Kilka słów o mnie....

Blog ten to mój prywatny pamiętnik, więc piszę w nim, co mi się żywnie podoba, niezależnie od tego, co myślą inni.
Jestem cyniczną, sarkastyczną pesymistką, która zawsze szuka dziury w całym - jak to się ładnie nazywa "drama queen".
Jak nie ma dramatu, to jest nuda, a ja nudy nie lubię.
Lubię za to wyolbrzymiać, taka moja natura.
Dlatego jeśli czytasz, czytaj uważnie, z przymróżeniem oka i czytaj między wierszami.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Bo nie wszystko jest takie, jakim mogłoby się wydawać...

niedziela, 24 lipca 2011


alergia na faceta tymczasowo zażegnana. od 10 dni się nie pokłociliśmy, co jak na nas to duży sukces. pewnie do następnego... okresu :P
jakiś tajemniczy się zrobił, coś wspomniał o swoich oszczędnościach, więc mu powiedziałam, żeby mnie nie wkurzał wiecznym marudzeniem, że nie ma kasy, skoro ma. on na to, że zbiera na coś dużego. jakoś nie spytałam na co, nie wiem, może samochód, albo na wspominaną wcześniej wycieczkę do ameryki lub australii (czyli dwóch państw, do których ja nie mam wstępu bez wizy i pierdzielenia się w papierki). się okaże...

zapał na skakankę przeszedł - tak mnie już bolały kostki, że kulałam w pracy, więc stwierdziłam po kilku tygodniach, że dalej tak nie mogę.
to zapisałam się na siłownię!!!! prawie, że za rogiem jest taka wielka, wszystko nowe, za grosze.
i chyba złapałam bakcyla :) póki co chodzę 3-4 razy w tygodniu, przybajmniej do urlopu w Portugalii, na którym chciałabym wyglądać przyzwoicie. i naszemu związkowi też to dobrze zrobiło, bo a) mamy coś, co możemy robić razem, b) trochę go zazdrość chwyciła o siłownianych osiłków, którzy tam chodzą panienki oglądać :P

w końcu odezwali się do mnie ze szpitala - w środę mam operację (zabieg?) wycięcia migdałków. wszyscy mówią, że potem boli jak cholera, a ja się cieszę na 2 tygodnie wolnego, które mi potem przysługują. potem 7 dni w pracy, i Portugalia, także w sierpniu za dużo się nie napracuję :)

no i najlepsza, ale i stresująca wiadomość, dziś dostałam cynk, że jak głowny menadżer sklepowy wróci z urlopu będę miała interwju na sekszyn lidera :) nie wiem niestety, czy już jest jakaś pozycja dla mnie, a jak tak, to jaka. muszę jakoś spróbować się przygotować - stresówa jak nic... nie lubię przepytywanek.

a teraz idę na siłkę się odstresować :)

niedziela, 10 lipca 2011

Na przywitanie mojego jedynego baranka, jako najlepsza nie-żona na świecie, której 4 dni wystarczyły, żeby się trochę uspokoić, upiekłam mu "papacici", czyli paszteciki drożdżowe z szynką i serem i sernik z brzoskwiniami :) Niecierpliwym nie polecam, bo się naj**ałam przy tym konkretnie.



piątek, 8 lipca 2011

leczę alergię na faceta .
zupełnie niechcący, bo jak pisałam wcześniej, bez mojego większego błogosławieństwa wyjechał na 4 dni.
muszę stwierdzić, że znoszę to zupełnie lepiej niż przewidywałam.
tzn. pierwszy dzień był dramatyczny, bo zaczęłam mieć jakieś "wjazdy psychiczne" na punkcie samotności, ale dziś jest już spoko.
chyba odpoczywam, choć roboty mam od groma, bo kolesia od stażu trochę poniosło, i będę musiała posiedzieć nad papierkami.
no i obiecałam sobie, że na powrót P upiękę sernik i - jak to on wymawia - "papacici" (i tu konkurs - co to jest?). taka ze mnie kochana nie-żona :P
jakby wracał co najmniej z afganistanu po półrocznej nieobecności :)

wymyśliłam też sobie, że muszę popracować nad sylwetką i kondycją przed urlopem (za 5 tygodni!), więc skoro nie potrafię zapanować nad swoim apetytem, postanowiłam się trochę poruszać.
a że szkocka pogoda nie sprzyja ruchu na pwietrzu, kupiłam sobie skakankę i muszę się pochwalić, że już około 10 dni skaczę codziennie po około 15-25 minut.
bolą mnie mięśnie, które nie wiedziałam, że istnieją.
są momenty, że kuleję z tej radości...
nie ma nic za darmo, mama zawsze powtarzała (rozczesując moje mokre włosy) - "chcesz być piękna, to cierp!"

niedziela, 3 lipca 2011

kilka dni temu miałam jakiś taki kijowy dzień. jak średnio co drugi zresztą, taka ze mnie optymistka... i dostałam zastanawiające smsy od P.
"nie martw się, następne kilka tygodni, miesiąc będą tego warte, obiecuję"
pytam warte czego?
"wierz mi"
to pytam czy znowu zamierza mnie czymś zaskoczyć, jakimś kolejnym wyjazdem do pracy, albo inną cholerą
"nie, nic takiego, poczekaj a się przekonasz, to nic złego"
jakoś tak to wszystko sformułował, że dało mi do myślenia...

a poza tym to mam ostatnimi czasy na P alergię... :(
co chwila czymś mnie wkurza tak, że mam ochotę mu solidnie przypieprzyć.
podejmuje decyzję, a potem się pyta czy tak może być.
średnio co drugi wieczór spędzam sama, bo to praca (tu się nie czepiam), tapetowanie chaty siostry (tu też się nie czepiam), a jak nie, to: siłownia, oglądanie boksu u kolegi albo jakieś inny badziew.
i nie wiem co z tym zrobić, bo nie to, że go przestałam kochać - absolutnie nie - po prostu aktualnie nie jest mi za fajnie, i mam nadzieję, że uda się to jakoś zmienić, pomimo mojej uwagi, że związek to ciężka praca jakoś nie wywarła na nim wielkiego wrażenia. i mam wrażenie, że na tym polu to ja zapierdalam za dwoje...
mam nadzieję, że to niedługo przejdzie...
(koleżanka powiedziała, że też tak miała, i przeszło!)
te cztery dni, gdy P wyjedzie do pracy może nam dobrze zrobią.

no chyba, że wyolbrzymiam, bo "hormonalna" jestem.

a z pozytywów, to pomimo pierniczenia, że kobiety będą płacić tyle samo za ubezpieczenia auta, co faceci, ja w tym roku zaoszczędziłam aż 300 funtów w porównaniu do zeszłego! :)

piątek, 1 lipca 2011

kryzys chyba nadal daje się we znaki, bo w pracy nie mamy wielu zamówień, toteż postanowiono, że z mojego działu musi odejść do innych działów około 4-5 osób. dwie osoby zgłosiły się same, reszta będzie wybrana.
uderzając w temat, postanowiłam pomęczyć znów menadżerkę "od ludzi" (ta sama, która stwierdziła ostatnio, że mogłabym sobie nie poradzić z superwajzorem w tym nowo otwartym sklepie).
tylko weszłam do jej pokoju po tym, jak nam oświadczono powyższe zmiany, a ona prosto z mostu "Ty będziesz jedną z tych, które odejdą".
se myślę, "no to bomba :/"
a ona dodała - "jako sekszyn lider" (czyli superwajzor czy jak zwał, tak zwał).
:D
teraz tylko muszę czekać, aż pojawi się wakat, bo muszą parę osób poprzenosić tu i tam. więc kij wie, jak długo.

poza tym mój chłopiec chyba coś kombinuje, napisał mi ostatnio w smsie, że kolejne kilka tygodni "będą tego warte". na pytanie "czego", odpisał "zobaczysz, będą... obiecuję".
nie wiem, może w końcu postanowił, że się będzie zachowywał, bo ostatnio to już mi naprawdę zaczął działać na układ...

a tymczasem postanowił sobie, że będzie pracował podczas T in the Park, więc przez 4 dni będę słomianą wdową - nie do końca z własnej woli.
i zrobił sobie kolejny tatuaż, a raczej uzupełnił ten, który już miał. też nie do końca z moim błogosławieństwem.
więc ja się zastanawiam, czy mój facet potrzebuje jakoś nadspodziewanie dużo "wolności, odrębności i przestrzeni", czy to ja jestem jakaś przewrażliwiona i zaborcza...

poza tym cały czas mnie męczy chata jego siostry, zazdrość mi nie przeszła, wręcz przeciwnie, po jej zobaczeniu jest mi jeszcze gorzej. dziś kumulacja w euromilionach - 135 baniek można zgarnąć :)


niedziela, 19 czerwca 2011

stał się cud.
nie, P nadal nie mówi po polsku, a ja nie wygrałam w totolotka.
a cud jest zupełnie innej natury.

w końcu... wiem, czego chcę! zawodowo w sensie.

27 lat mi zajęło wymyślanie i kombinowanie! część z nich zmarnowałam, właśnie nie wiedząc czego chcę. a że tymczasowo rynek pracy wygląda tak, a nie inaczej, możliwości są bardzo ograniczone.
więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
mojej pracy w formie, która się nie zmieniła od kilku lat, mam już powyżej uszu. toteż postawiłam na zmiany, małe, ale które - mam nadzieję - dokądś mnie doprowadzą.
ma początek staż - pracodawca zatrudnił "trenera", który nas uczy, zadaje zadania i obserwuje w pracy. ukończenie tego ma zająć od 9 do 12 miesięcy i daje mi papier, który jest uważany za ważny w całym kraju. staż dopiero co się rozpoczął - od testu z angielskiego i matematyki, gdzie otrzymałam odpowiednio 94 i 92%.
na moje pytanie, jaka jest średnia usłyszałąm odpowiedź "na pewno nie taka" :P

w tak zwanym międzyczasie staram się zostać u siebie w robocie superwajzorem. kasa byle jaka, spora odpowiedzialność, ale po 1,5 - 2 latach męczarni można zostać menadżerem, a to już inna rozmowa. póki co, mam wrażenie, że choć nikt tego na głos nie powiedział i nie powie, największą barierą jest moja narodowość - boją się, że sobie nie poradzę, więc mam co nieco do udowodnienia.
więc jak dobrze pójdzie, powinnam być w znacznie lepszym miejscu niż jestem tuż po 30tce.
a plany jak to plany - czy wyjdą, to się okaże.

a poza tym, siostra P i jej chłopak właśnie zaczęli roboty remontowe do domku, do którego mają się niedługo wprowadzić, malutki, ale przytulny. a ja jestem zazdrosna. do granicy możliwości. aktualnie to chyba moje największe marzenie, mieć swój własny dom.
idę w totka zagrać...

niedziela, 12 czerwca 2011

mało mnie tu. "odbraziłam" się z książkami. kiedyś namiętnie i dużo czytałam, potem przyszedł czas, że nie miałam kiedy, a teraz znów rzucam wszystko, i "odlatuję" do innego świata, bez moich kłopotów i zmartwień.

tak jak przypuszczałam chwilowa zaduma nad posiadaniem potomstwa przeszła szybciej niż się pojawiła. spodobało mi się zdanie, że jakim prawem mam brać odpowiedzialność za cudze życie, skoro nie mogę poradzić sobie z własnym.

a tymczasem mi się śni...
był taki czas, że długo nie pamiętałam swoich snów wcale. a ostatnio pamiętam je dość dobrze, i co dziwne, zmieniła się zasadnicza rzecz - kiedyś nigdy nie widziałam twarzy ludzi, a ostatnio często. i są to bardzo dobrze znane mi twarze: mama, siostra i babcia. oraz dużo dziwnych detali.
wielu ludzi nie wierzy w horoskopy ani znaczenie snów, ja tak - z przymróżeniem oka. kiedyś zresztą już o tym pisałam. kiedy mam sen, który jest tak wyraźny, że nie ucieka szybciutko z mojej głowy, to sprawdzam go w senniku. a oto "tłumaczenie" niektórych moich snów.

siostra - symbolizuje własny cień, odbicie. wróży dobre zdrowie.
rodzina - szczęście, udane życie rodzinne. i to mi się akurat zgadza, bo jest mi z P. dobrze.
buty - śmiałe postępowanie konieczne. znów się zgadza, bo okazało się, że pomimo że zaaplikowałam o "awans" w pracy, to zostałam niejako pominięta, bo się nie upominałam co chwilę. a teraz napastuję babkę, która się tym zajmuje :P
niebieski - zgryzoty. też się zgadza - w związku ze sprawą powyżej.
klucze - nie pokrzyżuj własnych planów przez niezręczności. a często mi się zdarza nieświadomie palnąć jakiś bzdet, który pozostawia uczucie niesmaku (tak to się mówi?!). szybko podejmij decyzję. i tu znów związek ze sprawą powyżej - zostałam postawiona przed wyborem, który miał mieć wpływ na przebieg mojej "kariery" (kariera tu z przymróżeniem oka)
buty to również podróż. i także się zgadza, bo w sierpniu wyjazd do Portugalii, którym już się ekscytuję.
pieniądze posiadać - zarozumialstwo. zabawne, bo ostatnio w ramach żartu przeszło mi przez głowę, że jestem nie tylko śliczna, ale i jeszcze parcowita i nie najgłupsza :P
chronić chłopca - wezwanie do większej aktywności w życiu. i to jest akurat ciekawe, bo całkiem niedawno doszłam do wniosku, że jak na dwudziestoparolatkę wiodę bardzo ustabilizowany, nudny i pasywny tryb życia i coś trzebaby coś z tym zrobić.

ja wiem, że wielu ludzi bardzo sceptycznie podchodzi do tłumaczenia snów w ten sposób.
P na przykład właśnie zajrzał mi przez ramię i koniecznie chciał wiedzieć co robię, a jak mu powiedziałam, przecząco pokręcił głową.
a mnie to bawi. a ile w tym wszystkim prawdy, każdy może ocenić sam.

na dokładkę, P wracał skądś wczoraj i przyniósł mi bukiet kwiatów i polskie piwo :)
spytałam z jakiej okazji, a on na to, że dawno nie dostałam :)
kochany jest czasami, nie na przykład jak przed chwilą, kiedy na moje "nie mlaskaj" odpowiedział "zamknij się" :P
nie można mieć wszystkiego :)


poniedziałek, 30 maja 2011

dziwne...
bardzo dziwne.
w sobotę rano siostra P. urodziła synka.
taki fajny, malutki...
ja ogólnie to nie bardzo chcę mieć dzieci, a napewno nie w najbliższej przyszłości.
a jakoś tego małego wyjąć sobie z głowy nie mogę.
dziwne.
bo rozum nadal mówi "nie", ale serce chyba zaczyna naginać się w stronę "tak".
ale póki co i tak "nie" :P

wtorek, 24 maja 2011

powrót do szarej rzeczywistości jest zawsze bolesny...
i tym razem był taki. łzy w oczach, zwłaszcza, że nie mam ustalonego kolejnego wyjazdu do Polski.
wiele rzeczy wciąż niezałatwionych, wielu znajomych do których nawet nie miałam kiedy zadzwonić :(
za to wspomnienia i zdjęcia.
pogoda - jak zawsze na mój przyjazd - w kratkę, od upałów po zawieruchę.
chłopaki mojej siostry już tacy duzi... tacy "dorośli" i mądrzy :)
mama wciskająca do ręki parę ładnych złotych to na to, to na tamto.
babcia tak samo wkurzająca jak zawsze (13 nieodebranych połączeń pod rząd!)
siostra zmęczona i przysypiająca w fotelu (P. się śmieje, że to u nas rodzinne!)
groby pochowanych w zeszłym roku babci, wujka i taty już pokryte warstewką kurzu...

wieczny niedosyt. mamy, siostry, domu, siostrzeńców. Polski. Polskości.

choć jedna rzecz się udała, w tym roku już mi się nie myliło! w zeszłym roku tłumacząc wszystko mojemu P. szybko zaczynałam "miksować" - do niego mówić po polsku, do mamy po angielsku, mieszać oba języki... a tym razem mogłam juz robić za tłumacza symultanicznego, czy jak to tam się nazywa... :P duma :)

no i kilka razy w Polsce wzięto mnie za nastolatkę, więc wielki komplement na niedługo przed 28 urodzinami.

a w notce pod spodem kilka "niespersonalizowanych" zdjęć.

poniedziałek, 23 maja 2011




















niedziela, 8 maja 2011

w telegraficznym skrócie.

P. jest wolny od gipsu ( po zaledwie 4,5 tygodniach!), blizna wielka, metal pod skórą można wyczuć gołą ręką (ble), łydki brak, i uczymy się chodzić od nowa. stop.

jedziemy oboje (jeej!). stop.

torby spakowane. jutro wylot. stop.

trzymać kciuki za przyzwoitą pogodę. stop.

i żeby nie było jak ostatnim razem, że mi się szybko angielski pomiesza z polskim, i ani w jednym, ani drugim nie będę umiała gadać. stop.

10 dni. stop.

piątek, 29 kwietnia 2011

jak się pieprzy, to wszystko naraz.

czy białe kłamstwo jest wybaczalne?
myślę, że tak, bo sama nieraz nieco zmieniałam fakty, aby kogoś nie skrzywdzić, albo osiągnąć coś, a przy tym nic nikomu nie popsuć. ale jego kłamstwo zabolało.
nie będę się wdawać w szczegóły, bo myślę, że to nikomu do życia nie jest potrzebne. i wolałabym żeby nikt komentarzem nie zbagatelizował i nie zrujnował mojego małego świata :)

w każdym razie wyszło na jaw, że niedługo po tym jak się poznaliśmy P. dopuścił się małej zmiany rzeczywistości. dla niego było to tylko ubarwienie, mało znaczący fakt.
ale ze względu na naszą różnicę kulturową - która jak już wielokrotnie powtarzałam - zawsze będzie nie do przeskoczenia, dla mnie ten fakt okazał się w pewien sposób ważny, ale nie znaczący. no i jak to bywa kłamstwo ma krótkie nogi, wyszło szydło z worka.
no i wielka kłótnia (w obecności znajomych co gorsze), bo ten się zaczął wypierać, że tego nie powiedział, a ja akurat, choć pamięć mam beznadziejną, dokładnie to zapamiętałam, bo dla mnie sprawa była ważna. i potem jeszcze był na tyle bezczelny, żeby się na mnie wściec, że jego kłamstwo powtórzyłam mojej rodzinie! nieświadoma, że to bzdura...
atmosfera w domu - lepiej nie mówić :(
dla mnie osobiście zawartość tego kłamstwa, nie ma większego znaczenia, dla mojej rodziny - tak.
niesmak został. bo to kłamstwo zakwestionowało sens naszego związku...
już niby wszystko wyjaśnione, ale martwi mnie fakt, że choć dom nie został zburzony, to została wyjęta cegłówka z fundamentów. a przecież życie na pewno jeszcze kilka wyjmie...

jakby tego był mało o mały włos nie zaczęliśmy dziś pływać w naszym mieszkaniu.
wróciliśmy z popołudniowych spacerków/odwiedzin/zakupów. wróciliśmy wcześniej niż zwykle, bo pogoda byle jaka. stoję w łazience wypakowując pastę z pudełka, a tu nagle
- sru!
ze ściany pod tym plastikowym pudłem od prysznica zaczęła lać się woda, a jej większość na podłogę. z pomocą sąsiada znaleźliśmy główny zawór, żeby ją zakręcić.
ale takie rzeczy mogą się zdarzać tylko w pierwszy dzień jednego z najdłuższych łikendów w roku! bo lejąca się woda to dla naszej agencji nie jest sprawa nie cierpiąca zwłoki. chuj że będziesz śmierdzieć, czwarty raz używać ten sam talerz, a gówno popychać w dół rury łyżką drewnianą!
chwałą panu, że facet siostry P. to hydraulik, więc ten tymczasowo coś tam pozaklejał taśmą do kabli (nie ma gdzie dostać części), tak żebyśmy do tego wtorku przetrwali zanim agencja będzie osiągalna.

a no i moja łamaga dostała w końcu zasiłek z okazji złamanej nogi - nie wiem skąd pogląd, że UK to państwo opiekuńcze, bo P. dostał 50f. na tydzień.
nie wiem na co to ma mu starczyć, skoro nie pokrywa nawet całej jego części czynszu...

jak nie urok to sraczka.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

no i co to za wielkanoc, dają sobie po czekoladowym jajku, niektórzy w ramach szaleństwa ugotują parę jajek i zrolują z górki (nawet nie na wyścigi), zamówią chińszczyznę przez telefon, ewentualnie sami usmażą rybę z frytkami i podgrzeją zielony groszek, pójdą na zakupy i... tyle!
ja tam jakąś wielką tradycjonalistką nie jestem, więc nie poszłam do kościoła, nie było święconki, stół się nie uginał - bo i po co? jest nas dwoje i oboje panicznie boimy się nadwagi :D
ale przynajmniej w niedzielę nie chciałam całej tej komercji. dziś już poszliśmy połazić po centrum handlowym, bo zwyczajnie nie było co robić, a inwalida w domu już wariuje...

i narwałam sobie dziś trochę dzikiego bzu - teraz pachnie w całym domu :)

właśnie niedawno się "obudziłam", że zostały mi tylko dwa tygodnie do wyjazdu do domu, muszę sobie wymyśleć jakieś ubranie i takie tam... no i tydzień zanim dowiemy się czy jadę sama czy we dwójkę...

tymczasem, siedzimy na kanapie po obiedzie. czekam na komplementy, ale te nie nadchodzą, więc mówię do P.:
- "tell me something nice (powiedz mi coś miłego)"
na co on
- "something nice? (coś miłego?) jeden, dwa trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć".
nauczył się liczyć po polsku do dziesięciu i to miało być moje coś miłego :) a ja głupia czekałam na zwykły "obiad był pyszny" :D

czwartek, 14 kwietnia 2011

Anka piekarka - a dupa rośnie....








Dobre wiadomości - Pitolowi skrócił się "wyrok", po zdjęciu tymczasowego gipsu postanowiono, że wystarczą 4 tygodnie, a nie jak poprzednio sądziliśmy 6 :). Pozwolono mu też powoli przyzwyczajać nogę do ciężaru i trochę na niej stawać i chodzić. Ale żeby było śmieszniej termin kolejnej wizyty ustalono na 10 maja - dokładnie dzień po naszym planowanym wylocie do PL. Który w zasadzie zależy od tego, czy mu zdejmą gips czy nie. Tzn. ja pojadę na pewno, ale czy on - zależy od nogi. Po ponownej konsultacji z lekarzem mamy przyjść za 3 tygodnie i wtedy podejmą decyzję, czy gips będzie ściągnięty czy nie. Więc szanse na jego wyjazd ze mną się zwiększyły, ale nadal pozostaje zagadką...

piątek, 1 kwietnia 2011

Tydzień temu, w czwartek, Pitol zafundował sobie co najmniej 6 tygodniowy urlop... bezpłatny. Poszedł grać w piłkę, a odebrałam go już ze szpitala... ze złamaną nogą w kostce - w dwóch miejscach z przemieszczeniem :(
Dopiero wczoraj (!) miał operację poskładania tego do kupy - wstawili mu blachę i kilka śrub :(
A teraz siedzi w domu, jęczy z bólu i śmierdzi. Nic nie może zrobić beze mnie, więc mam 2 i pół etatu - jeden w pracy, drugi w domu (sprzątanie, pranie, gotowanie), co najmniej pół "podaj, przynieś, pozamiataj, zawieź mnie" itp.
A że jest samozatrudniony, to kombinujemy skądby tu wytrzasnąć kasę, żeby chociaż pokryło jego część rachunków.
Właśnie przyszło pocztą zaproszenie na komunię mojego chcrześniaka, na którą kupiliśmy bilety dawno temu... wygląda na to, że pojadę sama :(

sobota, 26 marca 2011

całkiem niechcący zaczęliśmy się ze znajomą parą bawić w "come dine with me". tzn nie jakoś tam bardzo na serio, po prostu od czasu do czasu coś tam pichcimy, oczywiście tylko żeńska część naszej paczki :)
cytrynowy biszkopt.


poniedziałek, 21 marca 2011

zafundowałam sobie urlopik. ni stąd ni zowąd okazało się, że za pracę podczas kilku bank holiday'i dodano mi kilka dni do normalnej puli urlopu. i co?
zaplanowałam sobie, że oprócz wyspania się, złożę sobie cv do kupy, i powysyłam je tu i tam.
dzisiaj jest szósty, i przedostatni dzień.
cv jak nie było, tak nie ma :(
nie mam pomysłu jak się do tego zabrać...
ale za to odpakowałam kupioną dawno temu drukarkę i zeskanowałam wszystkie zdjęcia, które mam w albumach, wykonane jeszcze zwykłym, nie-cyfrowym aparatem. tym samym zafundowałam sobie podróż sentymentalną z wyjazdu do USA... 7 lat temu... bosz, jak ten czas leci.

abstrahując od tego, zaczynam się zastanawiać nad odłożeniem kasy na jakiś botox czy coś, bo mi się ostatnio bardzo pogorszyło. zmarszczki pod lewym okiem są dramatyczne. tzn. nie miałabym z nimi problemu, gdyby były skierowane w górę, takie "pozytywne" zmarszczki od uśmiechu, ale nie! one chamsko zjeżdżają w dół twarzy tworząc "smutny" uśmiech... żeby chociaż były proporcjonalne, ale nie! w zasadzie mam je tylko z jednej strony twarzy, w życiu nie spotkałam kogoś tak nieproporcjonalnego jak ja :(

jak już wcześniej wspominałam, moja pani doktor zleciła parę badań. wszystkie wyszły w porządku. a wszystko po to, żeby laryngolog miał kawę na ławie jak się u niego zjawię (ale mi się zrymowało).
ale listu z zaproszeniem do kliniki jak ni widu, ni słychu. aż w końcu przyszedł, a ponieważ nie pasowała mi data wizyty, zadzwoniłam by ją zmienić. a tam pani po drugiej stronie słuchawki, że to moja ostatnia zmiana. no to ja jej na to, że jak to ostatnia jak ja jeszcze nie zrobiłam pierwszej, a ona na to, że nie stawiłam się już na dwie (!) wizyty! no to mnie trafiło!
potrzebowałam chwilę, żeby rozkminić, aż w końcu do mnie dotarło.
klatka w bloku, w którym mieszkamy ma tylko 6 mieszkań i jest na tyle bezpieczna, że jak nikogo nie ma w żadnym z mieszkań, to ani listonosz, ani nikt inny, do niej nie wejdzie. no i tu powstało pytanie - gdzie są moje dwa listy ze szpitala - i bóg wie ile jeszcze innych. zadzwoniliśmy do royal mail i za ich radą dorobiłam klucz do klatki i pojechałam do siedziby poczty, żeby dostarczono je mojemu listonoszowi.
i cały czas się zastanawiam, czy powinnam człowieka pogrążyć, bo jeśli nie mógł się dostać do klatki, powinien był zwrócić listy do głównej siedziby, i spróbować znowu następnego dnia, i tak w kółko macieju. listy ze szpitala były wysyłane do mnie w co najmniej tygodniowych odstępach. a ja jak nie miałam, tak ich nie mam. kto zawinił? listonosz, magazyn z którego listy wychodzą? nie wiem czy drążyć ten temat dalej, czy oszczędzić sobie nerwy i to zostawić to w cholerę. tylko trochę strach, bo znów czekam na list ze szpitala, ale o tym niżej.

w końcu do laryngologa dotarłam. w gabinecie oprócz niego i pielęgniarki siedziało 3 studentów, co niepotrzebnie podniosło mi poziom adrenaliny. no i mówię mu, że mam notoryczny ból gardła, spuchnięte migdały, sucho w buzi i takie tam. obejrzał gardło, wsadził rurę do nosa, żeby obejrzeć migdałki z drugiej strony i mówi, że nie ma wskazań, żeby migdałki wyciąć.
a że po to tam poszłam, więc ja na to, że często ropa mi się zbiera jak przy anginie ropnej, a ten do mnie z wyrzutem: "no ale tego to mi pani wcześniej nie powiedziała!". nosz jasna dupa, przecież mówię teraz! a poza tym to on jest lekarzem i powinien mi chyba zadać jakieś dodatkowe pytania po moim opisie objawów. nie wiem, może podważyłam jego autorytet przy studentach i się zdenerwował?
zdenerwował w każdym razie mnie, pajac jeden.
aa, i mówię mu, że jak miałam jakieś 5 lat, to usunieto mi trzeci migdałek, a ten do mnie - " a czemu tylko jeden?" a skąd ja mam do jasnej anielki wiedzieć, dlaczego w latach 80-tych usuwano w potrzebie jeden, a nie wszystkie?
no ale dostałam to co chciałam! :)
bardzo miła pani pobrała mi krew do badania układu immunologicznego. była bardzo miła, bo po moim akcencie nie była w stanie określić, skąd pochodzę i stwierdziła, że tym jak mówię zawstydzam jej naród, bo oni nie znają obcych języków, nie mówiąc już o tym, że tak dobrze. i tym poprawiła mi humor :) choć szczerze muszę przyznać, że odkad szkocki to moja druga krew, to zdarza mi się nie rozumieć jak ktoś mówi "książkowym" angielskim, albo jak ma australijski akcent :/
no ale teraz czekam na list z zaproszeniem na zabieg wycięcia migdałków (oby do mnie doszedł!). z tego co mówiła, zabieg powinien mieć miejsce do 12 tygodni od wizyty, więc mam dziwne przeczucie, że dostanę datę idealnie w srodku mojeg urlopu w Polsce!
a co jest w tym wszystkim najlepsze? po takim zabiegu dają... 2 TYGODNIE wolnego! na głowy poupadali :D

tak trochę z innej beczki. złożyłam aplikację do collegu. teraz miesiące oczekiwania na odpowiedź i ewentualne zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. tylko ciii, żeby nie zapeszyć :)
tak się podekscytowałam, że Pitol - również jak ja znudzony monotonią swojego życia, też aplikował, tylko że na inny kierunek :) zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie... proszę trzymać kciuki.

a tymczasem - dziś jest 21 marca - WIOSNAAAAA :)
w końcu!


niedziela, 6 marca 2011

Mieszkam tu już parę ładnych lat. Toteż w Polsce nie mieszkam parę ładnych lat. Byłam naiwna myśląc, że wiele przyjaźni uda mi się utrzymać. Teraz już wiem, że to nie była przyjaźń. Więc teoretycznie nie ma nad czym płakać. Ale boli... Oczywiście, ja nie jestem bez winy, ale skąd pomysł, że to zawsze JA muszę odzywać się pierwsza? W imię czego? Skype, fbook, Nk działają w obie strony! Ja wiem, że jak się już dorośnie to się nie ma czasu dla znajomych, co dopiero tych, co są daleko. Ale ja nie proszę o wiele.
Są w Polsce tylko dwie osoby, które widząc nawet po długich miesiącach, będzie zawsze tak samo, normalnie, naturalnie. Moje dwie Baby. Jedyne w swim rodzaju :) Których potwornie mi brakuje i nawet jak to piszę to mi się gardło ściska.
Tu nie mam przyjaciół. Wcale. Ha, nawet dobrych znajomych. Ja nie mówię, że ja jestem tak całkiem łatwa we "współżyciu", ale zwyczajnie nie mam szczęścia do ludzi. Staram się zawsze mieć coś do roboty, żeby o tym nie myśleć i potencjalnie nie stwarzać czasu wolnego, który mogłabym ewentualnie spędzać z "przyjaciółmi", których nie mam.
Jestem samotna, mimo że otoczona ludźmi.
I zazdroszczę P. tak wielu przyjaciół i znajomych, którzy sami się proszą, żeby się z nimi zobaczył.
Oprócz niego nie mam nikogo, a to niezdrowe.
Tak pesymistycznie przy niedzielnym poranku.

czwartek, 24 lutego 2011

Właśnie ściągnęłam sobie Bloggera na mój telefon i chcę sprawdzić czy to działa. Kurna bela, czego to ludzie nie wymyślą...
Szczęścia do telefonu to ja nie mam, pierwszy zaczął się pwyłączać bez powodu, dostałam nowy - nie chciał się połączyć z WiFi, więc przerabiam już trzeci w ciągu 2 tygodni :)
A u lekarza doszliśmy do wniosku, że porobimy mi badania, więc już miałam prześwietlenie, i czekam na pobranie krwi.
Ale umrzeć to chyba jeszcze nie umrę :)

niedziela, 20 lutego 2011

tyle miałam napisać, a teraz siedzę... i nie pamiętam. chyba jeszcze za wcześnie na sklerozę?

już wiem.
miałam napisać, że po wielu bojach udało mi się wydostać z mojej sieci komórkowej na rzecz innej - walka zawsze jest nierówna, bo wystarczy poprosić o PAC kod, czyli to co jest potrzebne, żeby przenieść stary numer do nowej sieci, a oni staną na głowie, żeby zaproponować ci cuda, żebyś tylko nie odszedł. naprawdę w pewnym momencie było mi przykro, że ich zostawiam - miałam wrażenie, że babka z którą gadam zaraz się popłacze... haha. ale sieć jest beznadziejna, i choć naprawdę proponowali mi ciekawe rzeczy, byłam twarda...
i tym oto sposobem postanowiłam być inna, i inaczej niż wszyscy ostatnimi czasy, nie jestem posiadaczką iPhona, ale HTC Desire HD. i choć mam go już tydzień, jeszcze nie poznałam jego wszytskich możliwości. ma parę bubli, jak to każdy telefon, kilka rzeczy ciężko w nim znaleźć, bateria jest beznadziejna, ale jestem baaardzo zadowolona, fajna zabawka :)

poza tym, to już bogu dziękuję, że nie zdecydowałam się przenosić do drugiego sklepu, bo managerka, która będzie się rządzić tam, szkoli się i rządzi u nas - no normalna nazistka. matko jedyna, pozwala sobie podnosić na nas głos, i w ogóle jest pojebana. nie mogę się doczekać, jak się od nas wyniesie. tymczasem powoli przymierzam się do szukania nowej pracy, bo mam dość.

właśnie chciałam napisać, że nam się z Pitolem dobrze ostatnio układa, nie kłóćimy się, ale właśnie usiadł koło mnie z telefonem i usłyszałam jego rozmowę z kolegą, i jestem wkurwiona. i będzie jazda. więc nie napiszę, że się ukłąda dobrze.

poza tym poszłam do lekarza z moim zajebistym gardłem, a po przeprowadzeniu wywiadu pani doktor stwierdziła, że podejrzewa u mnie depresję, więc idę znowu do przychodni we wtorek.