkrycie. Jak o nim poinformowałam mamę, to oprócz wkurzenia się, wpadła na pomysł, że może w takim razie pojechałybyśmy na urlop razem, skoro obie lubimy leżeć pod palmą i czytać książki na plaży. Więc jedziemy na 2 tygodnie do Chorwacji! Łuuuu chuuu :) Łącznie z moimi lotami do i z Polski, to mi zejdą 3 tygodnie. Stęsknię się za moim Pitolem strasznie, no i trochę mi szkoda, że ja jadę na 2 urlopy, a on na żaden. Różnica jest taka, że on do swojej mamy wpada prawie codziennie, bo mieszka rzut beretem od nas. Poza tym 2 lata temu był ze swoimi rodzicami w Australii, a mnie taka szansa na wyjzad z mamą może już nigdy się nie zdarzyć, jak już się zdecydujemy na jakąś dzieciarnię.
Już się nie moge doczekać :)


A tak na marginesie, ostatnio w pracy miałam wątpliwą przyjemność robić za tłumaczkę dla dwóch rodaków, którzy - cytat - "zapomnieli zapłacić za zakupy". Przysięgam, już dawno się tyle wstydu nie najadłam, nie dość że po angielsku ani be, ani me, to jeszcze się zachowywali jak pajace i próbowali sobie ze mnie koleżankę zrobić. Myśleli, że jak będą miedzy sobą po polsku ustalać wersję zeznań, to ja tego nie przetłumaczę. Rzucali żarciki w stylu, że powinnam się z nimi podzielić pieniędzmi za nadgodziny (bo tuż przed tym miałam wychodzić do domu). Byłam tak zestresowana i zawstydzona, że aż ręcę mi zsiniały z braku krążenia!
I jak na złość dzień po tym kolejny współpracownik przyszedł i powiedział, że jakaś babka spytała, czy ktoś kto mówi po polsku może jej pomóć. Odmówiłam.
Może i to nieładnie, ale miałam dość jak na dwa dni.

Wstyd! Tylko dziwne, że to ja się wstydzę za tych, co tu przyjeżdżają, ciągną kasę od państwa, nie znają języka, i nawet nie mają chęci ani zamiaru się go uczyć. To oni powinni się wstydzić!
Was tez to żenuje? mieliście takie sytuacje? Czy to tylko mój pech?

piątek, 3 lutego 2012

Pracy w bibliotece - jak tu niektórzy sugerowali - nie znalazłam. Częściowo pewnie dlatego, że tam jej nie szukałam. Jeszcze.
Po kilkunastu dniach prosto z piekła decyzje zostały podjęte. Czy słuszne? To się okaże.
Tak mi to wszystko już siadało na psychikę, że mój mózg robił nadgodziny nawet w domu. I we śnie.
Bałam się, że jak zdecyduję się zrezygnować z mojej jakże niebywałej kariery jako sekszyn lider, nie będę mogła zostać u siebie na dziale i że utną mi godziny, jak to się zaczęło dziać we wszystkich innych działach.
Usiadłam, porozmawiałam, wytłumaczyłam. Że moje nerwy są na to za słabe. I to są nerwy za nie takie pieniądze. I wiem, że mogło mnie to zaprowadzić w jakieś lepsze miejsce.
W dupie to mam.
Ale udało się - jeśli można tu mówić o jakimkolwiek sukcesie. Zostaję u siebie na dziale, wciąż na pełnym etacie, ale jako zwykły pracownik - a może i niezwykły, bo tak zwany "back office colleague".
No i potworna ulga. Kamień z serca.
Bo przecież nie każdy musi "robić karierę". Bo nie każdy musi dążyć do nie wiadomo jakiego sukcesu zawodowego. Bo nie każdy musi latać do pracy w szpilkach.
Znów będę mogła gotować, piec, i czytać książki, czyli robić to, co tygryski lubią najbardziej.
Święty spokój.
Pewnie nawet bardzo nie odczuję tego bardzo finansowo, bo odłożyłam wystarczająco dużo kasy, żeby spłacić pożyczkę, która ciągnęła się za mną od poprzedniego związku - jako ostatni przypominacz i smród po gaciach.

Miło znów będzie usiąść na kanapie - nie zasnąć w 5 minut. Nawet jeśli jest godzina 17 :P

sobota, 21 stycznia 2012

Moja praca doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego. Poniedziałek był rodem z piekła, ale nie będę się wdawać w szczegóły. Biłam się z myślami, i doszło do tego, że napisałam smsa do mojego menedżera, że mam dość i chę zrezygnować z pozycji sekszyn lidera. Nic nie odpisał - i dobrze. Bo to w zasadzie wszystko jego wina. Przysięgam, w życiu nie miałam kierownika, który byłby taką cipą. Nie potrafi opanować działu, pracownicy robią co chcą i wchodzą mu na głowę, i nie robią tego co powinni. Jak tylko trzeba kogoś zdyscyplinować, albo wykonać coś, co nie należy do przyjemności, to zwala tę robotę na mojego drugiego sekszyn lidera (na mnie jeszcze nie, ale to kwestia czasu). W zasadzie, to jedynym obowiązkiem jaki ma, jest ustalanie grafiku, który i tak spieprza za każdym razem! Jak tylko ma gdzieś dziurę, to wpisuje kogolwiek, a potem się okazuje, jak kierowca się nie stawi w pracy, że został wpisany na grafik, ale nikt mu o tym nie powiedział, albo nie spytał o zgodę, skoro to jego dzień wolny. Powysyłam ludzi na urlopy, bo chyba założył, że styczeń u nas - tak jak wszędzie indziej - będzie "cichy", ale co on wie! U nas styczeń jest zawsze całkiem "bizi". Więc kilku kierowców na urlopie, kilku na chorobowym, kilku nie przychodzi, bo nie wie, że są na grafiku, i dzień rodem z piekła gotowy. I do tego cała reszta ekipy robi, co im się podoba. Co na to mój menadżer? Poszedł na urlop!!! Nosz kurwa jego mać. Frajer pieprzony.
Już, już miałam iść do głównego sklepowego żeby mu powiedzieć, że ja pierdolę taki awans, ale jak zawsze mój menadżer ma szczęście, że ma drugiego sekszyn lidera, który powiedział, że tak dobrze mi idzie, że szkoda by się poddawać.
No i mnie namówił. Nie wiem wprawdzie, jak ja to przeżyję zwłaszcza, że mam sama "poprowadzić szoł" w sobotę - aż mnie telepie na samą myśl, bo to jest akurat najbardzie przesrany dzień u nas. Brzuch mnie boli na samą myśl.
Ale ponoć co nas nie zabije, to nas wzmocni.
To się akurat okaże.
A aplikacje o pracę i tak zaczełam rozsyłać, i może jeszcze do koledżu zaaplikuję. A co! Byleby się z kotła wydostać.
A co będzie, jak zawsze, czas pokaże...

piątek, 6 stycznia 2012

Dziwna ta zima jakaś. Na szczęście, w przeciwieństwie do poprzedniej, nie pada śnieg (tfu tfu, i oby nie zaczął) i nawet tak strasznie zimno nie jest. Nawet drugi dzień z rzędu słonko świeci.
I wszystko byłoby super, gdyby nie te straszliwe wiatry, które nas ostatni nawiedziły. Chwała bogu za te nowe okna, bo coś mi się zdaje, że gdybyśmy ich nie mieli, to szyby wfrunęłyby nam do domu. Strach było wracac do domu z pracy gdy dookoła łamały się drzewa (!!!) i odfruwały zadaszenia na wózki sklepowe, zatrzymując się na lampach ulicznych... Doszło do tego, że moja mama widząc w polskiej telewizji co się tutaj dzieje, zadzwoniła do mnie spytać, czy u nas wszystko w porządku. A ona przecież nie z tych "martwiących się".
Tutaj mała próbka naszego wiaterku klik klik

Mamita kupiła sobie bilety na przyjazd w odwiedziny na tydzień czasu - będzie 25 maja, czyli w sam raz na Dzień Mamy :)
A ja kupiłam sobie bilet do Polski na 29 czerwca. Już się nie mogę doczekać :)
Jadę dla odmiany bez ogona, czyli łatwiej będzie widywać się ze znajomymi bez ograniczenia pt. nie mogę brać udziału w rozmowie, bo musze zabawiać mojego chłopa, z którym nikt nie ma odwagi gadać po angielsku :)

Wykorzystałam też mój voucher na masaż - było super - dodatkowy piling i masaż stóp wliczony w cenę masażu pleców! Tylko taka mała rada - masaż pleców obejmuje wszystko od szyi w dół aż do połowy tyłka - więc jeśli idziecie na taki masaż, żeby uniknąć niepotrzebnego wstydu, polecam założyć inne majtki niż różowe z wielkim napisem Boom! na tyłku.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Święta, święta i po świętach. I o co tyle krzyku?
Muszę przyznać, że Mikołaj się postarał w tym roku. Dostałam:
piżamę
kalosze (w kwiatuszki, takie jakie chciałam hihi)
szlafrok
hot water bottle (nie pamiętam jak się nazywa po polsku)
skarpetki
kubek i pojemnik z gorącą czekoladą
tshirt Superdry
świeczki
skarpetki
kosmetyki
zestaw szczotek do włosów
czapkę
prostownicę do włosów
perfumy Gucci
2 książki
voucher na masaż pleców
bilet na występ Michaela McIntyre :) - na ten niestety muszę poczekać do listopada 2012!!! bo na ten termin były dostępne bilety...

sobota, 24 grudnia 2011

Pitolowe urodziny udały się nad wyraz. Tort, który upiekłam smakował wszystkim, nawet Pitolowi, no i dekoracja też wyszła tak, jak chciałam.



Poszliśmy do pubu, gdzie P cały czas powtarzał, że nie idzie na miasto. Wystarczyło kilka drinków, i sam mnie ciągnął do taksówki. Balet udał się bardzo, przekonałam się, że chyba nadal mam to coś - jak bym chciała, to bym coś wyrwała :D
A następnego dnia nawet nie miałam kaca :)

Ale co najważniejsze - najgorsze za mną :) Po raz pierwszy od pięciu lat okres przedświąteczny okazał się w pracy relatywnie łatwy, zamówień nie było tyle co w poprzednich latach, wyrobiliśmy się zanim na sklep zaczęły napierać dzikie tłumy. Nawet wstawanie o 2.30 rano nie bolało tak bardzo :P Stresu było niewiele więcej niż w normalne dni. Był wprawdzie jeden incydent, ale nie chce mi się nawet o tym pisać. Na koniec wczorajszej zmiany dostałam flaszkę od mojego menadżera i flaszkę od mojego współ-sekszyn lidera z życzeniami wesołych świąt. Z tymi flaszkami na pewno będą wesołe. A tak na serio, to miło mi się zrobiło.
A i zabawnie jest być szefem własnego faceta :)

Teraz mam 3 dni wolnego. Szaleństwo! Dziś cały dzień stałam w kuchni. Zrobiłam sobie uszka i sałatkę warzywną, a potem piekłam ciastka na prezenty:



W międzyczasie zadzwoniła mama z życzeniami i przekazał telefon dookoła stołu. Łezka mi się zakręciła, bo tak strasznie za nimi tęsknię... I tak bardzo chciałabym tam być z nimi.
Moja wigilia? Skończyłam już "bawić" się w kuchni, a teraz siedzę przed telewizorem. Ekscytujące. Idę flaszkę otworzyć. A prezenty - po brytyjsku - otwieramy jutro.

Tak więc Wam kochani życzę wesołych, rodzinnych świąt, mnóstwa prezentów i dobrego humoru!

środa, 7 grudnia 2011

Póki co, chyba nie jest najgorzej (???)
Pracuję średnio 9-11 godzin dziennie. Najgorsze jednak przede mną - święta. Tak, tak, najgorsze... Każdy kto pracuje w handlu potwierdzi, że nic tak nie obrzydza świąt bożego narodzenia, jak praca w sklepie. Aż mnie trzęsie na samą myśl, bo będzie kupa stresu, z przewagą kupy, i praca po -naście godzin dziennie. Mam nadzieję, że zleci szybko, i w miarę bezboleśnie.
Póki co miałam jedną zmianę, podczas której miałam zostać sama, ale przez to, co się działo, mój "współ-sekszyn lider" zaliczył 15-godzinną zmianę. Nie wiem jak on daje radę, zwłaszcza że ma z tego co pamiętam 66 lat. Ja jestem wykończona po około 9.
Ale wracając do sedna, trochę się przestraszyłam, że nie dam sobie rady, gdy zostanę tam sama. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko poszło źle.
Jeden van się zepsuł, więc go podmieniliśmy na drugi. Zostaliśmy bez dodatkowego, więc wysłaliśmy dwóch kierowców, żeby pojechali dodatkowy pożyczyć - wrócili późno, więc ich dostawy były spóźnione, a za każde spóźnienie dostajemy konkretny opieprz. Mało? Wtedy kolejny kierowca zadzwonił, że miał wypadek! Cały rozstrzęsiony... Wpadł w poślizg i skasował przód vana na drzewie. Nic mu się nie stało, ale że był to jego 7 incydent, już nie będzie kierował, więc będzie nam brakowało kierowców. I kółko się zamyka. Potem zadzwoniła kobiecina ze skargą. No i tu zwątpiłam w siebie, bo zrozumiałam, że jeden z naszych vanów uderzył w tył jej auta, a okazało się, że przeoczyłam słowo "prawie". A prawie robi różnicę :(
Gdy już myślałam, że to już koniec, kolejny kierowca zadzwonił, że jego van się zepsuł. A ja prawie wychodziłam do domu. To wszystko mi uświadomiło, że jeszcze mam dużo do nauczenia, dużo cierpliwości do zyskania. I jak wiele próblemów jeszcze nie umiem roziązać sama...

W związku z tym, że Pitol był u nas kiedyś kierowcą (i tam go właśnie poznałam), w związku z tym że znowu musimy zatrudnić nowego/-ych kierowcę/-ów, zwłaszcza takich na których można liczyć, mój współ-sekszyn lider spytał, czy P nie chciał by do nas wrócić. A że Pitol aktualnie szuka pracy na część etatu, żeby dorobić do pożyczki studenckiej, być może wkrótce znów będzie pracował w mojej firmie. Się okaże czy to dobry pomysł, choć fakt jest taki, że zmiany by się nam nie pokrywały...
A tymczasem idę zmyć makijaż i do wyra, bo jutro trzeba to wszystko zrobić jeszcze raz, od nowa...

PS. Właśnie zapakowałam Pitolowe prezenty na jego sobotnie urodziny. Ale radocha :)
PS2. Czeka mnie jeszcze upieczenie i udekorowanie Pitolowi torta urodzinowego, na co sama zgłosiłam się na ochotnika :P
PS3. W zasadzie to zakończyłam kupowanie prezentów świątecznych :)
PS4. Nie musiałam brać pożyczki, ani nawet tykać karty kredytowej - straczyło mi kasy :D Łuu huu :)

czwartek, 24 listopada 2011

No i znowu ktoś kciuków nie trzymał! Tuż przed próbną zmianą w nowej pracy, Pitol dostał smsa od swojej byłej/przyszłej menadżerki, że jednak niestety musi mu odmówić, bo zatrudniła koleżankę, która pracy nie ma wcale. I wróciliśmy do punktu wyjścia.
A że najlepszym sposobem na szukanie pracy - nie oszukujmy się - jest poprzez znajomych, to rozpuściliśmy wici. Koleżanka załatwiła Pitolowi interwju na barmana. Poszedł, dostał pracę, wrócił do domu - i z pracy zrezygnował!!! Bo pracowałby między 22.30 a 5 rano w piątki i soboty. Bo będzie to miało wpływ na nas. Że będziemy się rzadko widywać i będzie zmęczony.
Powiedziałam mu, że skoro zrezygnował zanim nawet spróbował, to znaczy, że wcale nie potrzebuje pieniędzy tak bardzo, I zastrzegłam, że w takim razie, jeśli usłyszę marudzenie na tematy finansowe, to go kopnę w dupę!
Nie trzeba było długo czekać - przyszedł do domu, cały zmęczony po szkole i przed pracą. To ja mówię, że też jestem zmęczona, bo pracuję minimum 10 godzin dziennie. "Ale ty przynajmniej zarabiasz sporo kasy". No ja bym tego nie powiedziała... Nie wspomnę nawet, że może i aktualnie zarabiam więcej niż on, ale on ma na koncie więcej kasy niż ja. A i tak wiecznie nieszczęśliwy!
Za facetami nie nadążysz...
A tak w ogóle to jestem zawiedziona. Jesteśmy razem dopiero dwa lata, a cały romantyzm ch** strzelił. Nie wiem co się z tym facetem dzieje, i jakich jeszcze argumentów użyć, żeby jakoś mocniej zaangażował się w nasz związek, bo strasznie się rozleniwił. Zapomina dać buzi wchodząc do domu, nie słucha tego co mam do powiedzenia, nie pomaga mi w domu, nawet wychodząc na żarcie na miasto zakłada dresy. Mogę tak jeszcze wymieniać do jutra. I nie wiem co z tym zrobić, wcześniej nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło. W każdym poprzednim związku takie zachowanie przychodziło dużo później, jakoś tak bardziej naturalnie i równocześnie u obojga. A tu, teraz, mnie to boli. Powoduje, że mam wątpliwości co do naszej przyszłości. Coraz częściej, gdy ktoś się pyta "kiedy ślub?" zostaje mi tylko jedno - prychnąć śmiechem. Żeby nie było - próbowałam rozmawiać, ale on bagatelizuje sprawę mówiąc, że wyolbrzymiam, że nic się nie dzieje (no właśnie!) i jak to on mówi "I'm just chilling".
I podobnie jak Magdzie (klik klik), tęskni mi się ostatnio za Polską, za mamą. A zaczęło się niewinnie - od szukanie pomysłów na prezenty świąteczne. Doszłam do wniosku, że w Edynburgu, to nawet przyzwoitego centrum handlowego nie ma, nie to co w Szczecinie - jedno na drugim. I tak mi się jakoś łezka w oku zakręciła. Nie pomogła rozmowa na skajpie z siostrzeńcami (boże, jacy on już duzi!). Chciałam ich wyściskać i wycałować. A tu dupa.

Pitol poprosił mnie, żebym zrobiła listę rzeczy, które chcę na święta, To zrobiłam: książka, perfumy, to, tamto, a na końcu dopisałam "nowy chłopak". Powiedział, że nowego chłopaka nie będzie!

PS. Nie wiem czy wcześniej wspominałam, ale wyprosiłam od agencji mieszkaniowej nowe okna. I właśnie kilka dni temu je wstawiono! Bosz, co za różnica - w domu ciepło i cicho. W końcu potwierdziło się że "proście, a będzie wam dane" :D
Nie obyło się też bez wizyty po - sam właściciel agencji się pofatygował - pochwalił za porządek w mieszkaniu (no ba!) i przysłał złotą rączkę do naprawy wentylatora w łazience, który nawet nie wiedziałam, że mamy :P