Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

poniedziałek, 31 stycznia 2011

kolejna zmiana planów. otóż okazało się, że sklep do którego planowałam się przenieść nie zatrudnia nikogo na pełen etat, czyli odpada kompletnie. nie zredukuję swoich godzin z 38 na 20, bo zwyczajnie mnie na to nie stać. czyli powrót do punktu wyjścia.
moja kierowniczka powiedziała, żebym się postarała o section leadera u nas w sklepie, i tak chyba zrobię, tylko nie wiem, w jakich działach jest taka możliwość, a nie mam kiedy się dowiedzieć, bo choć wszyscy narzekają wkoło, że to jeden z najgorszych Styczni (tak to się odmienia?!) od wielu lat, to u nas kołomyja jak cholera. dziś nas system pobił rekord ilości zamówień, zazwyczaj jest ciężkawo przy około 200, a dziś "spadło" 287!! masakra jakaś. nadgodzin - w pewnym sensie niechcianych, bo ile można? - naciukałam tyle, że znając pana, który dostaje pieniądze ukryte pod nazwą tax na moim pejslipie, to będzie miał na mój koszt piękną kolację, jak nie kilka...
pożyjemy zobaczymy...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

oczywiście to wszystko byłoby za proste, gdybym tak po prostu dostała tego zasranego section leadera. otóż okazało się, że kandydat już jest, i przez najbliźsze 6-7 miesięcy to on/ona się będzie tym zajmowałć, zanim zostanie managerem, więc sobie muszę poczekać.
za to zamiast w maju cała sprawa rusza w marcu, więc wtedy też powinnam się przenieść do nowego sklepu. i chciałabym, i boję się, i nie chcę jednocześnie... ech, poj**ane to wszystko. aplikacja leży jeszcze niewypełniona.

ale za to zabukowaliśmy z Pitolem kolejny :D urlop. w maju do Polski, w sierpniu do Portugalii na dziesięć dni. a co, się zapier**la, to się ma :)
już nie mogę się doczekać! nawet walizkę kupiłam! nie no... aż tak walnięta nie jestem, po prostu i tak miałam kupić a teraz mam pieniądze, no i wyprzedaże są :)

poza tym to pisałam ostatnio maila do koleżanki, która oznajmiła, że jej szwagier chyba niedługo będzie się wyprowadzał.
ja pier**lę, za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego, to mnie trzęsie. bo jak sobie pomyślę, że za kilka lat mój kochany Pierdoła miałby mi oznajmić, że się wynosi, to bym sobie chyba żyły pochalastała! i strasznie się boję, że to może kiedyś nastąpić, bo jestem dla niego okropna i wiecznie marudzę, i wiecznie mi się coś nie podoba, i nie umiem mu powiedzieć, że pod tą grubą skórą to go kocham nad życie, tak że robi mi się słabo na samą myśl. nie mam za to oporów, żeby go kolejny raz opier**lić, że zostawił okruchy na blacie, wlazł w butach do domu, pierdolnął ciuchy koło kosza na brudy i że znowu ujeb*ł zlew pastą do zębów... posrane to życie, codziennie rano mówię sobie taką nową mantrę, czy jak to tam się zwie - dziś będzie dobry dzień - nie będę go opieprzać za głupoty, bo to nic nie daje, tylko powoduje napięcia.
ostatnie kilka dni byłam "grzeczna" :)
a ogólny wniosek jest taki - jest jakaś recepta? jak niektórzy ludzie przeżywają ze sobą w szczęściu dziesiątki lat (jego rodzice), albo wszystko się rozpieprza po kilku latach (moi rodzice)? to o miłość tu chodzi?? czemu jednym się udaje a innym nie?

tak bardzo chciałabym, żeby nam się udało...


czwartek, 13 stycznia 2011

więc wymyśliłam sobie, że 2011 będzie rokiem zmian. w głowie zaświtała mi szkoła i jakiś postęp w pracy. szkoła dla siebie, dla satysfakcji, więc coś, co niekoniecznie ma się przyczynić do polepszenia mojego stanu majątkowego. a w pracy - ponieważ całkiem niedawno z mojego szukania nowej pracy nic nie wyszło, to postanowiłam sią awansować. tzn mam opcję ubiegania się pozycję section leadera (czyli jak to moja mama mówi gdzies pomiędzy zwykłym pracownikiem a kierownikiem, brygadzista czy coś). ale że nie chcę u mnie w dziale, więc mogę w innym, albo w tym samym dziale co mój, ale w innym sklepie - tu większe wyzwanie, bo ten drugi sklep tego działu jeszcze nie ma wcale, więc pomagałąm menagerce budować go od podstaw.

niestety moje plany zostałe zrujnowane przez moją kierowniczkę, która oświadczyła, że jeśli chcę być section leaderem, to muszę być zatrudniona na cąły etat. jednym słowem - szkoła odpada. i jeszcze jedna rzecz przeciwko szkole - obniżyła by dosć mocno moje zarobki, a zaczynamy z Piterem myśleć o kupnie mieszkania.

narada z mamą - bo nikt inny nie umiał mi doradzić - dość mnie zszokowała - myślałam, że powie idź do szkoły, a ona że nie, otwieraj ten nowy dział, do szkoły możesz iść przecież zawsze, jak już mieszkanie będzie kupione i takie tam. no i chyba jej posłucham. mam jeszcze setki pytań bez odpowiedzi, ale dorastam do decyzji o podjęciu wyzwania. nie mam wiele do stracenia, może tylko czas, którego będę wiećej marnować na pracę, no i na pewno nerwy, których na pewno będzie dużo...

nic, zobaczymy co będzie...


poniedziałek, 10 stycznia 2011


święta, święta i po świętach.
w wigilię trochę łez, bo rodzina nie pofatygowała się, żeby ruszyć tyłek i odebrać telefon :(
brak siły psychicznej, aby wyjaśnić Pitowi o co chodzi z opłatkiem, bo gula w gardle tylko czekała, żeby spłatać mi figla.
a potem za to multum prezentów, i już "z górki". dostałam tyle rzeczy, że kopara opada, łącznie z kartkami zaadresowanymi do mnie, z pieniędzmi w środku od ludzi, których na oczy nie widziałam :)

sylwester w klubie, w którym... aa, zresztą nieważne, dramat był! pasztety chodzące. nie byłoby tak źle, gdyby możnabyło zamówić taksówkę, i jak cywilizowani ludzie wrócić do domu, zamiast iść w deszczu dwie godziny, i z każdym krokiem wyć z bólu, przez durne buty na obcasach, które zaraz po dojściu do klatki wylądowały w koszu na śmieci.

poza tym to była jeszcze awantura o wolność w związku. bo jakiś czas temu chłopię me stwierdziło, że w tym roku wyskoczy gdzieś z kolegami na łikend. no spoko. nie wiadomo jednak kiedy i jak zrobił się z tego tydzień na jakiejś majorce czy gdzieś tam. no to już nie tak bardzo spoko. bo ja widziałam zdjęcia z zeszłorocznego wyjazdu, na którym Pitol nie był - wszędzie jakieś roznegliżowane panienki (chociaż ich paczka do najprzystojniejszych nie należy) i w ogóle to "łuuu chuuu". po moim trupie!
w końcu się zgodziłam, w sensie mówię "jak chcesz to se jedź, ale ja a takim razie jadę do Polski, sama!". no i to wystarczyło. byłam w trakcie kupowania biletu , gdy ten wyskoczył "jak nie kupisz biletu też dla mnie, to ja wychodzę" i zaczął sie ubierać. no to mu kupiłam :).
jedziemy w maju na komunię mojego siostrzeńca :)

parę dni temu sąsiedzi o mały włos nie sfajczyli całego bloku. dym był nawet u nas w mieszkaniu, więc poleciałam sprawdzić co się dzieje. ci wylecieli w mieszkania z jakimś cuchnącym i dymiącym garnkiem w rękach, i że sori, i że to oni tym garnkiem tak nasmrodzili. no i mówię potem mojemu, że oni to w ogóle jacyś zagraniczni byli :P ani szkoccy, ani polscy, cholera wie. a Pitol na to "pieprzeni obcokrajowcy!". myślałam, że umrę ze śmiechu, bo powiedział to kompletnie nie zdając sobie sprawy :) a ja to co?? tak się składa, że z takim jednym pieprzonym obcokrajowcem mieszka ;P
koleżanka po usłyszeniu tej historii stwierdziła "a, bo ty już prawie szkotka jesteś" hi hi. no nie wiem....

i straszliwe rozterki mam ostatnio, bo postanowiłam, że 2011 będzie rokiem zmian. ale o tym następnym razem...


poniedziałek, 20 grudnia 2010

kurczę, jakoś mi się blożyna zaniedbuje, patrzę, a ostatni wpis miesiąc temu - wstyd! taki wybór - jak czytam książkę, to nie zaglądam w internet za często (Olga Rudnicka "Martwe jezioro", "Czy ten rudy kot to pies?" - polecam!)

ale ale...
z paczką z Chin, to były jakieś kosmiczne przeboje, bo okazało się, że firma, która to wysłała nie wie, o co kaman. poszłam więc na pocztę z numerem przesyłki, a koleś, że on nic nie wie. jedyne co był w stanie mi powiedzieć,to że po numerze poznaje jaka to firma dostarcza i podał mi ich numer telefonu. tam dopiero powiedziano mi, że owszem paczka została oznaczona jako dostarczona, ale dlatego że nikt nie otwierał, zwrócono ją... na moją lokalną pocztę! no to ja w te pędy z powrotem na pocztę. okazało się, że pan, który wcześniej nie miał pojęcia co mi powiedzieć w związku z moją paczką... ma ją za plecami!!!

{moje chłopię zagląda mi w ekran przez ramię, robi wielkie oczy i pyta, jak się robi te śmieszne literki :) w sensie polskie znaki hehe}

choinka stoi już dobre dwa tygodnie, prezenty pod nią tak samo długo. jest ich na oko około dwudziestu. a to tylko moje i Pitola!!

zima wróciła do Edynburga.
nie było jej już kilka ładnych dni, po wcześniejszym "końcu świata" nie było już śladu, to znaczy śnieg stopniał, a tu masz babo placek, znowu to samo. tym razem jednak nie zauważyłam, aż takiej paniki jak wcześniej, czyli tekstów w stylu "jutro nie przychodzę do pracy, bo było mi dziś zimno na przystanku"... ja tam byłam (i jestem) dzielna, i choćby nie wiem jaka zawieja, jaki ziąb i lód, moja mała (tymczasowo biała :P) korsinka wozi mi tyłek tam gdzie trzeba, i nawet tak mocno się nie ślizga :)

z przygotowań świątecznych to oprócz choinki i prezentów to poogarniałam chatę, jutro zmienię pościel i popiorę, bo jakimś cudem udało mi się wydębić wolne. dziś przygotowałam farsz na uszka i pierogi z kapustą, jutro muszę tylko zmielić i to w zasadzie tyle. jak mi starczy czasu, to upiekę ciasto w wigilię. dziwne to będą święta. znów bez rodziny. bez nakrytego stołu, bo nie mam w zasadzie dla kogo urządzać całej tej szopki, a Pitol uszek nie ruszy, bo nie lub grzybów, a kolor barszczu odrzuca. ryb też nie lubi. ale co tam, nie ma co się smucić. jeszcze dwa dni w pracy, stres na maksa, i koniec tego wariactwa. już sie nie mogę doczekać czwartku wieczorem :)


niedziela, 21 listopada 2010

kurna bela, nie chcę nic mówić, ale to działa! od mojego ostatniego wpisu, czyli zawieszenia broni minęły dwa tygodnie... i nic! ani jednej kłótni :) ja nie strzelam fochów a On jest kochany :D
jakieś to strasznie głupie, że takie proste rozwiązanie może tyle zdziałać. no, tylko żebym nie zapeszyła, bo zaraz wróci do domu a ja mam dla niego niespodziankę w postaci nakazu zmiany pościeli i pochowania hałdy czystych ciuchów do szafy hihi :)

w tak zwanym międzyczasie miałam urodziny... coraz bliższe trzydziestki...
nie będę pisała jakie prezenty dostałam, żeby nie wyjść na materialistkę, ale napiszę, że największy prezent sprawiłam sobie sama.
otóż dokonałam zakupu nowego laptopa :) najwyższa pora już była, bo mój stary, wysłużony ma już ponad 6 lat... i choć nigdy mnie nie zawiódł, to ryzyko, że ekran odpadnie od całej reszty, było zbyt duże. poza tym to był mój pierwszy komputer, więc być może moje na nim niedoświadczone działania doprowadziły do jego spowolnionej pracy? teraz zapoznaję się z nowym sprzętem i z niechęcią myślę o próbie transferu różnych moich z bzdetów ze starego na nowy. po prostu mi się nie chce. no i zastanawiam się co zrobić z tym moim starym, choć działąjącym jeszcze złomem. bo przecież nie wyrzucę na śmietnik, a na sprzedaż się raczej nie nadaje...

już chciałam się chwalić, że jestem bardzo zorganizowana w tym roku, i dokonałam już zakupu wszystkich prezentów - Jego urodzinowych i świątecznych też. na szczęscie tylko jemu muszę kupować i ewentualnie dorzucić coś na prezenty dla jego rodziny - moja się nie wysila, więc ja tez nie :)
ale nie wiem czy nie chciałam się przechwalić. otóż sporo rzeczy kupiłam przez internet. i nie żeby bez bólu było, jedna koszulka na pewno była za mała, więc musiałam ją odesłać, a nowa którą dostałam - o ironio - będzie za duża. więc dałam sobie spokój i już nie wymieniam. ale najbardziej martwi mnie jego "główny" i zarazem najdroższy prezent. otóż dokonałam zakupu, ale okazało się, że moje zamówienie będzie wysłane z Chin albo innej Tajlandii, no i tak czekam, czekam, aż weszłam na stronę, do której dostałam numer "śledzący", a tam czarno na białym, że moja paczka dostała dostarczona... 3 dni temu! nie do mnie bynajmniej! no i zaczęłam się stresować, bo sporo kasy mnie to kosztowało i nie wiem co się dzieje... napisałąm do niech maila, powinni jutro odpisać...

no, to idę jakiś obiad skręcić.

poniedziałek, 8 listopada 2010

nie ma to jak pojechać do innego miasta, i zobaczyć jedynie hotel, pub/restaurację i dwa centra handlowe :). tak, to mojego chłopca, a teraz i już mój styl :P. tak bywa, muzeów i tak nie lubię :)
nadwerężyliśmy budżet już pierwszego dnia, razem wydaliśmy jakieś 3 stówki w Hollisterze. potem miły wieczór i kolejne centrum handlowe następnego dnia. i wszystko byłoby fajnie, gdybyśmy się nie pożarli na pożegnanie Newcastle. próbuję sobie przypomnieć o co, ale jakoś nie mogę, czyli pewni kolejna bzdura...
i o tym właśnie ten wpis. kocham go, wiem że on mnie kocha, ale działamy sobie na nerwy dość mocno. wczoraj np. poszliśmy z inną parą do pubu oglądać mecz i pożarliśmy się tak (znów nawet nie pamiętam o co!), że tamci nie bardzo wiedzieli jak się zachować. fakt, że oboje jesteśmy wybuchowi, godzimy się równie szybko jak zaczynamy kłócić.
ale wczoraj nie wytrzymałam. leżeliśmy już w łóżku i po raz kolejny spróbowałam rozwiązać nasz problem. i chyba tym razem się udało :) dziwne to, bo wyszło na to, że ogólnie to ja się wściekam, obrażam i strzelam fochy, bo mi nie pomaga i jeszcze kilka innych rzeczy, a on się na mnie wkurza na moje fochy i obrażanie się (jestem mistrzynią!). i kółko się zamyka. i tak żeśmy się kręcili w to kółko dość długo, aż doszliśmy się do konsensusu, że oboje musimy wyluzować, a ja dodatkowo muszę przestać zachowywać się jak dzieciak...
dziś pierwszy dzień "pokoju". nie widzieliśmy się wprawdzie wiele, ale było cud, miód i orzeszki :)
raz nawet miałam okazję strzelić focha - bo mnie wkurza jak ktoś do niego podchodzi, urządzają sobie pogawędkę, a on mnie nawet nie przedstawia! ale jakoś się przemogłam i powiedziałam mu prosto z mostu w czym problem, na co on, że pewnie w życiu tego kolesia więcej nie zobaczy na oczy i uznał, że nie jest wart przedstawiania mnie :)
zobaczymy jak długo potrwa to zawieszenie broni.

czwartek, 14 października 2010

w sumie dzieje się niewiele.
stres, stres i jeszcze raz stres.
to oficjalne - nienawidzę swojej pracy! albo może nie tyle pracy, co w niej ludzi. robi mi się niedobrze co rano jak pomyślę, że znowu mam tam iść. jeszcze nigdy nie było aż tak źle...
no i stresa mam, bo zaczęłam szukać czegoś innego, ale póki co cisza. nie wiem, może za wysoko mierzę... no ale przecież nie chcę się pakować w to samo gówno, bo po co? problem w tym, że w większości miejsc płacą teraz płacę minimalną, a to też mnie nijak nie urządza, bo nawet przy pełnym etacie nie zarabiałabym wystarczająco... no ale warto zaryzykować, może lepiej mieć mniej pieniędzy ale spokój duszy... zresztą, ja tu sobie gdybam, ale nie ma o czym, bo jeszcze nikt nawet się nie pofatygował, żeby mi powiedzieć w twarz, że mam spieprzać na bambus szukać kokosów.

no i moje chłopczę też ma stres, bo w jego pracy też nie za ciekawie, ale on ma o tyle lepiej, że wie, że już "zaraz" zmienia pracę, tylko musi poczekać na jeden list z pozwoleniem i tyle... i jego stres jest łagodzony duuużo lepszymi pieniędzmi niż mój...

ale nieważne. poza tym mam jeszcze jeden kłopot. napożyczałam ludziom pieniędzy jakiś czas temu, i teraz mam problem, żeby to odzyskać. wkurwia mnie wieczne upominanie się, o własne, ciężko zarobione pieniądze.aż się rzygać chce! bo co mnie obchodzi, że teraz nie mogą oddać, jak pożyczyli dwa lata temu? ja nie pożyczam, jak wiem, że nie będę miała z czego oddać! chociaż jedno mi z tego zostanie, "dobry zwyczaj - nie pożyczaj". masakra, szkoda gadać... tylko nerwów szkoda...
a poza tym mój Robaczek jest bardzo kochany, rozpuszcza mnie jak dziadowski bicz. w tym tygodniu byliśmy dwa razy w restauracji, dzień po dniu! aż mi się tęskni za domowym jedzeniem :P w związku z czym idę zaraz ugotować rosół. mam smaka! szkoda tylko, że on go nie tknie - bo dla niego klarowna zupa "to takie nic". no chyba, że tym razem zmuszę, bo krytyki bez próbowania nie lubię!
a poza tym dupa rośnie... we znaki daje się promocja lodów Ben&Jerry's w moim sklepie. kto próbował, ten wie, że są najlepsze na świecie! jedno półlitrowe pudełko kosztuje 4.18funtów (właśnie, jak się robi znaczek funta przy "polskiej" klawiaturze?), a dwa pudełka - 3 funty!!! no i gdzie tu logika??

aaa, no i w niedzielę jedziemy do Newcastle... na zakupy :) zostaniemy na noc w motelu (matko, kiedy to ja ostatnio spałam w takim miejscu??) i wrócimy w poniedziałek. taki niby "mini urlop".

no, to idę walczyć z tym rosołem, a potem sobie posprzątam mieszkanie to może mi się humor polepszy...

piątek, 24 września 2010

to po kolei.

tiramisu wyszło kosmiczne! sama zżarłam większość -nie, nie żeby nie chcieli - po prostu się podłączyłam pod miskę, i tyle było :P

no tak. u mnie to jak na sinusoidzie. w ostatnim poście jechałam po Pitusiu jak po gó**ie, a teraz muszę naprostować.
przyszłam któregoś dnia z pracy i od progu zwróciłam (jędza!) Pitolowi uwagę, że czegoś nie zrobił, czy źle coś zrobił - nie pamiętam. ale nie żeby chamsko czy coś, w ramach żartu z uśmiechem na twarzy.
a ten dostał szału, wydarł się i wyszedł z pokoju! no makabra jakaś. wyrywny to on jest jak nie powiem. poczekałam aż się uspokoi, bo z nim to nie ma co gadać tak "na świeżo" i poszłam mu wytłumaczyć, że zwracam mu uwagę, bo w interesie nas obojga jest, żeby wykonywał pewne czynności poprawnie, i że po nim nie jadę.
przeprosił, i przyznał rację. powiedziałam mu, że mnie wkurzają gary zostawiane dla mnie na następny dzień i takie tam.
miał teraz dwa dni wolne - wolnego nie miał już dawno, więc może to wpłynęło na jego wcześniejsze zachowania - przychodzę z pracy a tu zrobione i rozwieszone pranie, gary pomyte, w domu nikogo, a za chwilę sms "przepraszam, zapomniałem wynieść śmieci" :D czyli będą jeszcze z niego ludzie. i nie jest chyba tak, że robi mi na złość, albo jest leniwy.
jeszcze tylko ta pasta do zębów... ja to nigdy nie mogę być w pełni zadowolona ;P hehe.

no i pogadałam z nim o kasie na zakupy. żeby go nie wystraszyć, poprosiłam o wkładanie 50 funtów do szufladki, żeby było na zakupy, a jak się kasa skończy, to znowu itd. no i nie ma problemu :) teraz to i tak zaoszczędzimy, bo jego rodzice jadą na kilka dni do Rzymu i zabierają siostrę Pitera i jej faceta, więc my się mamy zająć ich domem, a przede wszystkim psem. dlatego też Pitolowa mama powiedziała, że zapełni dla nas lodówkę. no i jeszcze nam przywiozą prezenty :) pytali co chcę, ale ja jestem tak wychowana, że nie umiem przyjmować ani prosić o takie rzeczy, więc nie powiedziałam. zostałam za to zmuszona, żeby zrobić listę moich ulubionych perfum :)

od naszego wyjazdu do Polski i odkąd mieszkamy razem przytyło mi się z 2 kg. ale Pitol jest lepszy, on ma z 4 do przodu :) ale muszę przyznać, że dobrze mu z tym, zwłaszcza, że chodzi często na siłownię, i poszło mu w mięśnie. pozwolę sobie tu teraz na wyznanie - cycki to on ma chyba teraz większe niż ja (jędrniejsze na pewno :P)... i mam nową obsesję, nie mogę przestać go macać hihi. ma taki fajny rowek w klacie ahahaha :D moje małe ciacho.
kocham go nad życie :)

wtorek, 21 września 2010

no to chyba go troszkę przechwaliłam.
nie ma ideałów. to oficjalne - mój chłop jest rozpuszczony jak dziadowski bicz! i ktoś za to powinien spuścić jego matce lanie na gołą dupę!!!
Pituś wkłada naczynia do zlewu, ale chyba tylko po to, żebym ja je umyła jak wrócę z pracy (u mamusi była zmywarka).
wrzuca MOKRY ręcznik do kosza z brudami (a mamusia od razu wrzucała do pralki, ja zbieram żeby pralka była pełna).
zlew w łazience jest wiecznie wymazany pastą do zębów, a wanna jego żelem pod prysznic. poodkurza mieszkanie tylko jak mu powiem, fakt - bez marudzenia - ale wtedy na przykład już nie wytrze po sobie blatu i nie umyje naczyń...
a najbardziej wściekł mnie z kasą. umówiliśmy się, że zakupy "jedzeniowe" płacimy pół na pół. no i po kilku dniach nazbierało mi się kilka paragonów, mówię, że jest mi dłużny 37funtów (tyle co nic!), a on złapał te paragony i do mnie "a co ty w ogóle kupiłaś?". no myślałam, że go trzasnę. albo jego mamusię - w domu nie płacił, a lodówka zawsze była pełna. ewidentnie nie wie ile kosztuje proszek do prania, żarcie i tym podobne bajery. tłumaczy się, że nie jest przyzwyczajony itp. jasna dupa... wkurzył mnie do tego stopnia, że mu zrobiłam małą jazdę. nie wydaje mi się, że odniesie to jakikolwiek skutek. muszę wymyślić jakiś system, bo teraz to się stresuję, żeby mu powiedzieć, że coś kupiłam i że ma mi oddać kasę. na zakupy nie mamy za bardzo kiedy jeździć razem. póki co zarzekłam się, że nie będę zakupów w takim razie robić wcale! ot! boże, jak z dziećmi...
nie żeby to jakiś koniec świata był, trzeba się dotrzeć :P ale co się nawkurzam to moje.

i dostaliśmy dziś z agencji nową lodówkę. byłam na tyle bezczelna, że wysłałam im linka do takiej jaką chcę. i nie mogłam dziś uwierzyć - bo taka dostałam!! a chłopaki, którzy ją przywieźli ostro do mnie podbijali tekstami "sama tu mieszkasz?", "a skąd jesteś?", "o, masz chłopaka :(". muszę przyznać, że byli przesympatyczni i podbudowali mi trochę ego :)

a teraz właśnie skończyłam gotować krupnik i poparzyłam nim sobie język. pierwszy raz w życiu zachciało mi się też zrobić tiramisu, ale śmietana mi się nie chciała ubić na pianę, więc nie wiem czy to będzie to co powinno. w przepisie zresztą nie napisali czy to ma być ubite na pianę czy tylko wymieszane. a wszystko po to, żeby jutro otruć mego chłopca rodziców, bo przychodzą na kawę... :P hihihi

i laptop wydaje jakieś dziwne dźwięki - mam nadzieję, że nie próbuje zakończyć żywota!!!

piątek, 17 września 2010


mam najlepszego faceta na świecie!
to oficjalne.
łaziliśmy kilka dni temu po sklepach. zaciągnął mnie do jubilera...
(nie, nie, nie po TO to co myślisz!!)
... żeby pooglądać zegarki. no i pokazał mi serię"sportowych" zegarków, które mu się podobają. i choć ja nie noszę zegarka już kilka lat od razu na nie zachorowałam. "na nie" bo wybór kolorów, wielkości itp. jest dość spory. zaczęłam przeliczać kasę, czy mogę sobie pozwolić, ale stwierdziłam, że sobie daruję i poczekam do urodzin i go sobie wtedy zażyczę. ale Peterowi powiedziałam, że jest najgorszy, bo przez niego chcę coś, bez czego żyło mi się wcześniej całkiem dobrze :P
następnego dnia przyszedł z siłowni i zaczął się podniecać, że właśnie papież koło niego przejechał :D a chwilę potem przynióśł małą torębkę, i powiedział "mam coś dla ciebie". już wiedziałam co to :D



spytałam z jakiej okazji, a on na to, że z żadnej.

zawsze zapisuję ile godzin przepracowałam danego dnia, to i otwieram kalendarz a tam - jak krowie na rowie - 16 wrzesień, rocznica pierwszej randki :)
I po raz kolejny okazało się, że nasze życie to jeden wielki zbieg okoliczności.
Peter śmiał się jak powiedziałam, że będę nawet w nim spać :P


a tak z innej beczki.
myślałam, że wynajmując mieszkanie z agencji wprowadzimy się do miejsca, gdzie będzie porządnie posprzątane, i wszystkie urządzenia domowe będą działać. okazało się, że bardzo się myliłam. był już u nas hydraulik naprawić przeciek rury pod zlewem, dziś elektryk "walczyć" z lodówką (zamraża a nie chłodzi a ustawiona jest na zero) i grzejnikami. jeden grzejnik jest do wymiany, inne sprawdzę dopiero w nocy, bo wtedy powinny się włączyć. lepiej zrobić to teraz niż jak przyjdzie zima, a wszyscy mówią, że to już niedługo! więc okazało się, że pan elektryk nie umie naprawić naszej lodówki, i dzwoniła do mnie dziewczyna z agencji - dostaniemy nową! kolejna mała rzecz a cieszy :) wysłałam jej rozmiary i czekamy do "po weekendzie" :)
aha, pan elektryk - typowy Szkot z wyglądu: rudy, blady, piegowaty :) - pytał ile już tu mieszkam, że tak dobrze mówię, i że troszkę ze szkockim akcentem. połechtał mi ego :) ale chyba chciał być miły, bo Peter cały czas powtarza, że nigdy nie będę miała szkockiego akcentu...
wcale nie chcę :P obędę się bez :P

niedziela, 5 września 2010

jestem. wróciłam. żeby nie było, że mnie wcięło...
to tak.

urlop się udał, ale udał by się bardziej gdyby: pogoda była lepsza, gdyby większa część mojej rodziny i znajomych mówiła po angielsku (czytaj: ktokolwiek!) i gdyby Polska nadal nie tkwiła w jakichś śmiesznych zabobonach.

Piter nie czuł się tam fantastycznie, bo jedyną osobą, z którą mógł pogadać, byłam ja. bo rozmowa z kimś ze mną w roli tłumacza, to nie to samo. tzn. to jeszcze pół biedy, ale kiedy spotykało się więcej niż dwie osoby zaczynały się schody, bo nie ma szans tłumaczyć wszystkich, a jak już coś zdążyłam przetłumaczyć a Piter miał coś na ten temat do powiedzenia, to rozmowa toczyła się już o czymś zupełnie innym.

to, że Polska jest jeszcze sto lat za murzynami poświadcza fakt, że w centrach handlowych moje chłopczę było śledzone namiętnie przez ochroniarzy. przez ilość tatuaży, które ma. jeden pan był na tyle bezczelny, że praktycznie strugał mu marchewki! powiedziałam do Pitera, że jak ten koleś zaraz się nie odpieprzy, to mu coś powiem, a jak tylko usłyszał, że mówimy po angielsku, tyle go było! zaczepiali go też różni żurkowie w stylu "ej, daj złotówkę". żenada... czadu dała też moja babcia pytając: "da się to jakoś zmyć?", moja siostra nie wytrzymała i wypaliła : "tak, zmywaczem do paznokci!!!" :) z tym, że moja babcia, to kompletnie osobny rozdział - normalnie u niej są teksty w stylu "te, a jak to Szkot to pewnie chytry?". masakra...

kiedyś powiedziałam Piterowi, żeby pamiętał, że to jest mój dom, i zawsze będę wobec niego sentymentalna. i że często po powrocie do Szkocji będę się łamać, mieć chandrę i w ogóle to "ja chcę do domu". w takich sytuacjach kazałam mu powtarzać mi, że nigdzie nie wracam (choć on twierdzi, że nie miałby prawa mnie zatrzymać). no i siedzimy sobie w restauracji w mieście, a Piter mówi: "wiesz co? po tym co widzę i co mi powiedziałaś o tym ile ludzie zarabiają itp. - i tak bym Cię nie puścił" :)

poza tym moja najlepsza przyjaciółka i jej mąż doprowadzili mojego chłopca do pierwszego kaca w życiu - umierał mi potem cały dzień (a nie jest cienki w piciu, żeby nie było). na jego nieszczęście akurat tego dnia powróciła fala upałów a nas czekała jazda autobusem (duchota!) i tramwajem! :)

jedzenie mu bardzo smakowało, przytył skubaniec z 3kg :) nie mógł przeżyć, że w "naszych" kebabach jest tak mało mięsa i przyznał, że nasza kaszanka jest bardzo dobra (to tak a propos ich dumy narodowej - haggisa).

ogólnie mam nadzieję, że wyjazd odebrał pozytywnie, ale chyba najlepszym tego wyznacznikiem będzie jak pojedzie tam ze mną znowu.


teraz mieszkamy razem od 10 dni. pierwsze dni były dramatyczne, bo miałam wrażenie, że Piter myślał, że przeprowadzka zajmie 2 godziny a zajęła dwa dni, dopiero wczoraj skończyłam czyścić i szorować mieszkanie. żarliśmy się przez te pierwsze dwa dni co chwila. a teraz się wkurza o moje komentarze w stylu "a czemu nie umyłeś garów po sobie?". za to umie już robić pranie (mamy najprostszą w obsłudze pralkę na świecie!), ale póki co ja go wyprzedzam z praniem. niestety, ale ma się tego "jobla" na punkcie porządku, i dopiero uczę się "odpuszczać".

czwartek, 5 sierpnia 2010

to tak...

wprowadzam w Szkocji nowy zwyczaj - imieniny :) bo moje były 26ego lipca. bardzo mi się podobało, że Piter zabrał mnie do restauracji i dał pieniążki na kurtkę, którą sobie wypatrzyłam na ebayu :) ale nie mogłam znaleźć kiedy jest Piotra :P tzn. znalazłam, ale nie wiedziałam, która to z wielu dat. wychodzi chyba na to, że 29. czerwca, więc po ptokach :P

za 11 dni urlop!! nasz pierwszy wspólny wyjazd do Polski. chyba jestem bardziej podekscytowana niż zdenerwowana, więc pozytywnie. grunt, żeby pogoda była ładna, to nie będziemy się u mie na wsi nudzić :)

za to zdenerwowana jestem innym faktem. otóż wracamy 26ego, a 27ego odbieramy klucze od naszego pierwszego wspólnego (niestety wynajmowanego) mieszkania. poszukiwania były żmudne i długo bezowocne - a bo to cena nie taka, to lokalizacja do bani, a to ogrzewanie nie takie, a to parkingu nie ma a dwa auta trzeba gdzieś zmieścić...
mieszkanko jest malutkie, ale po wpakowaniu w nie trochę miłości pod tytułem "pół ikei" będzie fajne. i ma wannę :) mała rzecz a cieszy po miesiącach pod prysznicem:). kuchnia jest razem z livingiem ("pokojem dziennym") i jadalnią, więc fajnie, bo w końcu nie będę odizolowana przy garach :P i fajnie mi się zrobiło, jak Piter powiedział, że za każdym razem jak tamtędy przejeżdża to ma ochotę wjechać na naszą uliczkę :)
no ale oprócz radości są też stresy... bo po pierwsze wyprowadza się z domu rodzinnego, więc jest przyzwyczajony, że mamusia pierze, prasuje, gotuje i... daje piątaka na lunch(!!!).
boję się o kasę, bo ja spłacam pożyczkę, on spłaca auto, więc może być cienko, tzn. ja jestem przyzwyczajona, ale on nie bardzo, i nie chcę, żeby potem odreagowywał na mnie brak kasy na zbytki i przyjemności. także jak zawsze medal ma dwie strony... nic, zobaczymy jak to będzie...

a, no i chwała Piterowi, że namówił mnie, żebym kupiła auto wcześniej niż musiałam, bo dość pokrętną drogą, ale wydedukowałam, że mój były nie płaci ubezpieczenia za poprzednie auto. no szlag normalnie może człowieka trafić! a co jakbym się rozpieprzyła?! bosz, co za debil...
[mały updejt: właśnie przyszedł zobaczyć auto, bo nie odpaliło mi ostatnio, więc potwierdził moją tezę, że to akumulator, oddałam mu kluczyki - jeszcze niech tylko odda mi resztę kasy i paszoł won! i się uśmiałam, bo powiedział "i nie chudnij już wiecej" - no tak, odkąd mnie poznał ja schudłam jakieś 30kg, ale on za to wygląda jak pączuś w maśle]

no, to idę szperać w ikea.com :P

sobota, 17 lipca 2010

ja w ogóle to jakaś dziwna jestem. Piter pracuje w centrum handlowym, w restauracji, a że ma przerąbane godziny pracy, i ja zresztą też, to się mijamy kompletnie i nie widzimy po kilka dni. no i dzisiaj pojechałam do tego centrum na zakupy, dostałam smsa, że akurat miał przerwę.
no i się sfoszyłam, że nie powiedział, żebym przyszła na chwilę. jak już odjechałam napisał "czemu nie przyszłaś?" - "bo mi nie powiedziałeś ( w domyśle "k**wa") że masz ochotę mnie widzieć".
no i mam doła na własne życzenie - idiotka, jak sama "siebie" czytam to mi się k**wa żal robi. a odpierdzieliłam się do tego centrum jak na gościnne występy, szpilki i w ogóle, chciałam żeby był dumny, a tu ch**j! tylko tyle, że sobie ego podbudowałam - paru obślinionych facetów, w tym jeden prowadzący swoją malutką córeczkę za rękę! (faceci to sk**wysyny swoją drogą).

więc to oficjalne, jestem nienormalna! i moje durne fochy, zazdrość i cholera wie co jeszcze do niczego dobrego nie doprowadzą... jemu już należy się medal, że ze mną wytrzymuje! amen.

a może to hormony??

wtorek, 6 lipca 2010

Dziwne to życie. Moje przynajmniej. Totalna sinusoida. Góra, dół. Góra, dół.

Pomimo smutnych wydarzeń ostatnich miesięcy tak mi jakoś od kilku dni... dobrze. Wyjaśniliśmy sobie trochę rzeczy z Pete'm, bo ostatnio to już kiepsko z nami było. Jakieś bezsensowne kłótnie i nieporozumienia jedno za drugim. Do tego stopnia, że w pewnym momencie dostałam od niego wiadomość "wiem, że mnie zostawisz". Ale wręcz przeciwnie, wszystko się uspokoiło, i oby tak już zostało. W przyszłym tygodniu mamy prawdopodobnie zacząć szukać mieszkania razem. Nawet znalazłam jedno idealne (na zdjęciach hehe), jak nie zniknie do tej pory, to pójdziemy obejrzeć.

Aaa, i kupiłam sobie auto :) Czarną Corsę sxi+ :D Cudne moje maleństwo śmiga jak trzeba :)
Ale co jest zabawne - oczywiście zajęło mi kilka dni przyzwyczajenie się, i teraz jak po dwóch tygodniach chciałam przeparkować Audi, nie chciało nawet drgnąć hehe. Już się odzwyczaiłam od jego pedałów :)

Ale żeby była równowaga w przyrodzie - nienawidzę swojej pracy, szukam nowej - na razie bezskutecznie.
I chyba mam hemoroidy... :(

Ech, życie...

wtorek, 22 czerwca 2010

kilkanaście tygodni temu umarła mi babcia - mama taty.
zaraz po niej umarł jej syn a brat mojego taty - H.

wczoraj umarł mój tata.

miał 55 lat. nie wiemy co i jak i kiedy i dlaczego.
i nie będziemy wiedzieć, bo nie będzie sekcji. życia mu to i tak nie przywróci. nie jadę na pogrzeb, jest jutro. siostra zamówiła wieniec w moim imieniu.
popłakałam wczoraj troszkę, dziś już jest normalnie. tata, albo raczej ojciec - jak go zawsze nazywam, nigdy nie był mi bliski. pijaczyna, który zrujnował życie mojej mamy a po części moje i mojej siostry. żal mi, że nie powiedziałam mu i już nie powiem kilku rzeczy, które zawsze chciałam mu powiedzieć. nie - nie, że go kocham - że jestem na niego zła! że jak mógł! że mnie spaczył do końca życia...
nie będę już mówić o nim źle, bo o zmarłych źle się nie mówi.
jest mi trochę przykro.
i jestem wściekła, bo okazało się, że moja "fantastyczna" babcia, i swoją śmiercią ojciec zostawili mi i mojej siostrze w spadku... dług 40 tyś. zł.! dziękuję Wam kochani! piękne ostatnie pożegnanie... w zasadzie nic lepszego się po nich nie spodziewałam.


sobota, 19 czerwca 2010

rozmawiałam wczoraj z Peterem o emigracji, że nie ma pojęcia jak to jest, i że wszystkim Brytolom to się wydaje, że to tak hop siup, przyjechalim, zabralim im pracę i szczęśliwi. tłumaczyłam mu, że ja już jestem napiętnowana. że już nigdzie nie będę tak naprawdę w 100% szczęśliwa. bo jak jestem tu, to tęsknię za mamą, za rodziną, przyjaciółmi, Polską, kebebem z Qrnika. jak jestem tam to tęsknię za Pitolem, moim autem i kawą ze Starbucksa... i tak w koło macieju. i jak zaczęłam coś mówić o moich przyjaciółkach z Polski, to mi się gardło ścisnęło, i łza zabłysła w mym oku...
nie wiem czy zrozumiał...

STRASZNIE ZA WAMI TĘSKNIĘ DZIEWCZYNY, WSZYSTKIM RAZEM I KAŻDĄ Z OSOBNA! NIKT Mi WAS TU NIE ZASTĄPI(Ł).

środa, 16 czerwca 2010

"Anka, tam w górach, była prezentem od Losu. Do dzisiaj mam wrażenie, że bez przerwy otrzymuję od niego prezenty. Czasem ich sens widzę dopiero po jakimś czasie, szczególnie jeśli ktoś lub coś odchodzi i w pierwszym momencie wydaje mi się, że świat oszalał, że to niemożliwe, zbyt bolesne, niesprawiedliwe. Potem okazuje się, że otwierają się jakieś nowe, nieprawdopodobne przestrzenie, niezwykłe możliwości, że to, co uważałam za stratę, jest darem, to, co było smutkiem, zamienia się w radość, to wszystko są prezenty od Przeznaczenia."

"(...) Obiecałam sobie nigdy, ale to nigdy nie oceniać ludzi. Bo nigdy nie wiemy, co się kryje pod pozorami ludzkich motywacji i zachowań. Nie wiemy po prostu nic o drugim człowieku, z wyjątkiem tego, że na jego półce w lodówce leży wyłącznie arbuz. (...)"

" A kim ja jestem> Wiem, jak się nazywam, wiem czego nie chcę, wiem, co powinnam. Ale kim jestem? Co robię? Dlaczego prowokuję los? Czego o sobie nie wiem? Co mam zrobić, żeby moja córka była szczęśliwa?
Dopiero później dowiedziałam się, że aby dziecko było szczęśliwe, szczęśliwa musi być matka."

"Piszę o psie, którego kochałam, bo tak jest łatwiej. Nie piszę o chorobach i śmierciach moich bliskich, a przecież moje życie również składa się z takich dramatów. Ale to życie, a nie książka. I niech tak zostanie.
Dzisiaj jest piękne.
Mądrzy ludzie mówią, że przeszłością nie można się zajmować, bo jej już nie ma, przyszłością nie warto, bo jej jeszcze nie ma. Ważna jest tylko teraźniejszość. Tego próbuję się trzymać. Dopóki żyjemy, na nic nie jest za późno. Nie jest za późno na radość, nadzieję, miłość, bez względu na to, ale ma się lat, i bez względu na to, co się zdarzyło niegdyś."

Katarzyna Grochola "Zielone drzwi"

piątek, 11 czerwca 2010

Z Peterem to tak - chyba zrobiłam wiele hałasu o nic. Mam jakąś straszną tendencję do przesadzania ostatnio, a jak jestem "hormonalna" to już całkiem... Nie będę się wdawać w szczegóły, bo zaczęłam czytać fajną książkę a mama przywiozła mi ją i kilka innych z naszej biblioteki, wiec muszę je zdążyć przeczytać i odwieźć w sierpniu :)
Ogólnie to pożarliśmy się jeszcze trochę i w końcu doszliśmy do porozumienia. Wyszło na to, że strasznie stresuje się szkołą, stąd łatwość w oddawaniu się emocjom. Już jest wszystko w porządku, obiecałam że zluzuję i w ogóle. A jak każda baba z kolesiami i piłką nożną szans nie mam żadnych, więc po co walić głową w mur? Swoją drogą zaczęły się mistrzostwa świata, Peter za dwa tygodnie będzie zmieniał pracę, wiec tymczasowo mogę zapomnieć, że chłopa mam. Jedyne co starałam się na nim wymusić to to, że jak jest problem to trzeba obgadać, bo on zawsze mówi "dobra, zostaw to", a tak problemów się nie rozwiązuje, wręcz przeciwnie, narastają tylko. A dzisiaj na przykład widziałam go z pół godzinki - łał! :) - i był taki kochany Pituś przytulas :)

No ale przecież nie może być za pięknie. Rozwiążesz jeden kłopot - w łeb jebnie Cię drugi. "Kolega" z pracy - Mark gej - przyszedł dziś do pracy pijany (nie pierwszy raz zresztą) i nazwał mnie szmatą/dziwką (niepotrzebne skreślić) a potem zapytał, kiedy mi się wiza kończy. Uprzejmie go poinformowałam, że wizy nie potrzebuję, na co on, że "mamy nowego premiera i on Cię niedługo deportuje"!! Ja mu na to "w czym masz problem?" - "Ty jesteś moim problemem". A wszystko przez naszego wspólnego kolegę, który zaczął się od Marka izolować od kilku dni a tym samym więcej gadać ze mną, o co Mark jest ewidentnie zazdrosny i zachowuje się jak porzucony kochanek. Ani chwili się nie zastanawiałam, poszłam do kierownictwa i powiedziałam o całej sprawie. Mark zniknął, nigdzie pijaczyny nie można było znaleźć - prawdopodobnie poszedł do domu - ale za to cały sklep zaszumiał i podzielił się na grupki - tych, co uważają, że dobrze zrobiłam i tych, co nazywają mnie teraz "podpierdalaczką". Do tych ostatnich należy przede wszystkim Niki, która nota bene w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że jestem z Peterem, a która od jakiegoś czasu mnie ignoruje nie odpowiadając nawet na głupie cześć. Jedna z babek, która jest po mojej stronie, gdy dowiedziała się jak mi po tym obrabiają dupę, poszła do kierownictwa potwierdzić, to co ja im powiedziałam wcześniej. Skończyło się póki co na tym, że jedna z manadżerek zorganizowała nam spotkanko, powiedziała, że sprawa jest bardzo poważna i zabroniła rozmawiać o całej sytuacji między sobą. Teraz jestem wściekła, nawet nie na Marka, bo to pajac, i pewnie jak tylko wytrzeźwieje będzie mnie przepraszał na kolanach. Szlag mnie trafia na myśl o Niki. Bałam się, że powie jakieś bzdury Peterowi i będzie to miało na niego jakiś wpływ, bo przecież oni się znają o wiele dłużej. Na szczęście nic takiego się nie stało. Teraz czekam na dalszy ciąg wydarzeń, jutro postaram się w sobie zebrać i powiem Niki co o niej myślę, w miarę możliwości bez emocji.
Teraz zazdroszczę Peterowi, że za dwa tygodnie zaczyna nową pracę...
Chyba czas kopnąć się w dupę i ruszyć na poszukiwanie "nowej kariery". Tylko jak się za to zabrać... ech...

poniedziałek, 7 czerwca 2010

no to tak. będzie niewesoło.
jestem samotna wśród ludzi... strasznie, brakuje mi przyjaciół, mogę powiedzieć szczerze, że nie mam tu ani jednego, a jak tylko ktoś zaczyna do tego miana aplikować, zaraz zwija walizki i wyjeżdża. a może przesadzam? może w Polsce byłoby to samo, bo przecież każdy prędzej czy później zaczyna zajmować się swoim życiem... nie wiem, doły ostatnio łapię non stop.

i z Peterem też się jakoś pieprzy ostatnio, koniec miesiąca miodowego... boję się o to czy przetrwamy, a jak tak to czy będziemy się nadal mocno kochać?

zaczęło się jakoś czas temu kiedy powiedział, mi coś w stylu że "za dużo go całuję". kopara mi opadła... czy to grzech lubić czułość i okazywanie uczuć? wytłumaczyłam jak mi się zdawało krowie na rowie, skąd ta moja nieodparta potrzeba, że w domu mnie nikt nigdy nie przytulał, okazywał miłości itp chyba nie dotarło, ale strasznie wpłynęło na moją psychę, bo od tamtej pory za każdym razem jak się chcę do niego przytulić, to się zastanawiam, czy nie za dużo?? i zrobiłam się przez to bardziej nerwowa, co znowu najlepiej nie wpłynęło na wydarzenia "potem". przecież widziały gały co brały, ja się nie zmieniłam, nigdy nie byłam optymistką i chyba nigdy nie będę, bo tego nie można się nauczyć?? a on do mnie non stop z ryjem, że mam przestać patrzeć na wszystko negatywnie! no ale jak - się pytam, jak własny chłop nie pozwala mi okazywać czułości? nie mogę sobie popłakać (a czasem lubię), bo zaraz dostaję zjeby, że jestem niemądra. ostatnio tak na mnie huknął jak prowadziłam auto (nieważne czy miał rację czy nie), że znowu zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć, czego niestety czego świadkiem była moja mama, która najpierw przez to załapała doła, a potem się popłakała! a co Peter na to? stwierdził, że już w taki razie wie, po kim jestem taka uczuciowa...
potem znowu zaatakowała mnie wścieklizna, bo wiedziałam, że przez najbliższy tydzień nie będę miała wolnego, a jedyny dzień i noc w takim razie, które może u mnie spędzić jest sobota. a on co? pojechał z kolesiami na gokarty, potem oglądał z nimi boks w środku nocy i przez to nawet nie przyjechał się ze mną zobaczyć o umówionym czasie - nie przyjechałby pewnie wcale przed wieczorem, gdybym go niechcący nie obudziła smsem w niedzielę rano. no i znowu dwie racje, bo on mówi, że nie ma kiedy się widzieć z kolegami, bo praca, szkoła i że czasem trzeba. no i ja to rozumiem, ale o ile prościej byłoby gdyby się spytał, czy nie mam nic przeciwko, a nie wyjeżdżał do mnie, że przecież widzieliśmy się codziennie przez ostatnie 4 dni i noce. a co ja ku**a, limit wyczerpałam? jak ja mam wierzyć, że on mnie kocha i chce ze mną zamieszkać, jak 4 dni to za dużo?
potem znowu była jazda, bo stwierdził, że za mocno po nim jadę a propos szkoły - no fakt, może zamiast pytać co chwila, kiedy będzie się uczył, powinnam była trochę zluzować, ale nie mógł mi tego powiedzieć mi tego od razu - słuchaj, będę się uczył jak mam czas, nie ciśnij mnie, bo mam wystarczającego stresa? i jeszcze mi zarzucił, że go o to cisnę dla własnych celów, bo im szybciej to zrobi, tym szybciej zacznie pracować, i zarabiać wystarczająco, żebyśmy zamieszkali razem, bo wie, że ja już bym chciała. ogólnie to nie powiedział tego, ale zrobił ze mnie parszywą egoistkę, którą oczywiście jestem - jak każdy człowiek - do pewnego stopnia...
a jak chciałam o tym wszystkim pogadać, to on mówi "dobra, zostaw to już". dla mnie to wygląda jakby nie chciał rozmawiając rozwiązywać problemów - chciałabym mu to powiedzieć, ale się boję, że znowu powie "jesteś niemądra, zostaw to już". dzisiaj wybrał się do szkoły godzinę wcześniej, więc się spytałam czemu, a on, że o co mi chodzi i w ogóle. łzy mi stanęły w oczach i na chwilę zaniemówiłam, a on na to "nie mów nawet, że płaczesz". to powiedziałam, że nie i przełknęłam gulę... mam wrażenie, że w ogóle już nie mogę być sobą, bo wszystko jest be! a na początku jakoś nie wydawało się to sprawiać większego problemu... nawet teraz jak przejrzałam zdjęcia z pobytu mamy, to na wszystkich on ma na krzyż założone ręce, a ja go obejmuję. on idzie, a ja go przytulam albo obejmuję w pasie... pozycja zamknięta...

czy to już paranoja?? wytwór mojej wyobraźni?? koniec bajki?? a może faktycznie jestem niemądra... może za bardzo dramatyzuję...
spróbuję trochę zluzować, i zobaczymy, jak będzie...